piątek, 29 maja 2026

O tym, czego nie lubię w (niektórych) książkach

Wspominałem już kilkakrotnie o publikacjach "legendowych" bydgoskiego wydawnictwa Quixi Media - starannie, pięknie wydanych (chociaż nie bez błędów czy mankamentów). Pierwsze egzemplarze otrzymałem bezpośrednio od wydawcy, kolejne zaś pozyskuję stopniowo sam. To dość proste, jednak zasadniczo nie da się ich kupić - trzeba się zwracać do urzędów samorządowych, które są "mecenasami" poszczególnych edycji. I chwała im za to, że dostrzegają potencjał legend i się nimi chcą promować! Koncepcja tych publikacji ogromnie mi się podoba, i są piękne wydane ale...

...jest w tych publikacjach niekiedy i coś, co do mnie "nie przemawia". Są w nich bowiem także zawarte takie opowieści, które, chociaż są ciekawymi "obrazkami" z regionu, to jednak... legendami nie są - i są dla mnie pewnym "zgrzytem", ilekroć się na takie natykam. Tak jest na przykład z "Legendami Województwa Łódzkiego", w której to publikacji takie "naciągnięcia" są szczególnie widoczne. To m.in. opowieść o słynnym francuskim inżynierze, Andre Citroenie (tak, tym od samochodów), który goszcząc w Głownie podpatrzył innowacyjne koło zębate, o budowie dworu w Zakrzewie koło Kodrąba, o herbie Ksawerowa, o prezydencie Mościckim w Spale, czy o sprytnym ekonomie z Witoni... Takie opowieści są fajne, lecz z legendami nie należy ich mieszać - to są gawędy!  

Gawędy także lubię, ale lubię też porządek i... jeśli już tytułujemy coś "legendami", to niech to będą naprawdę legendy - jeśli nie w najczystszej swej postaci, to przynajmniej po części, czy też z odpowiednim "klimatem". Inaczej robi się... No... dramat! Tak, jak jestem fanem tej serii wydawnictwa Quixi Media, tak po tej książce pozostało mi trochę niesmaku, niestety, chociaż nie brakuje w niej tego, co uwielbiam - "smakowitych" opowieści, prawdziwych legend. Chociaż są i takie z XIX, a nawet... 2. połowy XX wieku - jak ta łęczycka o Diable Borucie, który ukradł wiertło górnikom - bo legendy wciąż się rodzą, i bywają i takie bardzo, bardzo młode. I takie też kocham! Tylko musi być w nich to "coś", co nada im choćby trochę "magii", niesamowitości.

Osobiście bardzo lubię mieszać legendy z historią. Czasem jest to historia prawdziwa, która obrosła legendą - jak np. ta o królu Jagielle i wielkiej burzy, która go dopadła pod Poznaniem czy podobne opowiadające o zakładaniu grodów, budowie zamków, fundacjach kościołów i klasztorów. Lubię opowieści opowieść na poły prawdziwe, na poły fantastyczne - czy też niemal prawdziwe, lecz umiejętnie "doprawiona" wymysłem ludzkim, jakimiś zdarzeniami niezwykłymi. Przy okazji legend lubię opowiadać także historię - bo przecież w legendach znajdujemy też odzwierciedlenie historii, rodziły się one w jakimś jej konkretnym punkcie, jest w nich zawarte do niej odniesienie. I tak np. bajając o bogu Powidzu czy potopieniu "bałwanów pogańskich" w Gnieźnie, można opowiedzieć o tzw. "chrzcie Polski", o motywach decyzji Mieszka I. Tak, za pomocą legend można też świetnie uczyć historii! Lubię poznawać życie naszych przodków i za pomocą legend i bajęd przybliżać je innym. I moje występy. Lubię także zupełnie bajać - i staram się wówczas wyraźnie to zaznaczyć, że dana opowieść jest moją własną bajędą, całkowicie przeze mnie wymyśloną. 

Myślę, że zawsze powinien być wyraźny i czytelny podział.

piątek, 22 maja 2026

Gadka (nie?)cenzuralna o pierdol***u

Nieraz jest tak, że używamy pewnych słów, a zupełnie nie wiemy skąd się wzięły. Niektóre słowa też, chociaż ich pochodzenie jest zupełnie zwyczajne, dziś uchodzą za wulgaryzmy. Najlepszym chyba przykładem tego w języku polskim jest słowo "ku**s", które w języku staropolskim oznacza... frędzel, chwost. Oczywiście wiadomo w takim razie, dlaczego tak nazywano także "ozdobę mężczyzny". ;) Bardzo często słychać też słowo "pierdo**sz", które moźe nie jest tak niecenzuralne - na pewno nie tej samej wagi, co ów "ku**s" - ale jednak uchodzi za niekulturalne. Tymczasem ma - jeśli wierzyć regionalnej opowieści spod Poznania - zupełnie zwyczajne i... kpiarskie pochodzenie. A jak to było? Było to tak:

Dawno, dawno temu... Lecz jednak nie aż tak dawno, jak to bywa często z baśniami i legendami! Lat temu ledwie półtorej setki, więc cóż to przy słynnych wielkopolskich legendach!? Żył, był sobie w Gądkach, niezbyt odległych od Poznania - nawet wówczas, a dziś już leżących dosłownie na jego obrzeżach - niejaki Piotr Paluch. Wielkopolska była wówczas, jak pamiętamy, pod zaborem pruskim i była poddawana nawet brutalnej germanizacji. Niemcy nie tylko zagrabili prastare polskie ziemie, ale toczyły także inne wojny, a do pruskiej armii wcielanych było także wielu Polaków. Chcieli tego, czy nie - a raczej nie - musieli wdziewać mundur pruskiej armii i walczyć za "kajzera", cesarza. Taki los spotkał także i Piotrka Palucha, który - wraz z wieloma innymi Polakami - trafił w roku 1870 na front wojny prusko - francuskiej. 


Nie był jednak walecznym żołnierzem. Trudno się temu przecie dziwić! On, Polak? Miałby walczyć dla Prusaków, dla "kajzera", wroga? Przelewać dla niego krew a może i zginąć gdzieś daleko od rodzinnego domu, od swoich stron i bliskich? O, nie taki on był głupi! Wkrótce też znalazł się po przeciwnej stronie frontu. Gdzie i jakim sposobem? Tego nie wiemy, ale tak właśnie ponoć było. O dziwo jednak, pomimo pruskiego munduru, nie trafił do niewoli, a w każdym razie nie pozostał w niej długo.
 - Polonaise? Polak? To ty nie wróg! - być może uznali Francuzi.

Przecież nie tak dawne były czasy Napoleona Bonaparte, kiedy Polacy byli Francuzom cenionymi towarzyszami broni. Walczyli ramię w ramię wraz z nimi za cesarza i Republikę, upatrując w Napoleonie "męża opatrznościowego", dzięki któremu odrodzi się Polska, wyzwolona spod zaborów. Byli prawdopodobnie na niemal każdym polu bitwy. Byli w słynnej szarźy pod Somossierą, w bitwach pod Waterloo i Austerlitz, a także w wielkiej wyprawie na Moskwę! Sam cesarz też cenił sobie Polaków i nie mógł się ich nachwalić. Z jednym tylko wyjątkiem - Polacy posłani na Haiti, by tam tłumić powstanie, zdezerterowali i przyłączyli się do powstańców. Moźna na pewno długo o tym opowiadać, ale to przecież zupełnie inna historia. W każdym razie pamięć wśród Francuzów o bitnych Polakach i braterstwie broni, zasługach dla Republiki mogła być naszym bardzo pomocna i w tej wojnie, i także Piotrkowi Paluchowi z Gądek. Teraz do niego wróćmy.

środa, 13 maja 2026

O kołdrąbskim wodniku

Wspominałem niedawno o książkach, jakie do mnie przyszły z Janowca Wielkopolskiego. Bardzo ogólnie wspomniałem też o legendzie, która mnie szczególnie urzekła, z książki "Legendy i podania okolic Janowca Wielkopolskiego" autorstwa pani Joanny Chmielewskiej. A jest to legenda o wodniku z jeziora Kołdrąbskiego. 

Dlaczego akurat ta? Bo chyba najbardziej spośród opowieści zawartych w tym zbiorku "dotyka" mocno naszych słowiańskich korzeni, wierzeń naszych przodków - w których wodniki, rusałki i inne wodne stwory - są mocno zakorzenione. A ja mam ogromny sentyment do prasłowiańszczyzny, do tego, co w naszej kulturze najstarsze, najbardziej pierwotne. Jak chodzi o baśnie i legendy także. Niekiedy miewam ochotę... pożyć w tych dawnych czasach, chociaż trochę, przeżyć coś, poznać coś, "dotknąć" ich... Dowiedzieć się o nich czegoś na pewno - jak żyli i w co wierzyli nasi przodkowie. Bowiem wiele o tym raczej się domyślamy, niż wiemy. Gdybyż tylko było to możliwe!  Inny powód jest taki, że ogromnie kocham wodę! No i lasy! A już szczególnie wody otoczone lasami! ;) I może przez to także i wodne stwory mi są jakoś szczególnie bliskie i chętnie o nich słucham, i równe chętnie też o nich opowiadam. Z tego zrodziły się także moje "jeziorowe" opowieści, jak ta o rusałce z Koszyka, o pannach wodnych z jeziora Jelonek czy o rybaku Niedzięgielu. A w dodatku jestem... zodiakalnym Wodnikiem.

  

Wodnik w wielu ludowych podaniach to postać bardzo demoniczna, mroczna i niebezpieczna. Działalnością wodników tłumaczono sobie często utonięcia, a bywało także, że polowały one na ludzi także nad brzegami wód czy na bagnach. W tej kołdrąbskiej bajędzie zaś poznajemy wodnika zupełnie odmiennego. Krobek - tak bowiem ma on na imię - jest postacią bardzo subtelną, nieśmiałą i romantyczną. Skrywa się on w szuwarach i obserwuje Anusię, dziewczątko z wioski, które przychodzi i siada nad jeziorem, by w samotności nucić sobie i śpiewać piosnki. Chociaż to Krobek jest "istotą magiczną", to nie on na nią, ale ona na niego rzuca jakby urok - jest coraz bardziej oczarowany tą ziemską istotą i jej śpiewem. Tak bardzo, że chociaż krępuje się swej brzydoty, wychyla się z trzcin, przybliża i wreszcie się jej ukazuje. A dziewczę pełne odrazy do niego ucieka i nie chce już ani się zbliżyć do jeziora przez wiele, wiela lat...

Chociaż nie pada w tej bajędzie słowo "miłość", to jednak przebija w niej ona bardzo wyraźnie. Nie brakuje opowieści, gdzie między ludźmi a demonami wodnymi pojawia się i rozkwita miłość - zwykle jednak nie kończy się to dobrze, zwłaszcza dla ludzi. Tu jednak to wodnik jest zraniony, wzgardzony. Tym bowiem się różni od rusałek, w których nieraz zakochują się w starych podaniach ludzcy młodzieńcy, że jest szpetny i cuchnie sitowiem i rybami. A że jest szlachetny, ma dobre i czyste serce? Tego przecie nie widać! Czytelnikowi Krobek także może się zdawać początkowo tylko poraczny i zabawny... "Jak coś takiego mogło w ogóle się podkochiwać w pięknej dziewczynie?" - można sobie pokpić. Jednak później jego obraz się znacznie zmienia, nawet w oczach Anusi, która spotyka go ponownie po wielu, wielu latach w innych okolicznościach. 

To nie tylko piękna, romantyczna bajęda na motywach ludowych. Przy tym jest bardzo mądra. To opowieść o tym, że my ludzie popełniamy często jeden, ogromny błąd. Jakże często bowiem patrzymy na innych tylko powierzchownie, postrzegamy ich stereotypowo, osądzamy po tym, co zewnętrzne, co widzimy lub co nam się zdaje, zamiast "patrzeć w serce i duszę", próbować dostrzec coś więcej i głębiej. Za odpychającą powierzchownością może się kryć cudowna istota. Tak samo za gładkim licem i czasującym uśmiechem może być prawdziwy demon. 

Może i w tym tkwi też moc pociągania tej bajędy - przynajmniej dla mnie - że jest chyba najmądrzejsza z wszystkich zawartych w tym tomiku? Jest to opowieść bardzo dla mnie kusząca, by zaadaptować ją do naszego bajarskiego teatrzyku ilustracji. Zwłaszcza, że ma tak silny morał, podczas gdy moje właśne opowieści są raczej - może tak to ujmę - "bajarskimi impresjami" mej romantycznej duszy.

piątek, 8 maja 2026

O teatrze ilustracji - kamishibai

Zajmuję się głównie teatrem ilustracji. Ta forma sztuki bajarskiej wywodzi się aż z dalekiej Japonii i po japońsku nazywa się "kamishibai", na którą to egzotyczną nazwę składają się tak naprawdę dwa słowa: "kami", które oznacza papier i "shibai", które ma szerokie znaczenie: teatr, przedstawienie, dramat, sztuka. Najlepszym tłumaczeniem zdaje się być "papierowy teatr", lecz używany przeze mnie termin "teatr ilustracji" jest chyba bardziej zrozumiały i lepiej oddaje w naszym społeczeństwie istotę tej sztuki, którą jest opowiadanie baśni czy legend do obrazków, które prezentowane są w niewielkich rozmiarów drewnianej skrzynce (ta skrzynka fachowo nazywa się "butai").

Chociaż u nas w Polsce "kamishibai" nie ma długiej historii, obecne jest może od kilkunastu zaledwie lat, to jednak jesteśmy kontynuatorami bardzo starej tradycji artystycznej, sięgającej co najmniej XII w. Buddyjscy mnisi praktykowali wówczas “etoki” - co znaczy "obrazowe opowiadanie historii" - czyli nauczanie zasad buddyzmu za pomocą ilustracji umieszczonych na przesuwanych rolkach papieru. Za prekursora tej metody uważany jest Kakuyū (1053 - 1140), najwyższy kapłan odłamu “tendai”, zwany także, ze względu na swą rangę i autorytet duchowy Toba Sōjō - biskupem Toba. Tak naprawdę jednak być może tradycje te są jeszcze starsze, a on był ich kontynuatorem, uczniem wcześniejszych mistrzów, a pierwszym nam znanym? Mogą one sięgać, zdaniem niektórych nawet  jeśli dobrze pamiętam - VIII wieku. Kakuyū był słynnym twórcą "Chōjū-jinbutsu-giga" ("Zwoje bawiących się zwierząt"), w których antropomorficzne zwierzęta - jak króliki, żaby czy małpy) naśladują ludzkie zachowania. Było to szczególną formą - można powiedzieć - "katechezy", która pomagała przekazać treści religijne także prostemu, niepiśmiennemu ludowi, wpajać je za pomocą obrazu.

Później sposób ten zaczęto wykorzystywać także do snucia “świeckich” opowieści. Wraz z czasem ewoluowała też znacznie jej forma, ulegając stopniowo mniej czy bardziej znaczącym przemianom - tak, że ciągłość tradycji i powiązania z formą pierwotną nie są absolutnie oczywiste i bywa to kwestią dyskusyjną. Pierwotna forma "etoki" odżyła w XVIII wieku, gdy na ulicach miast pojawili się opowiadacze ze zwojami papieru na drewnianych drążkach. 

O powidzkich legendach

Powidz jest dużą wsią, leżącą na południowy wschód od Gniezna. Tak, wsią, chociaż wygląda na niewielkie miasteczko. W Polsce kojarzy się prz...