poniedziałek, 29 września 2025

Małe Trzemeszno też ma swoje legendy

Rojno zrobiło się w późne piątkowe popołudnie w auli Zespołu Szkół Ogólnokształcących i Zawodowych w Trzemesznie. Rojno, ale nie aż tak gwarno, jakby można było spodziewać. Raczej wyczuć można było atmosferę skupienia i oczekiwania. A czekano tak bardzo na wydarzenie dla miasta bardzo szczególne - premierę bodaj pierwszej w dziejach miasta książki z trzemeszeńskimi legendami i baśniami.

Autorami zbioru, zatytułowanego "Cudowne źródełko" są Jolanta Sroczyńska - Pietz (tekst) oraz Marceli Konieczny (ilustracje). Jolanta Sroczyńska - Pietz jest historyczką, miejscową nauczycielką i socjoterapeutka, a także już uznaną literatką, autorką takich książek, jak "Cień zegara słonecznego", "Światłoczuli" czy "Książę. Historia pewnego szaleństwa, czyli rzecz o Michale Radziwille". Trzeba dodać: zakochaną w swoim małym miasteczku. Marceli Konieczny jest zaś miejscowym, niezwykle utalentowanym, artystą - plastykiem i fotografikiem, instruktorem prowadzącym zajęcia w miejscowym Domu Kultury. 

Trzemeszno niespecjalnie kojarzy się z legendami, chociaż jest zbudowane niejako na fundamencie legendy o św. Wojciechu, który miał jakoby założyć w tym miejscu klasztor benedyktynów, do których zagonu sam należał. Wielu Trzemesznian pewnie wciąż w to wierzy i odczuwa dumę, ale - może niestety? - historycy i archeolodzy musieli to dość "brutalnie" wykluczyć. Ale ta świętowojciechowa legenda jest wciąż żywa i musiała znaleźć się w książce. Tak samo, jak tytułowa legenda o cudownym źródełku", które jakoby zyskało uzdrawiające właściwości z chwilą, gdy jego wody zostały pobłogosłąwione przez tego świątobliwego męża, ale potem utraciły swe niezwykłe moce, gdy... Ciekawi, niech sięgną po książkę! Dużą niespodzianką jest, że opowieści z Trzemeszna i okolic udało się autorce zebrać aż szesnaście - przedstawiając w nich ciekawe wydarzenia, miejsca, postacie, pochodzenie nazw, itd.

czwartek, 25 września 2025

Dzioboł Pieczydło

Gdy ma się "bajarskie szczęście", to i w katolickiej książce się bajanie znajdzie. I to w książce o aniołach bajanie o... diable. Konkretniej zaś w książce ks. Alfonsa Józefa Skowronka pt. "Aniołowie są wśród nas".



poniedziałek, 22 września 2025

Szczęście? Nieszczęście? Kto to wie?

W małej chińskiej wiosce mieszkał starszy mężczyzna. Całym jego dobytkiem był kawałek pola oraz koń, z pomocą którego uprawiał rolę. Koń był dla wieśniaka niezwykle wartościowy, ponieważ dzięki niemu mógł zapewnić byt sobie oraz swojemu synowi. Pewnego dnia koń zniknął. Sąsiedzi współczuli wieśniakowi takiego nieszczęścia. Mężczyzna nie zamartwiał się jednak stratą konia, lecz ze spokojem pytał: „Szczęście? Nieszczęście? Kto wie?”

Tydzień później zwierzę niespodzie-wanie powróciło do właściciela, przyprowadzając ze sobą stado innych koni. Tym razem sąsiedzi nie mogli uwierzyć w to, jakie szczęście spotkało starego wieśniaka – w całej wiosce nikt nie miał tylu koni! Gratulowali mu z całego serca. Mężczyzna podziękował im za miłe słowa, po czym zapytał: „Skąd wasza pewność, że to, co się wydarzyło, jest szczęściem?” Sąsiedzi dziwili się tym słowom i uznali starca za niewdzięcznika. Pewnego razu syn wieśniaka postanowił okiełznać jednego z nowych koni. Niestety, jego próba nie powiodła się, ponieważ spadł z grzbietu zwierzęcia i złamał nogę. Sąsiedzi ponownie składali mężczyźnie wyrazy współczucia w obliczu takiego nieszczęścia, jednak wieśniak pytał tylko: „Szczęście? Nieszczęście? Kto wie?”.

Dni mijały, a kraj pogrążył się w wojnie. Do chińskiej wioski wkroczyli żołnierze, werbując do wojska młodzieńców zdolnych walczyć. Ku rozpaczy wielu rodzin, zabrali wszystkich młodych mężczyzn, z wyjątkiem jednego – syna wieśniaka, który leżał w łóżku ze złamaną nogą. Po jakimś czasie okazało się, że żaden z młodzieńców zaciągniętych do walk nie przeżył. Rodziny pogrążyły się w żałobie, jednak wieśniak pozostał niewzruszony, pytając tylko: „Szczęście? Nieszczęście? Kto wie?”. 

Sabat czarownic - gdzieś pod Gnieznem

Nie samym bajaniem bajarz żyje... Przynajmniej w moim wypadku opowieści nie mogą być tylko wytworem wyobraźni. Tworząc je, zawsze szukam rzetelnej wiedzy. Stąd na moich "bajarskich półkach" znajdują się nie tylko książki z samymi baśniami i legendami, ale też całkiem sporo innej literatury, która może być bardzo pomocna - m.in. etnograficznej i historycznej. Teraz nabyłem kolejną taką właśnie książkę.

Wspominałem już chyba o swoim kontakcie z prof. Wijaczką, którego prosiłem o trochę chociaż wiedzy, czy wskazówki, po co sięgnąć, jak chodzi o formę i przebieg "sabatów czarownic". Bo to, rzecz jasna temat dla bajarza szczególnie ciekawy - na pewno bardziej, niż polowanie na czarownice, przebieg ich procesów i tortur. A byłem świeżo po lekturze jego znakomitej książki pt. "Czarownicom żyć nie dopuścisz", której chyba co najmniej trzecia część była poświęcona mojemu Gnieznu. Cóż, nie była to przyjemna lektura, bo nie jest miło czytać, że i w pierwszej stolicy Polski odbywały się tortury i płonęły stosy, ale... i tak byłem zachwycony i mnogością wiedzy, i formą jej przekazywania przez autora. Dlatego też się do niego zwróciłem i... 

Pan Profesor mi odpowiedział i pewnych wyjaśnień, bardzo cennych, udzielił. Zapowiedział także, że w kolejnej książce, którą właśnie skończył pisać, będzie także o sprawach z Gniezna. To oczywiście rozpaliło moją ciekawość - bowiem mam wielkie zamiłowanie do historii i do mojego rodzinnego miasta. Więc czekałem niecierpliwie. I wreszcie... 😊 I, jak obiecywał Pan Profesor, jest także o Gnieźnie.

Oczywiście samej historii nie wykorzystam - ona ma służyć mnie, rozwijać moją wiedzę i dawać "zaplecze warsztatowe". Ale miałem też małą niespodziankę, bo autor nie zappwiedział mi jednego. Tego mianowicie, że w treści znajdę akurat to, co mnie bardzo interesowało i o co pytałem - opis "sabatu czarownic". Jest przy tym dosyć rozbudowany i szczegółowy, bardzo ciekawy, w oparciu o zeznania obwinionej o bycie czarownicą kobiety.

poniedziałek, 15 września 2025

...i znalezisko. :)

Zaginionymi lądami, mitycznymi krainami interesuję się od wielu lat. A także zaginionymi miastami, jak np. pomorska Wineta. Bardzo interesuję się nimi od wielu, Można powiedzieć też, że na wielu poziomach. Interesują mnie same opowieści, a także badania nad nimi prowadzone. Śledzę z uwagą, co o nich mówią naukowcy - specjaliści od historii czy literatury - ale i to, co zdaje się bardziej kontrowersyjne ze "zdroworozsądkowego" punktu widzenia, słowa i poczynania "wariatów", którzy wierzą, że te lądy istniały naprawdę, poszukują ich a choćby przesłanek czy dowodów o ich istnieniu. Z uwagą oglądam programy w tv - nawet te bardzo "kontrowersyjne", wzbudzające u wielu uśmiech pełen politowania czy pobudzające do drwin. Na szczęście w swojej wolności nie muszę się przejmować, co kto myśli o tym. Chętnie też o tym czytam. 

Wierzyć czy nie wierzyć - to sprawa bardzo indywidualna. Ja... wierzę - moją romantyczną, bajarską duszą - bo... chcę wierzyć. To mój świadomy wybór. Bo to przyjemna wiara, i przyjemnie jest się z tą wiarą, a przynajmniej z pełnym ciekawości pytaniem: "a może to prawda?", zanurzyć w otchłanie tajemnicy przyniesione nam przez dawne mity i legendy. Moje serce i dusza lgną do tych starych opowieści i tej tajemnicy - rozkoszuję się nią, próbuję przeniknąć i poczuć. Ucieszyła mnie więc bardzo ta książka - znaleziona w miejscowej bibliotece, na półce do wymiany ksiązkowej, "bookcrossingu"...

Byłem świadomy tego, że od rzetelnej wiedzy i badań jej treść może być baaardzooo daaaleeekooo. Jej autorka jest bowiem - jak to określono w biografii na odwrocie książki - "naturalną białą czarownicą, która pracuje z elementami i niebiańskimi królestwami". 😆  Tak więc można się było spodziewać mocnych "odjazdów". Spodziewałem się po tej książce nie wiedzy, nie badań "szkiełkiem i okiem", ale liczyłem raczej raczej na OPOWIEŚCI, nawet jeśli "dziwnej treści" - na coś, co będzie karmić i pobudzać moją ciekawość i moją własną romantyczną duszę, moją wyobraźnię. Spodziewałen się mocnych "odjazdów" - ale też i taka jest prawda, że tacy "odjazdowcy" mają często ciekawą, romantyczną duszę, i potrafią mieć niezwykłą wyobraźnię, niesamowicie opowiadać. Niestety... Tak, jak się początkowo ucieszyłem, tak wkrótce jednak przyszło ogromne rozczarowanie, bo za pociągającym tytułem i piękną okładką nie kryły się wcale piękne mity i legendy, których przecież jest wiele o tych krainach, ani dociekania o ich istnieniu czy położeniu, ani jakiekolwiek fajne, fantastyczne opowieści, wizje z nimi związane, a tylko... arcygłupi ezoteryczny bełkot. 

Książka - jako zupełnie bezwartościowa - poszła więc zaraz dalej. Niech ją sobie czyta, kto lubi takie kretynizmy. 😆 Ja się zajmuję baśniami, nie głupotami. To jednak kolosalna różnica! 😉 I z nadzieją czekam, że jeszcze mi się trafi coś ciekawego i sensownego o Atlantydzie, Lemurii i Avalonie. 😊

Dary, dary...

Według Biblii po narodzeniu Chrystusa do Betlejem przybyli "Mędrcy ze wschodu". Według tradycji katolickiej było ich trzech: Kacper, Melchior i Baltazar. Przynieśli Dzieciątku dary. Któż z nas nie lubi otrzymywać darów, prezentów? Ja także lubię. I nie potrzeba mi do tego od razu aż Trzech Króli. Tym razem starczyła jedna "Królowa" - Maja z Warszawy. O, jakimż błogosławieństwem są ludzie, którzy znają i potrafią doceniać pasje innych, i wspomagać je na różne sposoby! I tak oto na mój "bajarski regał" trafiły kolejne dwie ciekawe książki z bajędami. 😄 Dzięki wielkie, Maju! 💗💗💗

 
Pierwsza książka to zbiór dosyć znany - w każdym razie na pewno przynajmniej bajarzom i pasjonatom ludowych opowieści. To "Baśnie spod Gorców" autorstwa Antoniny Zachary - Wnękowej. Dotąd jej nie posiadłem, a już od długiego czasu nabierałem na nią "apetytu". Gorce - a więc góry, południe naszego kraju. Byłem tam kiedyś na wakacjach i miło wspominam, to teraz się tam będę mógł wyprawić także myślą i sercem, i wyobraźnią! A chyba wszyscy wiedzą, że baśnie i legendy z gór potrafią być naprawdę niesamowite, mieć w sobie szczególny czar, specyficzny "klimat".

Druga książka zaś - "Koń siedmionogui" - to zbiór baśni węgierskich. I to, przyznam, jest dla mnie wciąż "terra incognita" - jeśli nie zupełnie, to jednak w wielkim stopniu. Bowiem z baśniami węgierskimi nie mialem dotąd zbytnio styczności. A kto zna trochę charakterystykę i dzieje kraju i Madziarów go zamieszkujących - a to akurat obce mi nie jest - ten może się spodziewać, chociaż w przybliżeniu, co w tej książce znajdzie. I mam nadzieję, że będzie "dziko", jak w duszy Madziara, i "dobrze przyprawione", jak dania ich kuchni, i z wielkim "bukietem smaków", jak w ichnim tokaju. 😛 

----------

A jeśli ktoś czyta to i ma książki z baśniami i legendami, którymi mógłby i chciałby się podzielić, to zapraszam do kontaktu: bajarz@mailplus.pl 

środa, 10 września 2025

Błędne ogniki w okolicach Sulęcina

W moich poszukiwaniach legend regionalnych Ziemi Średzkiej zostałem skierowany do książki "Dzieje Sulęcinka i jego mieszkańców", w której miało się znajdować kilka podań. Znalazłem ją w miejscowej bibliotece i... byłem zszokowany obszernością publikacji o wsi, liczącej nieco ponad 1,5 tysiąca mieszkańców, której mogłoby jej pozazdrościć wiele miast! W niej zaś może materiału szczególnie dla mnie interesującego zbytnio nie znalazłem, ale coś ciekawego jednak tak. Oto opowieść spisana przez pana Romualda Pawlika: 

Arnold Brocklin "Das irrlicht" / "Błędny ognik" (1882), fragment obrazu.

"Była ostatnia sobota kwietnia. Pan Jan po raz pierwszy od miesiąca spokojnie zjadł obiad i mógł odpocząć po posiłku.  Wszystkie pola na Borowie zostały obsiane, pozostały tylko ziemniaki do zasadzenia, ale na te jest jeszcze trochę czasu. Zarządca puścił wszystkich chłopów do domu, tylko na wpół do szóstej wieczorem  kazał zaprzęgnąć konia do polowego wolantu. najbardziej cieszył się na ten wieczorny wyjazd.  Widział się dziś z dziedzicem Sulęcina, który zaprosił go na wista. Pan Jan zaproszenie przyjął z zadowoleniem, wiedząc, że po pracy, przy kartach, mile spędzi czas. 
Lubił przebywać w towarzystwie dziedzica, który dobrze i z niezwykłym humorem grał w karty. Miał on też talent do opowiadania starych historii, których wszyscy uważnie słuchali. Pan Jan zajechał pod dwór w Sulęcinie, gdzie wesołe towarzystwo karciane witało go z werandy. Byli już wszyscy, i ksiądz proboszcz, i kuzyn dziedzica, który bawił na dworze od świąt. 

poniedziałek, 8 września 2025

O starej damie z poznańskiej fary

Legendy... Wspominałem już chyba, że legendą wolę nazywać taką opowieść, która ma już "długą, siwą brodę". ;) Legenda dla mnie zasadniczo opiera się na tradycji, a im dłuższa to tradycja, tym lepiej. Jednak przecież legendy wciąż się rodzą - i to, co dzisiaj jest ciekawą opowiastką, może z czasem stać się w pełni legendą. 

Takimi młodymi legendami są np. opowieści o duchach nawiedzających różne miejsca. Oczywiście jest wiele legend o duchach np. "rezydujących" na zamkach czy w ruinach. Chodzi mi teraz raczej o zjawy mniej znaczne i nie z tak wspaniałych miejsc. Wiele takich się zrodziło ledwie przed ok. 100 laty, kiedy jeszcze wiara w duchy była dość powszechna, a na pewno znacznie, znacznie powszechniejsza, niż obecnie. Nieco złośliwie można by może napisać "za ciemnoty", ale... czy możemy naprawdę wykluczyć ponad wszelką wątpliwość wykluczyć, że mogą one naprawdę się pojawiać? Owszem - nauka nie udowodniła pojawiania się duchów - ale czy udowodniła, że się nie pojawiają? Oczywiście, że nie! Nauka zasadniczo... niezbyt się tym zajmuje i interesuje - jeśli już to może jako zjawiskiem kulturowym czy psychologicznym. Ale... chyba trochę odbiegłem od tematu w filozofowanie. Wróć! 

Takie opowieści znaleźć można w jednych publikacjach, obok znacznie starszych i szacowniejszych podań. Takich opowieści sprzed lat około stu jest naprawdę całkiem sporo. Ale rodzą się  w naszych czasach to takie "legendy - noworodki". ;) I one także dla mnie, jako pasjonata baśni i podań, są bardzo ciekawe i zajmujące. Jedną z takich moich ulubionych opowieści tego typu wiąże się z Poznaniem.

Fot. Diego Delso / Wikipedia
Poznań ma naprawdę wiele atutów -  historycznych, i turystycznych, i kulturowych... Konsekwentnie odmawiam mu prawa do tytułu "Pierwszej Stolicy Polski", bo tą było Gniezno i kropka. ;) Jednak jest miastem które ma wiele, wiele do zaoferowania komuś "ciekawemu świata" i... opowieści. Jest z nim związanych wiele fantastycznych legend pół-legend i zwykłych ciekawych opowiastek mniej lub bardziej "bajarskich". Będąc w Poznaniu na pewno trzeba koniecznie odwiedzić Ostrów Tumski - gdzie u ujścia Cybiny do Warty stał pierwotny gród poznański Nie można też oczywiście pominąć Starego Rynku x pięknym ratuszem i koziołkami trykającymi się na wieży.. Opodal Starego Rynku jest jeszcze jedno miejsce, które koniecznie należy odwiedzić - a jednak wielu turystów już tu nie dociera. To stojący nieco na uboczu kościół farny, noszący niezwykle skomplikowaną tytulaturę, wezwanie: Matki Bożej Nieustającej Pomocy, św. Marii Magdaleny i św. Stanisława BM. Ufff!

Świątynia ta - wznoszona przez pół wieku, ukończona zaś w roku 1701 - wraz z przylegającym do niej, równie monumentalnym jak ona, klasztorem, była siedzibą dumnego zakonu jezuitów. Jest ona prawdziwą perłą baroku - nie tylko regionalnego, wielkopolskiego, lecz w skali całego kraju. Niewiele ma sobie równych. Zachwyca już okazałą fasadą, a jej wnętrze sprawia jeszcze bardziej monumentalne wrażenie. Bazylika równie dobrze mogłaby być i katedrą nawet - naprawdę ze wszech miar godną siedzibą arcybiskupstwa - gdyby takowa już wcześniej w Poznaniu nie istniała. 

O teatrze ilustracji - kamishibai

Zajmuję się głównie teatrem ilustracji. Ta forma sztuki bajarskiej wywodzi się aż z dalekiej Japonii i po japońsku nazywa się "kamishib...