środa, 10 września 2025

Błędne ogniki w okolicach Sulęcina

W moich poszukiwaniach legend regionalnych Ziemi Średzkiej zostałem skierowany do książki "Dzieje Sulęcinka i jego mieszkańców", w której miało się znajdować kilka podań. Znalazłem ją w miejscowej bibliotece i... byłem zszokowany obszernością publikacji o wsi, liczącej nieco ponad 1,5 tysiąca mieszkańców, której mogłoby jej pozazdrościć wiele miast! W niej zaś może materiału szczególnie dla mnie interesującego zbytnio nie znalazłem, ale coś ciekawego jednak tak. Oto opowieść spisana przez pana Romualda Pawlika: 

Arnold Brocklin "Das irrlicht" / "Błędny ognik" (1882), fragment obrazu.

"Była ostatnia sobota kwietnia. Pan Jan po raz pierwszy od miesiąca spokojnie zjadł obiad i mógł odpocząć po posiłku.  Wszystkie pola na Borowie zostały obsiane, pozostały tylko ziemniaki do zasadzenia, ale na te jest jeszcze trochę czasu. Zarządca puścił wszystkich chłopów do domu, tylko na wpół do szóstej wieczorem  kazał zaprzęgnąć konia do polowego wolantu. najbardziej cieszył się na ten wieczorny wyjazd.  Widział się dziś z dziedzicem Sulęcina, który zaprosił go na wista. Pan Jan zaproszenie przyjął z zadowoleniem, wiedząc, że po pracy, przy kartach, mile spędzi czas. 
Lubił przebywać w towarzystwie dziedzica, który dobrze i z niezwykłym humorem grał w karty. Miał on też talent do opowiadania starych historii, których wszyscy uważnie słuchali. Pan Jan zajechał pod dwór w Sulęcinie, gdzie wesołe towarzystwo karciane witało go z werandy. Byli już wszyscy, i ksiądz proboszcz, i kuzyn dziedzica, który bawił na dworze od świąt. 

Wieczór był wyjątkowo ciepły i wszyscy chcieli grać na werandzie, ale słońce zaczęło chować się za chmury i lekko się ochłodziło. Przenieśli się zatem do salonu. Panu Janowi karta coś nie dopisywała. Denerwował się tym bardziej, że dziedzic często opowiadał historyjki mrożące krew w żyłach. A to o wdowie, która zgubiła swoje dzieci, a to o rannym żołnierzu, który po przegranej bitwie wracał nocami do domu, by go wróg nie schwytał. 

Wybiła dziesiąta. Zarządca chciał już zrezygnować z gry, ale to nie wypadało. Karta zaczęła mu bardziej dopisywać. Czas płynął tak szybko, że prawie nie zauważyli, kiedy duży stojący zegar wybił godzinę dwunastą. Na ten sygnał, jak po usłyszeniu pobudki, wszyscy wstali z miejsc, zaczęli się żegnać i dziękować dziedzicowi za gościnę i udany wieczór. 

Wypoczęty koń kłusem biegł do domu. Po minięciu ostatnich zabudowań w Sulęcinie, [należących do] kmiecia Mnicha, zarządca postanowił skrócić sobie drogę i skręcił z głównego traktu w lewo, w mało uczęszczaną polną drogę prowadzącą do Borowa, zwaną 'na iły'.  Ujechawszy około pół sążnia [być może źle użyta dawna miara długości, gdyż sążeń był odpowiednikiem niespełna 1,8 metra - uwaga autora bloga] starej drogi, ucichły odgłosy ujadających psów. 

Jan zorientował się, że jest bardzo ciemna noc i nie widać gwiazd ani księżyca. Koń zaczął się dziwnie zachowywać. Stawał, nie chciał iść, prychał, był bardzo zdenerwowany, co udzieliło się kuczerowi [słowo pochodzenia francuskiego, oznaczające woźnicę lub furmana - przyp. autora bloga]. 'Już zgubiliśmy drogę, jedziemy po łąkach i obsianych polach. Główną drogą już byśmy byli w domu' - pomyślał zarządca.

Zaczęli krążyć i błądzić, aż zajechali w jakieś niskie, mokre łąki, gdzie Jan dostrzegł światełko. Ogień światła, o zabarwieniu lekko niebieskim, był tak mały, jakby patrzeć na świeczkę z dużej odległości. Koń widocznie też dostrzegł ten dziwny blask i zaczął się bardziej denerwować. Jan pomyślał, że dojeżdżają do drogi, którą ktoś jedzie i świeci latarnią powozu. Ten świecący punkt poruszał się, ale tylko wtedy, gdy oni się poruszali. W końcu zgasł, ale w jego miejsce w niedalekiej odległości pojawiło się nowe światełko. Już było wiadomo, że nie jest to latarnia, tylko błędne ogniki, czyli błąkające się dusze, nie wpuszczone do nieba za ciężkie przewinienia i skazane na pośmiertne tułanie, o których kiedyś słyszał od dziedzica w Sulęcinie. Zaczął więc modlić się za te błąkające dusze. 

Po którejś zdrowaśce Jan usnął, a koń stanął i odpoczywał. Niebo powoli rozjaśniało się w brzasku. Zarządca obudził się zadowolony, że ogników już nie ma, a w oddali  dostrzegł ledwie zarysowane dobrze znane zabudowania majątku Młodzikowo. Zamiast więc  przybliżać się do Borowa, on się oddalał. Choć najbliższa droga do domu prowadziła przez Sulęcin, to zarządca bał się, że w Sulęcinie ktoś go zauważy i będą się z niego wyśmiewać. Pojechał więc inną drogą, przez Moldau, dzisiejsze Młodzikówko. Tak to błędne ogniki wyprowadziły zarządcę Jana w pole.

Podobnych opowieści zachowało się bardzo wiele - ta powyższa jest bardzo typowa, bo ich treść jest zwykle niemal identyczna. Także w moim Gnieźnie funkcjonowała niegdyś - dziś zapomniana - legenda o zatopionym kościele i duszach błąkających się pod postacią błędnych ogników po podmokłych łąkach u stóp Wzgórza Lecha. Wzbudzały one lęk, ale także wierzono, że trzeba się za dusze pokutujące modlić. Niekiedy przyjmowały one w ludzkiej wyobraźni także i ludzką postać - jak na ukazanym wyżej obrazie szwajcarskiego malarza, Arnolda Brocklina, a nawet wchodziły w interakcje z ludźmi, np. wprost prosząc przypadkowo spotkane osoby o modlitwę. 

No właśnie - podmokłe łąki czy wręcz bagna są tu nie tylko motywem niezmiennie się powtarzającym, w każdej takiej opowieści, ale i... wyjaśnieniem fenomenu zawartego w tych opowieściach. Nie zmyślono sobie bowiem wcale owych "błędnych ogników" - nikłych, niebieskawych światełek, pojawiających się tu czy ówdzie - a tylko nie rozumiano czym są i skąd się biorą, więc brano je za zjawisko nadprzyrodzone. Tymczasem jest to samozapłon gazu wydzielającego się w procesie rozkładu materii organicznej. Gniezno otoczone było bagnami. Podobnie w Dolinie Warty ciągną się wielkie obszary łęgów (a Sulęcin leży nieopodal Warty właśnie) - nie dziwne więc, że się takie historie na tych terenach pojawiają. 

My mamy już dostateczną wiedzę, by to wiedzieć i rozumieć, ale jeszcze nie tak dawno nie była to wiedza powszechna. A jeśli coś było niepojęte, to łatwo mogło być uznane za "nie z tego świata". Zresztą nawet i dziś, jak sądzę, wiele osób byłoby zaskoczonych widokiem takiego nagle rozbłyskującego w mrokach nocy "błędnego ognika".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O teatrze ilustracji - kamishibai

Zajmuję się głównie teatrem ilustracji. Ta forma sztuki bajarskiej wywodzi się aż z dalekiej Japonii i po japońsku nazywa się "kamishib...