czwartek, 16 lipca 2026

O powidzkich legendach

Powidz jest dużą wsią, leżącą na południowy wschód od Gniezna. Tak, wsią, chociaż wygląda na niewielkie miasteczko. W Polsce kojarzy się przede wszyskim ze znacznym i ważnym lotniskiem wojskowym. W Wielkopolsce zaś - chociaż i poza nią także - słynie z pięknego jeziora o bardzo czystej wodzie.Akwen i tereny wokół niego leżące objęte są ochroną jako Powidzki Park Krajobrazowy. Ale nawet ci, którzy od lat przyjeżdżają nad jezioro, by korzystać z wody i lasów, nie wiedzą zwykle, że Powidz ma też swoje legendy, i to dosyć interesujące.

Najbardziej znaną jest ta o bogu Powidzu i jego kapłance Diwie, którą znalazł i zachował dla nas i potomnych Stanisław Świrko, zawierając ją w swoim znakomitym zbiorze legend welkopolskich pt. "Orle gniazdo". To dość młoda    legenda, która narodziła się nawcześniej gdzieś pod koniec XIX wieku. Rozwinęła się też później, gdyż Diwa, po swej śmierci w wodach jeziora staje się Powidzanką - nimfą, rusałką czy boginką? Tak do końca nie wiadomo, jaką przyieaa naturę. Zrodziła się ta Powidzanka zdecydowanie pod wpływem literatury - "Świtezianki" Mickiewicza i "Balladyny" Słowackiegio, w której pojawia się postać słynnej Goplany. Jakby... pozazdroszczono krainom nad Świtezią (Białoruś) i Gopłem leżącym ich "pań jeziora". Tak samo, jak w przypadku Świtezi czy Gopła miano, związane z konkretną "ondyną", przyjęto potem dla ogółu "panien wodnych" z danego jeziora - Świtezianki, Goplanki, u nas zaś Powidzanki. W ten sposób Diwa - Powidzanka zyskała niejako swój "dwór". 

Legendę o kapłance Diwie mamy w swoim repertuarze lecz w jej klasycznej wersji, jak podana jest u Świrki, która kończy się tragicznie, śmiercią Diwy w toni jeziora. W gruncie rzeczy opowiada ona o wprowadzaniu chrześcijaństwa przez Mieszka I, o... demolowaniu "świata słowiańskiego". Pielęgnuje mit, (!) jakoby Mieszko wprowadzał chrześcijaństwo "ogniem i mieczem", na co nie ma żadnych dowodów historycznych czy archeologicznych. Jednk jest to ciekawa opowieść - zwłaszcza dla mnie, poasjonata historii i słowiańskości. :) Można przy okazji tego przedstawienia zrobić interesującą pogadankę i dyskusję historyczną. A także opowiedzieć o dawnych bogach i... jak tworzono bogów, których... nigdy nie czczono, a czego Powidz jest świetnym przykładem, bowiem nigdy takiego boga w panteonie słowiańskim, czy choćby regionalnym, nie było! Jest on typowo wytworem XIX wieku, stworzonym z potrzeby powiązania się jakoś z "pradziejami Polski", z "początkami Państwa Polskiego", z dziedzictwem słowiańskim, a zarazem wyjaśnienia pochodzenia nazwy miejscowości i jeziora. Chociaż... staram się nie robić przykrości Anastazji, naszej grupowej malarce, która akurat do Powidza ma szczególny sentyment. ;)

niedziela, 12 lipca 2026

Jak to na festynie rodzinnym było...

Imprezy plenerowe nigdy nie są łatwe. Bo jest dużo ludzi, dużo się dzieje, bywa głośno, nawet bardzo, bardzo głośno. W takich warunkach bardzo trudno jest bajać, i... Nie, zdecydowanie nie kocham(y) takich warunków! Ale za to kocham(y) docierać do ludzi z fajnymi opowieściami i trudne warunki do tego nie zniechęcają! 

Tak się akurat składa, że czasowo bytuję w Środzie Wielkopolskiej, i tu, idąc ulicą, zauważyłem ogromny billboard "Dzień Średzkej Rodziny" i pomyślałem sobie: "a dlaczegoby nie?" i postanowiłem spróbować. Skontaktowałem się z organizatorami, Urzędem Miasta, z propozycją i... zostałem przyjęty. Sympatyczna kobieta z wydziału promocji i kultury miała co prawda wątpliwości, czy nie będzie za głośno na taki teatrzyk. A ja na to: "Pani! Jak ktoś występował mając za plecami turniej łuczniczy, to już mu nic nie jest straszne!" No, może nie aż tak dosłownie w ten sposób, takimi slowami, ale... ;) No i dogadaliśmy się. :)

Mogłem tu zaprezentować dwie opowieści z naszego repertuaru - "Metlywek - czarcik powidzki" i "O rusałce z Koszyka". Raz jeszcze: sporym wyzwaniem jest praca w pojedynkę - gdy robię i za bajarza, i za "naganiacza", taki... jednoosobowy "dział organizacji widowni". ;) Niestety, znów nie mogę się podzielić zdjęciami bajarza przy pracy, bo... Znacie ten kawał o żabie? "No przecież się nie rozdwoję!" No i albo bajanie, albo zdjęcia! ;) 

Paradoksalnie na tak "masowej imprezie", bywa trudno... zgromadzić sobie publiczność.  Bo tam stoją "dmuchańce", tam malowanie twarzy - z którym nawet zostałem pomylony, więc zaoferowałem, że mogę wymalować twarz, u mnie bez kolejki, tylko, że... markerem permenentnym (nie skorzystano!). Gdzieś tam kolejka, gdzieś wata cukrowa. Dużo atrakcji dla dzieci, duża konkurencja - często bardzo trudna. ;) Trudno też załapać właściwy kontakt i skupić uwagę dzieci na teatrzyku i opowieści, gdy w około się dużo dzieje. Wszystko to jest trudne, ale... przecież nie niemożliwe. Głośno, no... zrobiło się głośno. Miał być chór. Pomyślałem: "No doibra, z chórem to sobie poradzę!", lecz nie przewidziałem tego, że Chór "Na Głosy" może być... rock'n'rollowym, i to chwilami dość mocno! No i trzeba było zmagać się z chórem - nomen omen - na głosy. Pierwszy raz tak... wykrzyczałem całą bajędę! I co? Dałem radę? Dałem radę!

Los jakoś sprawił, że w tym tak trudnym momencie spotkało mnie największe zaskoczenie. Baśni o rusałce z Koszyka wysłuchał pan z synkiem i młodą kobietą o wyražnie azjatyckich rysach. Panna okazała się być aż z Filipin. Chłopcu było trudno usiedzieć, a ona... słuchała uważnie! I przyglądała się - często bardsiej mnie, niż obrazkom w teatrzyku. Nie byłem zdumiony, w końcu wielu obcokrajowców zna język polski. Prawdziwe zaskoczenie przeżyłem po spektaklu, gdy coś tam szepnęła mężczyźnie na ucho, a on mi powiedział:

"Córce bardzo się podobało. Potem jej będę musiał tą opowieść przetłumaczyć jakoś na angielski, bo nie zna polskiego. Ale podobało jej się to, jak pan opowiada."

W tym momencie na moment zupełnie zaniemówiłem i poczułem się naprawdę niesamowicie. Nie przypuszczałem bowiem, że mogę wpłynąć w taki sposób, bajając po polsku, na osobę, która w ogóle nie zna polskiego! Że uda mi się "zaczarować" samym głosem i sposobem opowiadania, i to w tak ekstremalnie trudnych dla mnie warunkach. "Szoking totalny"! Następnym razem liczę na jakiegoś... Marsjanina na moim bajaniu, bo chyba tylko Marsjanin zdoła mnie bardziej zaskoczyć, niż ta filipińska pannica! ;) Ale zobaczcie, jaka jest magia baśni i emocji w niej zawartych, sposobu opowiadania! A starałem się to robić właściwie, nawet próbując się przebijać przez ten cholerny chór szalejący na estradzie! ;) Naprawdę trudno i o większe zaskoczenie, i o lepszy komplement! Dla mojej partnerki "w radosnej bajarskiej twórczości" takźe zresztą miałem "filipiński komplement ", bo i obrazki bardzo się podobały. :)

Jeśli udało mi się coś takiego, gdy niemal mjsiałem krzyczeć, to... co dopiero, gdy można normalnie pracować głosem, nie walcząc ze stresem "kurna, co ja tutaj robię" i "czy aby mnie słyszą?" Skończyłem występy tuż przed koncertem Big Cyca - zakładając, że z punk-rockiem to mimo wszystko już sobie rady nie dam (a potem była jeszcze Agnieszka Chylińska - na takiej to Imprezie udało się wystąpić!)

Może się wydawać, że baśnie do takiej imprezy nie pasują. Ja też wolę, gdy można się skupić, wyciszyć i w pełni roztoczyć czar bajędy. Ale... dawni bajarze też nieraz bajali po prostu na ulicy, nieraz na targowiskach, gdzie także zmagali się z szumem, gwarem, wrzaskiem przekupniów i... grajkami. ;) Bo bajarze zawsze wychodzili do ludzi - tam, gdzie mogli znaleźć słuchaczy - i to jest to, co także nas "nakręca"! Czasami nawet... "nakręca jak cholera"! :) To wychodzenie do ludzi! Z tym, co mamy, co potrafimy - co nosimy w sobie i czym się chcemy dzielić. A czy idziemy do biblioteki, do szkoły, czy na dużą imprezę plenerową - cóż, praktycznie wszędzie da się zrobić coś ciekawego i przede wszystkim spotkać z człowiekiem!

Udało się znów spotkać fajne dzieciaki i fajnych dorosłych. Bo... ja zawsze powtarzam, że baśnie są nie tylko dla dzieci (a niektóre nawet wcale się dla dzieci nie nadają!). I dorośli słuchają nieraz równie chętnie, i równie dobrze się bawią, a czasem nawet... lepiej, bo z wiekiem człowiek inaczej i więcej rozumie. Mój znajomy poszedł do kina na bajkę "Shrek" i potem relacjonował: "Ty, są takie momenty, że dzieci siedzą jak kołki i nic nie kumają, a starzy spadają z krzeseł ze śmiechu!"  Ja nieraz nawet "celuję" w trochę starszego widza / słuchacza, chociaż opowiadam dla wszystkich. Lubię mieć kontakt z dziećmi - jakby nie było to nasz "target", nasza "grupa docelowa" - ale gdy widzę, że baśń podoba się także ich rodzicom czy dziadkom, wtedy jestem naprawdę bardzo szczęśliwy.

Tutaj w Środzie ogromną przyjemność sprawiła mi pani, którą bardzo ucieszyła informacja, że jestem z Gniezna i przedstawię gniežnieńską bajędę, bo Gniezno to rodzinne miasto - mam nadzieję, że teraz nie pokręcę - jej mamy. A jeszcze większą przyjemność sprawiła mi, zasłuchując się w mą opowieść wraz ze swoim dzieckiem! Widać było, że sprawia jej to przyjemność i... Tak! To "nakręca" bajarza jak jasna cholera!

----------

To był mój drugi występ w Środzie. I mam nadzieję, że nie ostatni. To sympatyczne, wielkopolskie miasteczko, które zdecydowanie "da się lubić" i w którym... lubi się i ceni kulturę, w którym się całkiem sporo dzieje. :) Do pełni szczęścia brakuje mi tu może... więcej lokalnych legend. ;) Bo niestety, bardzo trudno coś znaleźć. A marzy mi się realizacja czegoś lokalnego także dla mieszkańców Środy. Tym bardziej, że zyskałem tu dużo wsparcia dla naszego teatrzyku i pragnę za to jakoś odpłacić, bez "zwalania na Pana Boga". Kiedyś podziękowałem znajomemu księdzu "Bóg zapłać!" a on na to  zartobliwie odpowiedział: "Ty na Pana Boga nie zwalaj, sam zapłać!" ;)

czwartek, 9 lipca 2026

Miła niespodzianka w poznańskim antykwariacie

Dla nikogo, kto mnie troszkę zna, nie jest tajemnicą, że prócz Wielkopolski kocham także Pomorze, Kaszuby. Ta miłość obejmuje także, a może w szczególny sposób, baśnie i legendy, które mają swój specyficzny urok. Mam więc ich sporą kolekcję. Swego czasu, na wieść, że kupiłem kolejne, mój przyjaciel i mistrz w bajarstwie jęknął: "Rany boskie, tyś zkaszubiał do reszty!" Hi, hi, hi... Ta miłość do Kaszub wzięła się stąd, że - począwszy od 1990 roku - spędzaliśmy tam z rodziną każde wakacje. Znam bardziej Kaszuby nadmorskie, a te "lasowe" nie za bardzo, ale pasjonuje mnie bajarsko cały region.

Wczoraj, będąc w Poznaniu, wpadłem do jednego z tamtejszych antykwariatów. W słynnej - w znacznej mierze dzięki pisarce Małgorzacie Musierowicz - dzielnicy Jeźyce jest takie miejsce szczególne, które odkryłem w ubiegłym roku. To Antykwariat "Bukinista" przy ul. Mickiewicza. To nietypowe miejsce, bo nie zwykły sklep, a połączony z klubo-kawiarnią, gdzie można sobie zamówić kawę, usiąść i przeglądać książki. Nie znam drugiego takiego! Tym razem natrafiłem tam na książkę właśnie z baśniami i legendami pomorskimi, kaszubskimi. A zdawało mnie się, że znam już wszystko! ;)


Przyznam, że byłem zaskoczony nie tylko trafieniem na książkę mi nieznaną, ale także... Nazwisko autora nie jest mi obce, ale kojarzyło się dotąd wyłącznie z Kociewiem, niewielkim regionem na południe od Kaszub, pokrytym w znacznej mierze słynnymi Borami Tucholskimi - mam jego bajędy z tych okolic w swoich zbiorach. A tu... Jakże miłe zaskoczenie!

Tytułowa Damroka jest jedną z bardziej znanych postaci z kaszubskich bajęd. Miała jakoby być księżniczką z możnego rodu Sobiesławiców, a mającą swą siedzibę w Chmielnie, wsi niedaleko Kartuz. To właśnie jej imię na okładce zadziałało na mnie, jak magnes na żelazo! Chociaż tak po prawdzie starczyłby już i sam podtytuł: "Baśnie i podania z pomorskich jezior". A jest tych baśni i podań w sumie 23, z czego... chyba większośc i nie znam! Obiecuję sobie więc po tej książce wiele, wiele przyjemności!

Co do samego zakupu. Może i niecoprzepłaciłem - mógłbym ją pewnie kupić taniej w internecie - ale... ten jeżycki antykwariat - "Bukinista" - wart jest tego, by ich zakupem jakimś wesprzeć. Niedawno zmienił właściciela i... wiem już, że planowane jest rozwinięcie jego działlności o wydarzenia literacko-kulturalne! :) Kawy nie próbowałem, ale inni twierdzą, że jest pyszna. No i jest w nim bardzo sympatyczny personel - widać i czuć, że są to naprawdę ludzie z pasją! :) Przy okazji więc zaproponowałem także własne bajarskie usługi. :)

wtorek, 7 lipca 2026

Może... nowa opowieść. ale...

Szczerze mówiąc niezbyt mi się podoba współczesność i przemiany, jakim ulega nasz świat. Wielki problem mam m.in. z coraz mocniej wchodzącą "sztuczną inteligencją" - komputer "opowie ci bajkę", komputer "namaluje ci obraz", komputer "zagra ci muzykę", etc. etc. Błech! Nie, to zdecydowanie nie jest sztuka! I nienawidzę AI zastępujące żywego człowieka i jego twórczość - jest to wszystko... pseudo-.........! Sztukę może tworzyć tylko żywy człowiek! 

Jednak nasze możliwości twórcze, jako grupy, są ograniczone. Tradycyjne obrazki powstają powoli i czysto amatorsko. Cóż więc począć, jeśli pragnie się obrazków znacznie bardziej zaawansowanych, z powtarzalnością mmotywów i postaci? Oczywiście - zlecenie profesjonaliście! Ale... na to potrzeba pieniędzy, a tych nie mamy - my tylko uboidzy bajarze. Jeśli więc chcę teraz, w miarę szybko i szczegółowo stworzyć nową opowieść, no niestety, ale muszę się uciec do AI! Błech! 

I tak oto rodzi się kolejna opowieść, odwołująca się do czasó i potęgi pierwszego króla Polski, Bolesława Chrobrego. A jak AI wyobraża sobie Bolesława Chrobrego i Ottona III w drodze do Gniezna? Ano tak:


Tak, wiem - symbolia państwowa do korekty, i różne drobiazgi. ;)  No i zmagania z moim "duchem" - bo jednak, jako twórca, czuję moralnego kaca uciekając się do AI. Czuję się trochę, jak... cudzołożnik! Słowo daję. Ale zwyczajnie pragnę opowiedzieć tą historię tak, jak to tylko możliwe. Czy to aby nie upadek? Bóg mi świadkiem, że nie wiem - i to może być dobry temat do rozkminki o sztuce i czy powinno się, czy nie korzystać z AI w naszym bajarskim fachu. Z pokorą przyjmą każdy "łomot" przeciwników, bo sam nim jestem i gdybym mógł stworzyć tą opowieść inaczej, to na pewno bym tak uczynił. AI to naprawdę "ostateczność" i tylko jakaś "proteza" dodana do mojej sztuki, którą będzie tekst legendy!

Tym razem w swej opowieści nie na Gnieźnie się koncentruję, chociaż od niego wszystko trzeba zacząć. Przecież Chrobry nie był związany tylko z Gnieznem, chociaż było ono jego grodem centralnym - dzisiaj określamy taki "stolicą", ale trzeba pamiętać, że wówczas nie było stolicy w naszym rozumieniu tego słowa! - był Poznań, giecz, Lednica, Kruszwica... Udamy się więc w tej legendzie przede wszystkim w inne miejsce piastowskiego państwa, a nawet... w daleką podróż na zachód Europy! Kto dobrze zna "legendy piastowskie", chyba może się już domyśleć, o czym chcę opowiedzieć. ;)

Opowieść ta powstaje z myślą o tegorocznej "Koronacji  Królewskiej" w Gnieźnie. Odbędzie się ona w dniach 17 - 19 lipca, więc... czas jest już bliski i zaczynam się naprawdę spieszyć. Mam nadzieję zdążyć, chociaż pracy jest naprawdę bardzo dużo. Póki co mam w głowie scenariusz i tłumaczę AI co i jak chcę mieć na obrazku. Momentami... "jak pasterz krowie" - bo to tylko AI, nie żywy, inteligentny człowiek. Może... na szczęście?

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Legenda o złotym tronie króla Bolesława

Lednica... Tak, wciąż jeszcze "żyję Lednicą" i lednicką kupalnocką! ;) ...to nie tylko relikty wspaniałego grodu na wyspie; grodu, w którym być może dorastał młody Bolko, pod czujną opieką księżnej Dobrawy / Dąbrówki, podczas gdy ojciec jego, książę Mieszko ciągle i ciągle objeżdżał swój kraj, jak to było w zwyczaju władców, zajmując się jego sprawami. To także ciekawe legendy. Jedna z tych legend opowiada o wielkim skarbie Lecha, jaki rzekomo ukryty został w Lednej Górze. Jednak główną legendą lednicką jest ta o złotym tronie Bolesława, naszego pierwszego króla. A było to tak...


Wielkie sprawy działy się w roku 1000 w grodzie gnieźnieńskim, stolicy młodego państwa polskiego. Do grobu świętego Wojciecha - biskupa praskiego, misjonarza i męczennika - przybyli znamienici pielgrzymi. Największym z nich był Otton III, przyjaciel Wojciecha. Cesarz prawdopodobnie raz tylko jeden wówczas opuścił swe państwo - "władca chrześcijańskiego świata" nie miał bowiem w zwyczaju podróżować poza granice, a przecież i spraw swego ogromnego cesarstwa miał aż nadto na głowie! Tylko dla Wojciecha i dla Bolesława uczynił wyjątek i honor - pierwszego czcząc, w drugim zaś dostrzegając sojusznika i partnera niemalże równego sobie. Drugi pielgrzym niewiele mu ustępował godnością - był to kardynał Robert, najbliższy współpracownik ojca świętego, papieża Sylwestra II. Był on jego "prawą ręką", towarzysząc mu na co dzień i podczas odprawiania świętych obrzędów, i w sprawowaniu rządów. Nadto zaś wśród pątników było wielu biskupów z obszaru cesarstwa i książąt. A każdy w otoczeniu dworzan i rycerstwa. Był to bez wątpienia najwspanialszy orszak, jaki - być może kiedykolwiek - widziano na polskich ziemiach.

Z dawnych kronik wiemy, że goście skierowali się wpierw ku Lednicy, ostatniemu miejscu spocznienia w pąci przed Gnieznem. Z Lednicy poprowadził ich książę Bolko ku swej stolicy. A gdy gród ujrzeli, zsiadł cesarz z konia, zzuł buty i boso - pomimo zimna, ruszył ku grobowi męczennika. Możemy się domyślać, że i Bolko, i Robert i zapewne wielu innych powtórzyli ów gest pokory za Ottonem. A w Gnieźnie? Wszyscy wiemy. Niewątpliwie kardynał Robert odczytał słowa ojca śwìętego, ogłaszające wyniesienie biskupa Wojciecha do chwały ołtarzy, jako świętego, i kult jego dozwalające i nakazujące. Nadto zaś dekret papieski o erekcji Metropolii Gnieźnieńskiej i ustanawiający Radzyma Gaudentego, przyrodniego brata i towarzysza wojciechowego, jej metropolitą, ze szczególnym tytułem: "Archiepiscopus Sancti Adalberti" - "Arcybiskup Świętego Wojciecha". 

Niewielki grodowy kościółek, w którym ledwie przed kilkoma miesiącami złożono sprowadzone - historycy twierdzą, że najprawdopodobniej z dalekiego Gdańska - ciało męczennika,  mógł pomieścić ledwie najznaczniejszych tylko pątników. A to, co w kościółku ogłaszano, sto głosów zaraz rozgłaszało dalej po całym grodzie i okolicy. Ale...

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Jak to na Nocy Kupały było...

Za mną bardzo pracowita, baśniowa sobota. W samą Noc Świętojańską zawitałem "w progi" Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy - nie jako turysta, ale wykonawca, z naszym małym teatrzykiem, podczas "Nocy Kupały na Lednicy", najstarszej i najbardziej prestiżowej imprezy kupalnockowej w Polsce. Nie był to dla mnie pierwszy raz - uczestniczyłem już w tej imprezie wraz z gnieźnieńskim Centrum Aktywności Społecznej "Largo", i zrealizowanym tam przedstawieniem, lecz po raz pierwszy zagościliśmy tam jako Grupa Bajarzy "WędrujeMY" - co prawda grupa skurczona na ten raz do mnie samego, gdyż Anastazja, niestety, nie mogła przyjechać. 

Największym wyzwaniem była pogoda: upał i duchota, ogromna wilgotność powietrza - tak, że nawet fakt, że impreza odbywa się na samym brzegu jeziora Lednickiego, nic nie dawał, jezioro nie niosło żadnej ulgi. Już samo przygotowanie do występu było wyczerpujące. Moja scenka niby bardzo mała, ale stolik rozstawić, tło rozpiąć i... paprotek nasadzić wokół! Sztucznych paprotek, co prawda, ale pięknie i dość naturalnie wyglądających. Trochę przeklinałem w duchu moje "efekciarstwo", ocierając raz po raz pot z czoła, ale... efekt był!

Co prawda... chciałbym jeszcze więcej kwiatków i paproci, ale... ;) 

Warto się było pomęczyć, bo dekoracje od razu zwracały uwagę przechodzących osób, niektórzy od razu pytali: a co tu będzie, będzie sobie można tu zdjęcia robić? A... to i niegłupia myśl być może - rozwinąć działalność bajarską o usługi fotograficzne? Ha, ha, ha... Foto, video = "money, money" do naszego koszyka! ;) Namęczyłem się i napociłem z tym wszystkim, ale w końcu mogłem odetchnąć i z zadowoleniem się przyjrzeć. Jednak nie długo, bo wybiła 18.00 i zaczynała się Kupalnocka!

Źle się pracuje samemu, bo trzeba pracować za dwóch lub trzech - nie tylko bajać, ale i organizować sobie widownię, zapraszać. Ja trochę tak, jak przekupień, praktykuję zachwalanie swego "towaru", obchodząc okolicę z dzwoneczkiem i zapraszając na przedstawienie. Naprawdę więc Anastazja jest niezastąpiona i gdy jej nie ma, to brak to okrutny, bo część występów kobita kochana bierze na siebie. :) Bez niej, i bez jej talentów, by teatrzyku w ogóle nie było - bo to ona maluje, rysuje i wykleja - ale i z gotowym już przedstawieniem zawsze mnie lepiej jest z nią, niż bez niej. ;)

A samo bajanie? O czymże można bajać w ten szczególny wieczór, jak nie o... kwiecie paproci przecie? :) O samej opowieści już pisałem w poprzednim wpisie. I było naprawdę wielu chętnych, by tej baśni wysłuchać. A że nie była to ta najbardziej znana opowieść, a bajęda mazurska wg. Michała Kajki, było dla części osób dodatkowo zachęcające. A jak to bajanie szło, możecie się przekonać sami:


piątek, 19 czerwca 2026

Jutro premiera "Kwiatu paproci"!

Szukaj chłopie, szukaj dobrze a skarb cię ozłoci
Dzisiaj przecie o północku kwitnie kwiat paproci.
Przecie nocka świętojańska dzisiaj w gwiazdach idzie!
Znajdziesz chłopie kwiat paproci, zapomnisz o bidzie!

Takim pięknym czterowierszem rozpoczyna się baśń o kwiecie paproci, jaką opowiedział przeszło sto lat temu Michał Kajka. Był to słynny w swoim czasie i regionie mazurski poeta ludowy, orędownik polskości na Mazurach w czasach zaborów i plebiscytu w roku 1920, kiedy to ludność miała się opowiedzieć za przynależnością do Polski lub Niemiec. Był jednym z tych, którzy mocno przyczynili się i do podtrzymania polskiej, mazurskiej mowy i kultury i do tego, że ziemie te w końcu ozdobiła polska flaga i godło. Z jego osobą zetknąłem się wiele lat temu, czytając książkę Zbigniewa Nienackiego "Pan Samochodzik i Templariusze" - autor opowiedział tam wiele z historii swej przybranej "małej Ojczyzny", Warmii (mieszkał bowiem nad Jeziorakiem) i Mazur. 

Kajka był poetą. Przyznam, że ja... tak średnio lubię poezję - raczej niektóre tylko wiersze, jak właśnie ten króciutki. Mam do niego jednak sentyment i ogromny szacunek. Dlatego z zaskoczeniem (bo to wszak proza!), ale i z wielką radością, odkryłem w jednej z książek poświęconych bajędom z Mazur i... Kaszub (Ha! Ha! Ha! Nieco "egzotyczne" połączenie!) jego baśń o kwiecie paproci. I urzekła mnie ona tak bardzo, że postranowiłem: powinniśmy ją zrealizować w formie teatru ilustracji! I opowiadać nie tylko samą bajędę, ale może przy okazji także coś niecoś o jej autorze - znanym raczej tylko na Mazurach, a będącym postacią bardzo ciekawą i wielką. I tak się stało, chociaż zajęło nam to całkiem sporo czasu.

I nastał właśnie ten czas - najwłaściwszy dla tej opowieści. Ostatnie "pociągnięcia pędzla" zostały dokonane ledwie kilka dni temu przez Anastazję i... jesteśy gotowi do PREMIERY! No... prawie, bo jeszcze mam trochę pracy z samym tekstem, poprawki i próby. W każdym razie już jutro wystawiamy spektakl po raz pierwszy, i to nie byle gdzie, lecz podczas najbardziej prestiżowej imprezy kupalnockowej w Polsce, "Nocy Kupały na Lednicy"! To magiczny czas i magiczne miejsce, i cieszę się, że będę mógł być ponownie częścią tej magii. Niestety, będę sam, bo Anastazja musi iść do swej zwykłej pracy. Biedactwo moje! ;)

Czy czuję tremę? Oczywiście! I cieszę się z tego, bowiem wielki Charlie Chaplin stwierdził ponoć kiedyś, że trema pojawia się razem z talentem, więc... może naprawdę mam talent? ;) Myślę, że będzie dobrze, bo naprawdę... "czuję" ten tekst i jego klimat.

O powidzkich legendach

Powidz jest dużą wsią, leżącą na południowy wschód od Gniezna. Tak, wsią, chociaż wygląda na niewielkie miasteczko. W Polsce kojarzy się prz...