wtorek, 25 sierpnia 2026

Coś się rodzi...

Antykwariaty to dla bajarza "środowisko naturalne", można powiedzieć. Przywykłem do bywania w antykwariatach - i tradycyjnych i internetowych - i do wyszukiwania tam skarbów. ;) Ale... występ w antykwariacie? To coś dla mnie zupełnie nowego! Bo zwyczajny antykwariat nawet nie ma na to warunków - ale ten akurat zwyczajnym zwyczajnie nie jest. ;)

Drugie spotkanie robocze z właścicielem. Miał szansę zapoznać się troszkę z naszym teatrzykiem, troszkę zobaczyć i posłuchać jak to wygląda. Koncepcja występu nabiera kształtów. :) I nie tylko. Kurde! Mam nadzieję, że nie przytłaczam go za nadto pomysłami, co jeszcze by można zrobić. To miejsce działa naprawdę... stymulująco. :) Piszę o nim po raz kolejny, bo... przyznam, że dawno nie czułem się tak twórczo pobudzony. Dopinamy wszystko i... niebawem po raz pierwszy zaprezentujemy nasze opowieści z Gniezna i okolic w Poznaniu. :)

Właścicielem antykwariatu jest od kilku miesięcy sympatyczny, młody człek. Myślę sobie, że nikt normalny w dzisiejszych czasach nie prowadzi antykwariatu, i nikt normalny w dzisiejszych czasach nie opowiada baśni... No więc... To się musi udać! :)

Już pod koniec naszego spotkania chwilę rozmawialiśmy m.in. o rzadkich książkach. Wspomniałem o tym, jak ostatnio poszukiwałem pewnej bardzo trudno dostępnej książki z bajędami z Kujaw i Pomorza. "Chwileczkę!" - poderwał się uradowany antykwariusz i poleciał szpernąć na półce. Zaraz wrócił tryumfalnie  z "Baśniami kaszubskimi" Franciszka Sędzickiego w ręce, unosząc wysoko tą skromną książeczkę wydaną w roku 1987 przez Zrzeszenie Kaszubsko - Pomorskie. Ja zaś krótkim słowem "mam!"... jakby wbiłem go w ziemię! Ha, ha, ha... No prawda, jest to książka dość rzadko spotykana, ale na niedostatki bajęd kaszubskich to ja akurat zdecydowanie nie narzekam! :)

czwartek, 20 sierpnia 2026

O chłopcu, myszy i pchle (18+)

Jeśli jest bajęda, która bawi mnie już trzecią dobę, to chyba jest to... cholernie dobra bajęda. W każdym razie bardzo rzadko się takie zdarzają. Opowieść ta została spisana w roku 1911 przez G. O. Aalanda w wiosce Lardal, w regionie Telemark, w południowej Norwegii. Zaczerpnąłem ją za zbiorku "Erotic folktales from Norway" (opr. Simon Roy Hughes).


  ----------

Pewnego razu była księżniczka, która była bardzo wybredna w wyborze zalotnika. Ale był i syn chłopa, który myślał sobie: "Złapię księżniczkę, ja to zrobię!" wyruszył więc, zabrawszy 300 talarów, bowiem odziedziczonych po matce. Gdy uszedł już kawałek drogi, spotkał człowieka niosącego worek na plecach. 
- Cóż to masz w swoim worku? - zagadnął chłopiec.
- Mam tam coś dziwnego - powiedział mężczyzna.
- Cóż to jest? - zapytał chłopiec.
- To mysz, która zrobi wszystko, cokolwiek zechcesz - odpowiedział mężczyzna.
- A co chcesz w zamian za to? - zapytał chłopiec.
- Sto - odpowiedział mężczyzna.
- Dam ci tyle - powiedział chłopiec i dokonał wymiany.
Kiedy chłopiec uszedł znów kawałek drogi, spotkał mężczyzną z workiem na plecach.
- Cóż masz w swoim worku? - zapytał chłopiec.
- Mam tam coś dziwnego - powiedział mężczyzna.
- Cóż to jest? - powiedział chłopiec.
- To pchła, która zrobi wszystko, cokolwiek zechcesz - powiedział mężczyzna.
- A co chcesz w zamian za to? - zapytał chłopiec.
-  Sto - odpowiedział mężczyzna.
- Dam ci tyle - powiedział chłopiec i dokonał wymiany.
Potem przyszedł do królewskiego gospodarstwa i poprosił o nocleg i pozwolono mu się zatrzymać w kwaterach domowych (pomieszczeniach dla służby). Wieczorem przyszła księżniczka i poleciała jednemu ze służących, by załatwił dla niej pewną sprawę. Chłopiec powiedział pchle, by zdjęła jego buty. Pchła skoczyła, by to zrobić, ale nie zdołała zdjąć butów.
- Ja ci pomogę - powiedziała mysz, chwytając za palec i but zszedł. Księżniczka wstała i roześmiała się na ten widok.
- Nie powinnaś się śmiać - powiedział chłopiec - bo to pomoże mi zdobyć cię za żonę.

sobota, 15 sierpnia 2026

Spotkanie

Nasza praca to nie tylko bajanie, ale także wiele rozmów "wokół". To - jak w każdej działalności - szukanie zleceń, ciekawych projektów. To także "burze mózgów" czy dzielenie się doświadczeniem.

Odwiedziłem wczoraj ciekawe miejsce w Poznaniu, które... tak myślę! ...ma szansę stać się kultowym tak samo, jak kultowa jest dzielnica, na terenie której się znajduje. Trafiła tam nasza oferta - jedna z pierwszych wizytówek bajarskich, jakie wykonałem dla siebie i naszej grupy - wczoraj zaś była okazja bliżej porozmawiać o projektach. Coś z tego może wyjdzie - a może nawet całkiem sporo i nie na jeden tylko raz. "Who knows?" - jak mawiali starożytni Anglicy. ;) Zarówno samo miejsce, jak i okolica, dają naprawdę duże możliwości i wierzę w jego szanse, wielkie szanse. To na pewno także świetne miejsce na baśnie, i promocję czytelnictwa - może jedno z najlepszych w Poznaniu, a chyba najlepsze, jakie znam.

Uwielbiam opowiadać baśnie i legendy, ale także uwielbiam rozmawiać o baśniach, legendach i naszym bajarskim teatrzyku. Lubię opowiadać o naszym repertuarze i o tym, jak pracujemy, o pracy z teatrzykiem i z widzami. Uwielbiam także "twórczą burzę mózgów" i nawet... podsuwać ciekawe pomysły innym. Mając, rzecz jasna nadzieję, że i my coś z tego będziemy mieli - bo... prócz baśni jest także "proza życia" (chociaż o tym aspekcie naszej artystycznej działalności jest mi szczególnie trudno rozmawiać). ;) 

Przy takich okazjach zwykle porusza się też nieraz tematy "wokół". Zeszliśmy na temat do kogo adresować spotkania bajarskie - co, jak i dla kogo można zrobić. Także kwestie odpowiedzialnego i odpowiedniego doboru opowieści, itp. - ze nie każda opowieść nadaje się dla dzieci. A jednocześnie nie tylko dzieci przecież lubią baśnie i że potrafimy opowiadać nie tylko dla dzieci - co nawet od razu udowodniłem. ;)  Tak, jesteśmy w stanie zrealizować także opowieści bardziej "hardcorowe" - chociaż na co dzień pracuję z dziećmi i dla dzieci, a więc "grzecznymi baśniami". ;) Uchylę rąbka tajemnicy, że myślę nawet o przygotowaniu w tym roku czegoś "hardcorowego" na poznańską "Noc 1001 Baśni", na którą mam chęć powrócić po kilku latach przerwy. Szczegółów, rzecz jasna, nie zdradzę.

środa, 12 sierpnia 2026

Święty Wojciech Sławnikowic - miedzy prawdą a legendą

Jestem z Gniezna, a Gniezno... słynie jako "gniazdo" Polski - swego rodzaju "sanktuarium narodowe", w którym po prostu wypada być. To "serce" czy "oś" Szlaku Piastowskiego. Ale jest także ważnym centrum życia religijnego Polski. Każdego roku przyciąga nie tylko turystów z kraju i zagranicy, ale także pielgrzymów, których celem jest gnieźnieńska katedra - zwana całkiem słusznie "Matką Kościołów Polskich" - sanktuarium św. Wojciecha, czczonego jako główny patron Polski. Szczerze uważam, że nawet jeśli nie jest się osobą wierzącą, katedrę należy koniecznie odwiedzić i pokłonić się św. Wojciechowi - jeśli nie z "nabożną czcią" (której sam w sobie nie mam), to jako temu, na którego kościach Bolesław Chrobry budował Polskę. Całkiem dosłownie, bo gdyby nie św. Wojciech, księstwo piastowskie nie stałoby się Królestwem Polskim, a przynajmniej nie tak wcześnie, Chrobry zapewne nie włożyłby na głowę królewskiej korony.

Ów praski biskup, zakonnik, misjonarz i wreszcie męczennik był postacią pod każdym względem niezwykle ciekawą - nie tylko od strony religijnej, ale także historycznej. Zarówno jego osobowość, jak i wiara, i dzieje - naznaczone "krzyżem", wieloma udrękami - są warte, by się nad nimi pochylić. Jest tez postacią bardzo interesującą także dla... bajarza, a dla mnie w szczególności, gdyż łączę w sobie pasje historyczną i bajarską. Powiedzmy sobie szczerze, że... cały kult św. Wojciecha opiera się w znacznej mierze na legendzie! 

Jego męczeńska śmierć jest faktem historycznym. Właściwie jedynym, co wiemy faktycznie jest to, że zginał w kraju pogańskich Prusów. Znamy dokładną datę: 23 kwietnia 997 roku. Wiemy nieco, jak przebiegała misja - bardzo krótka, zakończona - tak po ludzku patrząc - zupełną klęską, katastrofą. Nie wiemy gdzie dokładnie - wiemy, że ostatnim "przystankiem" przed Prusami był Gdańsk, a potem jedynie, że misjonarze dotarli do grodu zwanym Cholinem. Ale gdzie był ów Cholin? Jedna z koncepcji, i silna lokalna tradycja, wskazują na dzisiejszą wieś Święty Gaj, w okolicach Elbląga. Wydaje się to możliwe, gdyż w tych samych okolicach, bardzo blisko Świętego Gaju, był legendarny port Truso. W pobliżu wsi jest, ukryte w lesie, grodziszcze, uchodzące za ów Cholin. Wiele, wiele lat temu miałem tam zresztą przyjemność być osobiście - i cień tego wspomnienia wciąż gdzieś w sobie noszę.  

wtorek, 11 sierpnia 2026

Anastazja i ja - nasze wspólne bajarskie bytowanie

Anastazja jest osobą, bez której nie potrafię sobie wyobrazić tego, czym się zajmuję. Przede wszystkim to od spotkania z nią zaczyna się przekształcanie baśni w spektakl teatru ilustracji (kamisibai). To ona bowiem w naszej grupie ma "to coś", co się nazywa talentem plastycznym. Co prawda nieprofesjonalnie, ale... Ja zawsze podkreślam, że jesteśmy amatorami i wspólnie robimy po prostu to, co kochamy, i staramy się robić to najlepiej jak potrafimy. Tworzymy udany "tandem" właściwie na każdym etapie realizacji - zaczynając od pomysłu na opowieść, poprzez omawianie poszczególnych scen i wyobrażanie sobie jak je można przedstawić wizualnie, aż po wykonanie. 

Chociaż często na tym ostatnim etapie działam sam, to jednak najlepiej nam się pracuje właśnie "w tandemie". Oczywiście jest to ważne zwłaszcza w trakcie dużych imprez, podczas których pracujemy wiele godzin, dając cała serię występów. Wówczas możemy podzielić role - przedstawiać na zmianę opowieści, lub dzielić jedną "na  głosy". W ten ostatni sposób realizujemy niekiedy np. moją autorską baśń pt. "O rusałce z Koszyka", w której Anastazja, rzecz jasna, wciela się w rolę tytułowej Rusałki Zielenicy. Wspólna praca także na tym końcowym etapie daje nam wiele radości i na pewno przekłada się także na efekty - zawsze lepiej robić coś we dwoje (co najmniej), bo i praca jest lżejsza i... pojawia się jeszcze w tym wszystkim to "coś", co bierze się z naszej wzajemnej "chemii", jak sądzę. To - dla mnie przynajmniej - coś więcej, niż tylko "współpraca". To prawdziwa moc twórcza i współgranie! Gdy jesteśmy razem, wszystko zaraz jakoś inaczej wychodzi, inaczej gra, inaczej "pulsuje". Inaczej też buduje się kontakt z ludźmi, z publicznością. To tylko część powodów, by zatrudniać nas razem!

Tym, co cenię sobie w tej współpracy, jest nie tylko ów talent plastyczny Anastazji, nie tylko jej głos - take jej charakter. To przede wszystkim osoba niezwykle ciepła i miła, bardzo kreatywna. Ma także szczególny dar kontaktu - w sposób bardzo naturalny łapie "vibe" i kontakt z naszą (młodą, choć nie tylko) publicznością. Podziwiam jej umiejętność pracy z dziećmi, rozmowy z nimi. Gdy przedstawia nasze opowieści... niekiedy wychodzi poza jej ramy i właśnie wchodzi w interakcje ze słuchaczami, nieraz bardzo spontanicznie. Dla mnie jest to znacznie trudniejsze - to, co u niej jest naturalne, u mnie raczej wyuczone, ja potrzebuję się zdecydowanie skupiać na roli, na opowieści, na realizacji założonego scenariusza. Chociaż też cenię sobie kontakt i również wchodzę we współgranie z publicznością - w teatrze ilustracji bowiem nie ma bowiem ścisłego podziału na "scenę" i publiczność - aktywowanie publiczności, interakcje są powszechnie spotykane i wręcz pożądane w tej sztuce. To nie jest klasyczny teatr, gdzie "aktor jest od gadania" a widz ma siedzieć cicho i uważnie słuchać. W tym Anastazja jest znacznie ode mnie lepsza! 

Bezcenne jest dla mnie także w tej współpracy, gdy... mogę po prostu stanąć z boku, nic nie robić i zwyczajnie słuchać wraz z innymi. Uwielbiam słuchać Anastazji. I uwielbiam słyszeć moje własne baśnie w jej wykonaniu, jej interpretacje. Uwielbiam... być publicznością, nie tylko twórcą. Patrzenie z boku, i słuchanie daje inne spojrzenie - jest także ważnym elementem naszego warsztatu artystycznego, pomaga się doskonalić, poprawiać różne elementy naszych przedstawień. "Praca w tandemie" doskonale służy temu, by po prostu... tworzyć jak najlepiej. Jest wreszcie czymś bezcennym dla mnie bardzo osobiście; jest więzią pomiędzy nami - może na swój sposób trochę... intymną? Nasz wspaniały - a niesłusznie mocno zapomniany - poeta i bard, Wojciech Bellon, główny twórca legendarnej Wolnej Grupy Bukowina, powiedział kiedyś o wspólnym śpiewaniu, że jest "funkcją wspólnego bytowania". Myślę, że dla nas czymś dokładnie takim jest bajarstwo, nasz teatrzyk ilustracji - i do tego "wspólnego bytowania" w krainie baśni i legend ochoczo i radośnie wciągamy naszą publiczność. I to nam najlepiej wychodzi właśnie WSPÓLNIE, razem, "w tandemie". Tak myślę i dlatego też zachęcam do tego, by zapraszać nas oboje. Bo owo "WSPÓŁ" - współbycie, współpraca, współgranie - naprawdę przynosi fajne efekty.

niedziela, 9 sierpnia 2026

Ja i zwierzaki

Zaliczam się do osób "zwierzolubnych". Od kilku lat moją "wierną towarzyszką życia" jest ruda suka, z którą znaleźliśmy się pewnego dnia, na początku lata 2023 roku, w gnieźnieńskim schronisku dla zwierząt.  Mój rudzielec ma na imię Szeryl i - szacunkowo - urodziła się w 2021 roku, spędziła w schronisku ponad rok! 

Odkąd zaangażowałem się w pomoc zwierzakom ze schroniska (czego, niestety aktualnie nie mogę robić aktywnie) i mam Szerylkę, a ona ma mnie - bo uznaję tylko pełną wzajemność w relacjach ;) - noszę w sobie pragnienie opowiedzenia o losie bezdomnych zwierząt. Prawdę mówiąc mam już nawet  pół tej opowieści, tylko... koszmarnie utknąłem w "martwym punkcie", z różnych powodów, i jakoś nijak nie mogę z niego ruszyć. A chciałbym też jakąś piękna opowieścią próbować wpłynąć na poprawę losu zwierzaków. Rozumiem się w tym także doskonale z moją "partnerką w bajarstwie", Anastazją - chociaż ja jestem "psiarz", a ona "kociara". ;) W ogóle... czy jest bajarz, który nie kocha zwierząt? Hmmm... Myślę, że umiłowanie baśni i umiłowanie zwierząt biorą się z tego samego źródła, z tej samej wrażliwości.

Zwierzęta zresztą są bardzo mocno obecne w baśniach - od niezliczonych wieków. Doskonałym tego przykładem są baśnie Ezopa z VI w. p.n.e. - jedne z najstarszych, jakie znamy. Podobnie było z twórczością japońskiego mistrza Toba Sojo (XI/XII w. n.e.), który za pomocą postaci zwierząt o ludzkich cechach przekazywał nauki buddyjskie o życiu; jest on uważany za prekursora praktykowanej przez nas sztuki "kamishibai", teatru ilustracji. Przez wszystkie wieki zwierzaki odgrywały w baśniach wiele przeróżnych ról, często bardzo znaczących. Niekiedy nadawano im - jak właśnie Ezop czy Toba Sojo - cechy ludzkie, posługując się nimi, by kształtować ludzi, niekiedy zaś czyniono z nich nadnaturalnych przewodników, jest nawet książka temu poświęcona, pt. "Dzicy przewodnicy"... 

czwartek, 6 sierpnia 2026

Adam i Ewa - opowiastka skandynawska (18+)

Wszyscy - zakładam - znamy biblijną opowieść o Adamie i Ewie. Nawet jeśli nie jesteśmy zbyt religijni - bo przecież nie musimy wcale być! - to elementarna znajomość judaizmu i chrześcijaństwa, treści biblijnych, jest bardzo ważna. To są fundamenty naszej kultury - czy nam się to podoba, czy też nie. Nie musimy wierzyć, że jest Bóg, który stworzył Adama i Ewę - ale każdy z nas powinien znać tą opowieść, choćby właśnie jako opowieść, mitologię - tak samo, jak mitologię grecką i rzymską. Tak, powinniśmy znać też mitologię własną, słowiańską i polską - co już jest, niestety, ogromnie problematyczne, i jest dobrym tematem na osobny wpis, osobistą refleksję. Wierzyć lub nie, ale znać należy i już! :) Ale wróćmy do Adasia i Ewki... ;)

Osobiście bardzo lubię tą biblijną opowieść - i od strony religijnej, duchowej - filozoficznej, i od strony etnograficznej, także czysto bajarskiej. Ma w sobie wiele interesujących treści nie tylko religijnych, ale i czysto kulturowych, i jest na pewno ogromnie inspirująca. Wiele inspiracji z niej czerpali także twórcy ludowi. Pojawia się i w ludowym malarstwie, i w rzeźbie, i w bajarstwie. Jest wiele bajęd - jeśli nie baśni, to przynajmniej "anegdot bajarskich" - z Adamem i Ewą w rolach głównych. Także i u nas w Polsce. Bardzo często odbiegają one bardzo, bardzo daleko od biblijnego wzorca - nawet w satyrę ludową i... "sprośność!". Taką właśnie opowiastkę znalazłem, gdy tylko otworzyłem książkę "Erotic folktales from Norway" - zbiór tradycyjnych (!) opowieści ludowych pod redakcją Simona Hughesa. 

środa, 5 sierpnia 2026

Nowe książki na mój regał

Z mniejszą lub większą regularnością - zależnie w znacznej mierze od zasobów mej bajarskiej "kabzy" - staram się poszerzać swój księgozbiór. Przyznam, że... może nie zawsze racjonalnie, bo z ogromem opowieści przecież "nic nie zrobię i na nich nie zarobię". ;)  Ot, jako bajarz zajmuję się głównie opowieściami naszymi, regionalnymi, więc... po co mi jakieś polinezyjskie? A jednak - bo chociaż żyję tu i teraz, to interesuje mnie cały świat. I to przekłada się także na zawartość mojego regału i... głowy, bo przecież także opowieści, których sam raczej nigdzie dalej nie poniosę, pozostają w głowie i kształtują moją wyobraźnię, także mój warsztat. :)

Polinezję zawsze lubiłem i lubię, i tylko przykro, że nigdy tam nie dotarłem, nawet nie opuściłem nigdy Europy. :( Mam mały zbiorek polinezyjskich mitów, legend i baśni - i to, choć może trudno w to uwierzyć, po polsku! :) Teraz zaś z radością witam kolejną książkę. I wiem, że się na niej nie zawiodę, bo i autor ceniony, i mity o wielkim Maui zacne i słynne, obejmujące bez mała cały Pacyfik! Część z nich znam całkiem nieźle, ale... na pewno nie wszystkie, nie wszystkie! Pewnie nikt, nawet znawcy kultury polinezyjskiej (w tym maoryjskiej) nie znają ich wszystkich - tak bardzo są mnogie! Maui wielkim żeglarzem był, ale i herosem - heroicznych prac wykonał niepomiernie więcej, niż słynny w Europie Herkules! I przeżył wiele fantastycznych przygód...

A koty? Ja sam mam psa... A pies ma mnie - z pełną wzajemnością. ;) Jestem ogólnie "zwierzolubny". Moja "partnerka w bajarstwie" - Anastazja, bardziej formalnie (tak ma "w papierach:) nazywana Małgorzatą - także, tylko ona z kolei jest miłośniczką kotów. To dobrze. Koty są także fantastycznymi zwierzętami i... chyba bardziej obecnymi w kulturze, niż psy. W każdym razie odnoszę takie wrażenie. Jest wiele baśni i bajek o kotach - nie tylko słynny "Kot w butach" - w folklorze chyba każdego kraju, przynajmniej w naszym "obszarze kulturowym". Ba! Nawet w wierzeniach religijnych - np. starożytnego Egiptu! Moja psina, ruda suka ze schroniska, uwielbia koty, lecz... jako zwierzynę łowną! ;) Śmieję się, że "uwielbia kotu pogonić kota"! Ha, ha, ha... A ja uwielbiam koty miziać i ich mruczenie. :)  No i koty w baśniach - chociaż nieraz bywały... wcieleniem diabła, i choćby dlatego towarzyszyły zwykle (chociaż nie wyłącznie!) czarownicom, jako ich "chowańce". 

Tak, chętnie poczytam "kocie bajędy"! :) Zresztą sam chciałbym także i o zwierzętach opowiadać - naszych towarzyszach, przyjaciołach... Mamy wszak z nimi tysiące lat wspólnej historii, wspólnego życia! Psy zaczęliśmy oswajać między 20 a 40 tysiące lat temu, w tzw. "paleolicie". Kot jest z nami znacznie krócej - bo "zaledwie" niespełna 10 tysięcy lat. Jakże to więc, że bardziej opanował "świat baśni"? Obie te grupy zwierząt nam najbliższe - chociaż zaprzyjaźnić można się z wieloma innymi. :)

Obie książki są z poznańskiego Wydawnictwa "Replika", które od kilku lat konsekwentnie rozwija swą znakomitą serię "Wierzenia i Zwyczaje", z dość dużą regularnością "podkarmiając" takich nienasyconych pasjonatów, jak ja. ;) Chociaż ich szata graficzna jest bardzo skromna - bo też nie są adresowane dla dzieci, a dla ludzi, którzy jakoś obywają się bez ilustracji ;) - to jednak poziom jest niesamowity. W serii tej pojawiają się i nowości, i książki stare a dotąd po polsku nie publikowane, i pozycje "klasyczne", wznawianie niekiedy po dziesięcioleciach. Nie ma więc nudy! ;)

Te dwie książki to takie dwie prawdziwe NOWOŚCI. Bo w "dzisiejszej poczcie" ogólnie przyszło jeszcze więcej pozycji, ale... o tym zaś. :)

wtorek, 4 sierpnia 2026

O sympatii mej do Pakości i książeczce o lokalnych podaniach

Pakość jest niewielkim miasteczkiem położonym nieopodal Inowrocławia. Na przekór obecnemu podziałowi administracyjnemu Polski (woj. kujawsko - pomorskie), i mocno już zakorzenionemu zaliczaniu go do Kujaw, leży ono tak naprawdę na samiutkim skraju geograficznej i historycznej Wielkopolski, a konkretniej jej "subregionu" zwanego Pałukami. Chociaż leży na bocznej odnodze "Szlaku Piastowskiego", raczej nie jest odwiedzane przez wielu turystów, chociaż jest tego warte - zwłaszcza zaś w Wielkim Poście, gdy na tutejszej Kalwarii odbywają się wielogodzinne nabożeństwa Drogi Krzyżowej. Niegdyś odbywał się przy kalwaryjskim kościele także franciszkański festiwal piosenki religijno - ekologicznej. Tak właśnie, goszcząc bodaj dwa lub trzy razy na festiwalu, poznałem i polubiłem Pakość. Oczywiście wziąłem też - chociaż tylko raz w nocnej Drodze Krzyżowej po "kalwaryjskich dróżkach" (wszystko bodaj około... 4 - 5 godzin!). Ale było to wiele, wiele lat temu...

Chociaż interesowały mnie wówczas także stare legendy, to nie aż tak, jak obecnie, i nie szukałem ich jakoś specjalnie. Nie zastanawiałem się wtenczas, czy Pakość ma jakieś swoje legendy, czy też nie. Teraz lubię poznawać legendy także tych miejsc, które odwiedziłem dawno, dawno temu. A chociaż nie byłem w Pakości ćwierć wieku, mam do niej ogromny sentyment i wiele miłych wspomnień. Więc gdy w internecie, na jednej z platform sprzedażowych, zobaczyłem niewielką książeczkę pt. "Pakoskich legend czar"... po prostu musiałem ją zakupić. :)

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

O żebrze olbrzyma w murach katedry gnieźnieńskiej

 

Zawsze powtarzam, że - zgodnie ze starym porzekadłem - "najbliższa ciału jest koszula". Tak jest także z moją pasją do bajęd i legend. Lubię opowieści z całego świata, lecz najbardziej te swojskie, słowiańskie, polskie. Spośród nich zaś oczywiście nasze, wielkopolskie, a już szczególnie kocham - wraz z moim miastem rodzinnym - legendy gnieźnieńskie. Znana szeroko jest jedna tylko, niestety, nieco mniej jeszcze ze dwie, ale ostatnio - jak dobrze policzyłem - znanych mi opowieści, chociaż nie tylko z samego Gniezna, ale mniej więcej obszar gminy Gniezno, jest ponad 20! To całkiem sporo! :) Ale właśnie odkryłem nową, chociaż... tylko częściowo związaną z Gnieznem, a głównie z dość odległą Pakością. 

"Przy szerokiej zamiejskiej drodze utwardzonej, tam gdzie teraz leży miasteczko Pakość, przed wiekami wykopano żebro olbrzyma. Leżało ono sobie długi czas przy drodze, a żebracy, którzy tamtędy przechodzili, wypoczywali na nim; było ono bowiem tak wielkie, że mogło na nim dziewięciu mężczyzn jeden obok drugiego siedzieć. Z czasem to miejsce stało się w okolicy znane, a z biegiem lat powstało na nim miasto, któremu od tej kości dano nazwę 'Pakość'. Później zabrano żebro do Gniezna i wmurowano w katedrę. Tam ma się ono znajdować po dzień dzisiejszy."
(Katarzyna Podczaska, "Pakoskich legend czar", Inowrocław 2009)

I tak... - że znów się posłużę starym porzekadłem - "mała rzecz a cieszy". Chociaż wzmianka o Gnieźnie tylko bardzo lakoniczna, to przecież cała opowiastka jest bardzo interesująca. Dla mnie tym bardziej, że nie znałem wcześniej z naszych terenów, wschodniej Wielkopolski (na obrzeżach której geograficznie i historycznie leży Pakość, chociaż obecnie powszechnie zaliczana do Kujaw!) opowieści związanych z olbrzymami. A tu proszę! Mamy wielką kość olbrzyma ukrytą w samym Gnieźnie! ;) Niestety, przy samej legendzie brak odniesienia do źródła, jednak jej lakoniczność wskazuje, że przekaz był spisany przez Ottona Knoopa. W każdym razie... ot, mam kolejną legendę gnieźnieńską do opowiadania. :)

Moje trzy pytania

Zawsze podkreślam, że chociaż ciekawi mnie cały świat i kultura ludów ziemi, i chętnie czytam baśnie i legendy z całego świata - ot, na przy...