sobota, 31 stycznia 2026

Znów spojrzenie "od zaplecza"

 Cały czas inwestuję i gromadzę elementy dekoracyjne. Zakupione zostały kolejne tła - głównie mniejszego formatu - ledwie 100 x 150 cm. Tak, takie też będą użyteczne, bo mam pomysł na inny jeszcze projekt bajarski. Jest już w znacznej części oświetlenie - chociaż widzę, że muszę zwiększyć ilość małych lampek.

Oświetlenie "po taniości" - takie, na jakie mnie stać w tym projekcie. Niebogaty bowiem ze mnie bajarz - jak często powtarzam. Wkładam w to, co mam, co pozyskuję ze sprzedaży książek i od ofiarodawców poprzez Pomagam.pl. Aktualnie czekam (nie)cierpliwie na porządny stolik pasujący pod teatrzyk kamishibai, bo to, czym dysponujemy obecnie niezbyt nam odpowiada - stolik niestabilny i w dodatku o złym blacie, trzeba ze sobą nosić do tego... deskę, żeby mieć płasko! Teraz się to zmieni. Czekam! Stolik podróżuje aktualnie gdzieś przez Kazachstan, tzw. "Nowym Jedwabnym Szlakiem".

Gromadzę też wciąż sztuczne zarośla. Stawiam mocno na paprocie i różne porosty. Do nich zaś... mini-statywy fotograficzne jako system mocowania, podstawa "krzaka". Tego producenci nie przewidzieli, ale... "Jeśli coś jest głupie, lecz działa, to wcale nie jest głupie"! 

sobota, 24 stycznia 2026

Dioboł sie łożenił

Diabeł ma swoje szczególne miejsce w polskiej kulturze ludowej.  Jest to zupełnie inny diabeł, niż z kart Pisma Świętego - często niby straszny, niby do piekła ludzi ciągnący, ale jednak a to dający się przechytrzyć czy oszukać, a to nieporadny i śmieszny. Ludzie, może nadmiernie straszeni przez księży, jakoś sobie próbowali to zrównoważyć, niejako "oswoić sobie" tego diabła, by już się aż tak strasznym nie zdawał. Bardzo wiele bajęd o diabłach jest humorystycznych. Mam ja sporo w swoich zbiorach takich "diabelskich" opowieści i ogromnie je lubię, i każda kolejna mnie raduje wielce, wywołując szeroki uśmiech na mej twarzy.

A oto bajka śląska autorstwa Stanisława Ligonia (1879 - 1954) z jego książki "Bery i bojki śląskie'. Nie wiem, czy oparta na śląskiej tradycji ludowej, czy też całkowicie z fantazji autora się wywodząca. Ubawiłem się jednak przy niej setnie

 ----------

    Zdarzyło się kiejsik, że zastrejkował dioboł, a to na skuli tego, że mu w piekle było za gorąco. Chciał sie ździebko na ziemi ochłodzić.
    Nie namyślajac się dużo, wyjechoł z celuści na powierzchnia, Idzie se tak, idzie, az tu naroz uwidzioł jakoś młodo i bardzo szykowno dziołszka. Przypomniał se, jak mu to kiejś jego piekielni koledzy łosprowiali, że małżeństwo mo ponoć być niebem na ziemi. Wziena go chętka spróbować. Czemu ni!...
    Nie zastanawiając się długo, podszedł do napotkanego aniołeczka i prawi:
    - Dzień dobry! piękny dzióbeczku. Czergo to tak wcześnie szukają po świecie?
    - Szukom chłopa - odpowiada, szczyrząc zęby dziołcha.
    - No to się dobrze skłodo - śmieje się dioboł - bo jo szukom baby... A kiej się tak pieknie słożyło, to bychom się możno i smówili?
    - Czamu ni - pado dziołcha i poczyna se tego przipadkowego konkurenta łoglądać, jak to podajom, łod stóp do gowy.
    - A coś ty za jeden? - zapytuje.
    - O, joch jest dioboł - odpowiada skromnie zapytany, a nie czekając łodpowiedzi dodaje z ostrożna: - Jeśli mie przyjmiesz za męża, spełniać ci byda wszystkie twoje życzenia, moc moja bowiem jest wielko...
    Diobelskie to wyznanie spodobało się dziołszce, ty m bardziej, że i uroda chłopa przipadła jej do gustu. Niedługo też a pobrali sie...

piątek, 23 stycznia 2026

Podarowano mi... SKARB prawdziwy!

Święty Mikołaj to człek bardzo zajęty... Chociaż czy człek, czy duch lub demon / pół-bóg? Bo ponoć ów "dobrotliwy staruszek" ma tyleż korzenie w katolicko-prawosławnym kulcie św. Mikołaja i legendami hagiograficznymi z nim związanymi, co i w... skandynawskiej mitologii i demonologii. Cóż, mniejsza o to. W każdym razie jest on bardzo zajęty, co wie każdy - a przynajmniej każde dziecko. Nie mam więc do niego żalu, że przybył do mnie trochę później, niż w Boże Narodzenie, bo mniej więcej w połowie stycznia... 

A w sumie nawet nie osobiście, tylko zainspirował do obdarowania mnie bydgoskie Wydawnictwo Quixi Media, które wydaje m.in. fantastyczne książki z regionalnymi legendami. Trafiłem na ich ślad przypadkowo, szukając legend i baśni związanych z lasami. Konkretnie zaś na ślady ich publikacji pt. "Legendy lasów Kujaw i Pomorza". A że akurat siedzę w "klimatach leśnych", chciałbym koniecznie ją nabyć. Niestety to "biały kruk", który na platformach sprzedażowych jest w dwóch sztukach, w... "odpowiednio" absurdalnych cenach 200 - 250 zł. ;) No więc szukam innych możliwości pozyskania jej, w rozsądniejszy sposób. 

Niestety, publikacje te ogólnie nie są zbyt dostępne i... od tego wszystko się zaczęło, że spytałem wydawcy, gdzie je zakupić. No i nie dostałem wskazówek, a za to... ogromną pakę książek!  


Gdy je włożyłem na wagę, wskazała... 6,6 kg! Szczęśliwie kurierzy to silne osoby, dla których ciężary to "chleb powszedni", i wnieść taką pakę na drugie piętro nie było problemem. ;)

Dostałem SKARB! Prawdziwy SKARB! I mam w sercu wdzięczność dla tego wydawnictwa podobnie wielką, jak ta paczka, albo i większą nawet! Potrafili dogodzić bajarzowi, jak mało kto! A dostałem:
- "Legendy Kujaw i Pomorza",
- "Legendy Wielkopolski",
- "Legendy Województwa Łódzkiego",
- "Legendy Mazowsza",
- "Legendy Zachodniego Pomorza",
- "Legendy Województwa Pomorskiego",
- "Legendy Warmii i Mazur"...
Uff! Mała "litania"! Niestety, nie ma w niej tych wymarzonych "Legend lasów Kujaw i Pomorza", ale być może zwyczajnie nawet wydawca już ich u siebie nie ma. Muszę więc poszukiwać dalej - i tak czynię. Nie poddam się! Bo kocham lasy i leśne opowieści o ludiach, duchach leśnych, zwierzętach... Ano, zobaczymy czy się uda i jak. Na pewno i tym się podzielę, jeśli odniosę i w tym sukces.

Książki są bogate w treści. Każda z nich jest pełna legend... ile? Nie liczyłem, ale w każdej z nich naprawdę wiele. wiele! Różnorodne także w stylu, ale każda znakomita literacko. W dodatku całość wydana na niesamowitym poziomie edytorskim, z ogromną starannością. Pięknie zilustrowane, na wysokiej klasy papierze... Każdą z nich jest przyjemnie wziąć do rąk i czytać - moje zmysły dostały równie wspaniałą "ucztę", jak i mój duch. moje romantyczne "serce bajarza"!

Kwiat paproci... w środku zimy

Chociaż z postury przypominam może nieco niedźwiedzia, bowiem spory ze mnie chłop, to jednak w zimowy sen nie zapadam. I pracuję. Na przekór kalendarzowi też, w środku zimy, ja myślę o lecie. Konkretniej zaś o samym początku lata - o Nocy Świętojańskiej i słynnym kwiecie paproci. Kwiat ów cudowny ma, według legend naszych, przynieść szczęście i bogactwo temu, kto go znajdzie. Znaleźć go jednak niełatwo, bowiem jest malutki, w całym lesie zakwita tylko jeden, i w dodatku na jedno tylko mgnienie oka.

Motyw to powszechnie znany i w wielu literackich opracowaniach. Mnie jednak urzekła wersja nieco odmienna od tej najbardziej znanej - to opowieść mazurska, z odrobiną humoru, ale też głęboką refleksją, z mocnym morałem. Ja lubię zaś baśnie, które są piękne, a bardziej jeszcze takie, które są nie tylko piękne, ale także mądre i pouczające - takie, jak ta, którą teraz "wziąłem na tapet". 

Przypisywana ona jest temu starszemu mężczyźnie, którego wizerunek tu obok zamieszczam. A to nie byle kto, lecz Michał Kajka. Wielu osobom to nazwisko nic nie mówi. A szkoda, bowiem można go najlepiej określić słowami filmowego Kargula Pawlaka: "...a to znamienity Polak był!" Żył w bardzo trudnych czasach zaborów i germanizacji - na Mazurach kto wie, czy nie bardziej jeszcze bezwzględnej, niż u nas w Wielkopolsce - lecz miał w sobie gorące polskie serce i wielką miłość do polskiej mowy i walczył słowem o podtrzymanie polskości na Mazurach. 

Był przede wszystkim poetą ludowym, więc było dla mnie dużą niespodzianką, gdy w jednej z zakupionych kiedyś książek natrafiłem na tą baśń. Wprawdzie nie napisał jej sam, własną ręką, lecz opowiedział redaktorowi "Mazura Wschodniopruskiego" - polskiego czasopisma, a ten tą opowieść, jak rozumiem, spisał i opublikował. To autorstwo mnie bardzo cieszy, bo oto mam nie tylko piękną i mądrą baśń do opracowania, ale także niezwykle ciekawą postać do przypomnienia oraz...

...jeszcze jedną ważną lekcję dla słuchaczy: jak pięknym i godnym szacunku i miłości jest nasz język ojczysty! Obawiam się, że my dzisiaj nie dbamy oń należycie, nie pielęgnujemy go, nie przykładamy do niego tak znaczenia... A mamy przecie klejnot! Tacy ludzie, jak właśnie Michał Kajka, byli tego świadomi, i wiedzieli, że potrzeba nieść polskie słowo, by nim podtrzymywać i rozniecać ogień w polskich sercach. On głęboko wierzył w odrodzenie się Polski i o to walczył - polskim słowem.

niedziela, 18 stycznia 2026

Czym jest dla mnie baśń?

Świat baśni jest piękniejszy od realnego - dlatego tak przyjemnie się w niego ucieka.  W nim bowiem zwykle dobro w końcu zwycięża, w realnym zaś... różnie to bywa. Świat baśni powinien nas kształtować i uczyć życia w realnym świecie. Przynajmniej zaś wnosić w jego szarość, a może i mroki, promyk światła i trochę nadziei, szczyptę magii i ciepłego uśmiechu. Dobrze jest, jeśli baśń przynajmniej pomaga choć na chwilę oderwać się od "realiów życia" - czasem tak bardzo "twardych" jak kamień - i staje się dla nas odpocznieniem i ukojeniem, pomaga przetrwać. 

Dla mnie osobiście baśń jest nieraz takim "wyjściem ewakuacyjnym" i swoistym "wentylem bezpieczeństwa". Jest to dla mnie forma terapii, próby odnalezienia się w tym świecie, wśród ludzi. Pomaga w codziennej egzystencji, bo można zrobić coś fajnego z innymi 0 przybiera formę wspólnego bytowania.  Pomaga mi także pozostać normalnym człowiekiem, nie zwariować w tym szalonym świecie. Szukam w baśniach ulgi dla swego skołatanego serca, wytchnienia dla duszy i... nadziei.

sobota, 10 stycznia 2026

Zajrzałem do antykwariatu i...

Jestem w trakcie pewnej wieloetapowej "procedury medycznej". Kto wie, ten wie o co chodzi. ;) Łączy się to z koniecznością wyjazdów do Poznania. Wczoraj, gdy już było po wszystkim, zaszedłem do Antykwariatu "Bookinista", znajdującego się na kultowych poznańskich Jeżycach, rozsławionych szeroko przez Małgorzatę Musierowicz. Wypatrzyłem go już kiedyś, ale był - niestety - akurat zamknięty. Tym razem się udało! Przede wszystkim szok, bo to jakaś "krzyżówka" antykwariatu z kawiarnią! Można spokojnie usiąść przy stoliku i... podelektować się! :)

Wszedłem i... oczywiście zaraz zadałem pytanie: "Znajdą się jakieś legendy i baśnie?" Sympatyczny pan, jak się okazało właściciel, wskazał regał naprzeciwko, w sąsiednim pomieszczeniu, ze słowami: "Jak coś, to na półkach dla dzieci." Trochę stereotypowe - jak baśnie i legendy, to dla dzieci. ;) Hi, hi, hi... No cóż... A przecież są one nie tylko dla dzieci, i nie zawsze też dla nich się nadają! Ja staram się obalać ten stereotyp.

Nie było tego tam wiele - zwłaszcza jeśli odrzucić te typowo dla dzieci, w "cukierkowej" oprawie, z mocno "przemielonymi" treściami zaczerpniętych od "klasyków gatunku". Ale... coś ciekawego się trafiło!

Zwróciła moją uwagę właśnie tą okładką z tkaniny, pozbawioną obwoluty. Na półce od razu ją wypatrzyłem, widząc tylko grzbiet, i sięgnąłem po nią, spodziewając się czegoś ciekawego. I się sprawdziło! To "Bery i bojki śląskie" znanego literata śląskiego, Stanisława Ligonia.

To właściwie nie bajki - bajkę widzę póki co jedną - ale gadki, a także wiele śląskiego humoru. Wszystko spisane gwarą ludową - a raczej jej uproszczoną wersją, czymś pomiędzy gwarą śląską a polskim językiem literackim, by treść była zrozumiała także dla nieśląskich czytelników. Moją szczególną uwagę zwróciła jedna z bajek:

I od razu wiedziałem, że... TA KSIĄŻKA MUSI BYĆ MOJA! No i jest! ;) Oczywiście upatrzoną bajkę od razu przeczytałem i... to był "strzał w dziesiątkę"! Diabelskie przygody w połączeniu ze śląskim humorem ludowym! Cymes i miodzio! :) Reszta "zawodowo" jest dla mnie mniej interesująca, ale ta opowiastka warta jest zakupu całej tej książki. A kosztowała mnie ona "prawdziwy majątek", bo... 9 zł 50 gr. Chciałem utargować na 8, ale się nie udało. ;)  

Kamishibajowa retrospekcja

Robię właśnie porządki na dysku i... natrafiłem na takie oto zdjęcia. Nie mają wprawdzie żadnej wartości artystycznej, ;) lecz za to sentymentalną ogromną. Było to - jak wskazują dane zapisane wraz z nimi - 22 czerwca 2017 roku w Centrum Aktywości Społecznej "Largo" w Gnieźnie, które działało wówczas w fajnym, zabytkowym budynku dawnej... loży masońskiej. To właśnie tam zdobywaliśmy swe "pierwsze szlify" w specyficznej formie bajarstwa, jakim jest teatr ilustracji (kamishibail. Mieliśmy tam grupkę ok. 10 osób, pracującą pod kierunkiem pani Asi - "anioła opiekuńczego" naszego "Largo", a może nawet "archanielicy", bo była panią kierownik wszystkiego tam. ;) Spotykaliśmy się co tydzień, uczyliśmy się, jak to robić i w końcu zrobiliśmy coś własnego. Wracając jednak do zdjęć. Cóż tu widzimy? Ano...

...kończyliśmy właśnie pracę nad naszą pierwszą w pełni własną, autorską opowieścią. Była to "Legenda o księżniczce z zamku gnieźnieńskiego". Pracowaliśmy nad nią niespiesznie przez szereg miesięcy. 

Najpierw trzeba było napisać tekst i podzielić na sceny... Powstały pierwotnie dwie wersje. Paulina napisała klasyczną, Iza zaś rymowaną. Jakiś czas - jak pamiętam - nie mogliśmy się zdecydować, ale stanęło w końci na tym, że zrealizowaliśmy tą drugą. W rymach coś jednak jest szczególnego, nawet tych najprostszych. To, co stworzyła Iza było wprawdzie dalekie od Poezji przez wielkie "P" pisanej - i prosty tekst, i proste rymy... Nie żeby nie dało się lepiej, z większym kunsztem - chodziło o to, żeby było prosto i dla dzieci, a i samemu przy tym się... bawić. 

A bawiliśmy się setnie - i gdy Iza nam pierwszy raz ten swój tekst czytała, i gdy wspólnie potem pracowaliśmy nad realizacją, i gdy w końcu sztukę zaczęliśmy wystawiać. Bo był bardzo zabawny w wielu miejscach. Chociaż legenda sama w sobie jest dość mroczna. Opowiada o duchu księżniczki, uwięzionym w zapadłych zamkowych lochach, w których pokutyje za swe hulaszcze życie i brak troski i miłości do ojca - w dodatku pilnowana przez złe duchy, demony gotowe skrzywdzić tego, kto zechce jej pospieszyć z pomocą. Jednak Izie udało się to opowiedzieć idealnie - lekkość żartu równoważyła perfekcyjnie grozę. I to nam pasowało!

czwartek, 8 stycznia 2026

O średzim mnichu bezgłowym

Bardzo lubię opowieści o duchach. Mamy też w Wielkopolsce sporo interesujących zjaw, z których najsłynniejsza jest bez wątpienia Biała Dama z zamku w Kórniku. Także i Środa, gdzie bywam często ze względów rodzinnych - a ostatnio nawet można powiedzieć, że "pomieszkuję" - się do takich "nawiedzonych miejsc" zalicza. Gdy zacząłem rozpytywać o miejscowe legendy czy podania, to, jak chodzi o duchy, dowiedziałem się nawet o kilku. Ale najważniejszy i najbardziej znany średzki duch, to mnich bez głowy, a raczej z głową pod pachą, snujący się w miejscu, gdzie niegdyś wznosił się klasztor i kościół dominikanów. A że lubię takie opowieści i miejsca, to nieraz... snuję się tam i ja, także po zmroku, bez lęku lecz za to z ciekawością i... Hmmm... może nawet trochę nadzieją, że spotkam kiedyś bohatera tej legendy. Ale, nim ją tu opowiem, znów muszę zacząć trochę od historii - pewnej i udokumentowanej.

----------

Kościół p.w. Świętego Krzyża, rycina z XIX wieku
Dzieje klasztoru są słabo znane - bardzo niewiele informacji można o nim znaleźć. Powstał on przed 1418 rokiem - kiedy to jest po raz pierwszy wzmiankowane w dokumentach jego istnienie - z fundacji biskupa chełmskiego, Jana z Opatowca. 
 
Cóż biskup chełmski miał do Środy Wielkopolskiej, oddalonej od Chełma o niemal 450 km? On sam był dominikaninem i w latach 1414 - 1417 prowincjałem swego zakonu w Polsce. Był także bliskim współpracownikiem, spowiednikiem, powiernikiem i doradcą króla Polski, Władysława Jagielły i za jego to sprawą stał się w końcu biskupem. Środa z kolei była miastem królewskim. Widać więc wyraźnie, że samemu władcy zależeć musiało na powstaniu tam klasztoru "duchowych synów" świętego Dominika. Chociaż w (nadzwyczaj skromnych!) opracowaniach history-cznych można przeczytać, że klasztor ufundowano za jego zgodą, to może raczej należałoby w nim widzieć współfundatora - wsparł on bowiem także hojnie fundację. Możliwe, że bardziej, niż zgoda, była to prośba władcy, czy nawet układ z nominatem. Być może też Jagiełło sięgnął i do swego skarbca, by klasztor mógł zostać wzniesiony, a z pewnością dobrze go uposażył, nadając zakonowi znaczne dobra ziemskie. Była wówczas Środa miastem o sporym znaczeniu pośród miast wielkopolskich, co czynione tu fundacje - i bazyliki kolegiackiej, i klasztoru - poświadczają. Uznać to też należy za przejaw troski królewskiej o miasto i jego rozwój, do którego istotne fundacje kościele znacząco się w dawnych wiekach przyczyniały. 
 
Do klasztoru przynależał kościół p.w. Świętego Krzyża, powstały być może już nieco wcześniej - dzisiaj już od dawna nieistniejący, lecz pozostałości jego murów obwodowych kryją się w ścianach budynku przemysłowego przy ul, Mała Klasztorna 3 - na zewnątrz widoczne są odrestaurowane przypory murów oraz fragment muru nawy. Klasztor, pierwotnie dość zamożny, w kolejnych wiekach podupadał - tak, iż w XIX wieku określono jego budynki mianem... "nędznej lepianki". Klasztor średzki zsekularyzowany został w roku 1815 przez władze pruskie, a część cennego wyposażenia kościoła przeniesiona została do miejscowej kolegiaty. W 1829 roku świątynia przekazana została ewangelikom, i funkcjonował tu zbór i szkoła. Rychło jednak budynek stracił zupełnie swój sakralny charakter - został częściowo rozebrany a od strony chóru dobudowano nową część szkolną, w pobliżu zaś z czasem pobudowano nową świątynię - przejętą po II wojnie światowej przez katolików - stojącą tam do dziś. 
 

Ale wróćmy teraz do kościoła Świętego Krzyża, który - jeśli wierzyć legendzie - to może niewiele brakło, by stał się zborem ewangelickim już znacznie wcześniej. Jak do tego dojść mogło? O tym opowiem w legendzie.
 
----------
 
Było to dawno, dawno temu. 31 października 1517 roku po mieście niósł się głośno stukot młotka. Nie była to wielkopolska Środa, lecz odległa Wittenberga, leżąca we wschodnich Niemczech, gdzieś pomiędzy Lipskiem, Berlinem a Magdeburgiem. To ksiądz Marcin Luter, doktor świętej teologii i mnich od św. Augustyna, przybijał do drzwi kościoła zamkowego wielki arkusz papieru, ogłaszając tak 95 swych tez, mających służyć odnowie i uzdrowieniu Kościoła. A stukot tego młotka miał się wkrótce roznieść echem po całej Europie - ani się wielebny może nie spodziewał, jak szeroko i głośno, i co się będzie dalej działo - i dotrzeć z czasem także i do Środy.
 

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Wiadomości - od teatrzykowego zaplecza ;)

Znów kilka słów o "sprawach technicznych". Cały czas inwestuję w baśniową oprawę dla baśni. ;) Zamawiam to coś jedno, to znów coś drugie... Aktualnie jest w drodze do mnie pewnie z pięć paczek, i to... "zamorskich"! Bo, cóż tu kryć, ubogi ze mnie bajarz, a najtaniej kupuje się... w Chinach. Może kiedyś, jeśli "co łaska" od widzów będzie większa, to wówczas... ;)

Wspominałem już tutaj o tle, jakie zakupiłem. W drodze do mnie jest już i kolejne - bardziej pasujące może do baśni "rusałkowych"... ;)


Jest do niego - też w drodze - zestaw oświetleniowy. Wszystko to razem tkwi właśnie gdzieś w "porcie lądowym", kolejowym, czekając na nasze służby celne. A celnicy... mają czas. No cóż... Czekam (nie)cierpliwie! ;)

Jak chodzi o dekoracje, kupuję także sztuczne "zarośla". Są już u mnie - częściowo - paprotki. Lada dzień pojawią się i różne porosty. Także system ich mocowwnia i ustawiania, wymyślony przeze mnie w sposób... arcykreatywny z przedmiotów, które w ogóle do tego akurat nie służą! Ha, ha, ha...


niedziela, 4 stycznia 2026

"Legenda" o średniowieczym mieczu ze Złotowa

Było to jakoś tak pod koniec zimy 2022 roku. Mój przyjaciel i mistrz, Łukasz z Szamotuł, odezwał się do mnie pewnego dnia: "Wiesz, jest taki konkurs literacki, organizowany przez muzeum w Złotowie. Ja w nim nie startuję, ale może ty spróbujesz? Jest do napisania legenda o mieczu, który trafił do muzeum..." W pierwszej chwili ogarnęły mnie wątpliwości. Miałem ochotę mu zaraz odpalić: "Zaraz, zaraz... Ale jak to? Mam napisać legendę o mieczu? Chłopie! Zwariowałeś? Ja go nawet na oczy nie widziałem. Jak niby mam o nim pisać?" Ale jednak postanowiłem podjąć wyzwanie. 

"Żebym mógł chociaż zobaczyć ten miecz..." - myślałem sobie - "...dotknąć go, poczuć... Może by mi jakoś sam opowiedział swoją historię." Poprosiłem muzeum chociaż o duże jego zdjęcie - żebym mógł je sobie wydrukować, wyciąć ten miecz i chociaż tak starać się poczuć, szukać z nim jakiejś "komunikacji". Zacząłem też szukać wiadomości o tym mieczu - gdzie i jak został odkryty. Także o samym Złotowie i Krajnie Złotowskiej - bo i to było warunkiem konkursu, że ma być to opowieść solidnie "zakorzeniona" w regionie, co było dla mnie trudnością, bo... nigdy w życiu tam nie byłem! Wkrótce przysłano mi zdjęcie, o które prosiłem, ale... w sumie nie było ono mi wcale tak potrzebne, jak myślalem! Jeszcze nim je dostałem, usiadłem, podumałem chwilę i... "baśń się zaczęła baśnić". Niespiesznie, powolutku, krok po kroku. I oto, co mi z tego wyszło:

---------- 

    Ruch na drodze prowadzącej od Wągrowca do Złotowa w pierwszych dniach lipca był duży. Jak co roku, gdy zaczynają się wakacje i wielu ludzi chce je spędzić z dala od wielkich miast, pośród zielonych łąk, lasów i czystych jezior Krajny. Wśród aut pomykało czerwone audi. Rejestracja „PGN .....” mówiła, że jego pasażerowie przebyli już spory kawałek drogi, z piastowskiego Gniezna. Auto załadowane było dużym i wygodnym namiotem, nadmuchiwanym kajakiem oraz dwoma pękatymi plecakami. Prowadził je wąsaty pan Adam. Obok zaś, na fotelu pasażera, jego syn, dwunastoletni Tomek, uważnie wertował przewodnik.
    – A wiesz tato, że w Złotowie mają muzeum? – zapytał w pewnym momencie chłopiec.
    – Taaak. A wiesz, że kiedyś jako harcerz jeździłem na obozy na Krajnę i znam ją całkiem dobrze? – odpowiedział ze śmiechem tato, wyciągnął rękę i poczochrał głowę chłopca. – Może nie tak, by napisać przewodnik, ale przekonasz się, że wiele ci mogę pokazać i opowiedzieć. O muzeum też, bo działa już od lat sześćdziesiątych.
    – Muzeum… Muzeum… – zastanawiał się przez chwilę. – Jak chcesz, to się tam zatrzymamy i sam zobaczysz. Dobrze, żebyś na początek poznał trochę historii tej ziemi. A jest ona równie zawiła i ciekawa, jak jej piękno. Już Mieszko I chciał przyłączyć Krajnę do swego państwa, a poprzez nią sięgnąć Pomorzan. Przez ciągłe walki bardzo opustoszały te ziemie. A i potem stały się areną krwawej wojny między Grzymalitami a Nałęczami…
    Tak rozmawiając, dojechali w końcu do Złotowa. Muzeum było niewielkie, lecz bardzo ciekawe. Największe wrażenie zrobiła na chłopcu ekspozycja poświęcona archeologii i militariom.
    – A to jest nasz najnowszy nabytek, wspaniały miecz średniowieczny. Właściwie nie powinienem tego robić, ale…
    Przewodnik otworzył gablotę, wyjął miecz i włożył go w dłonie Tomka.
    –Miecz ten znaleziono na polu w niedalekiej Ptuszy, nad rzeką Gwdą. Tak, tak. Choć trudno w to uwierzyć, czasem takie niezwykłe zabytki leżą ot tak, na powierzchni. Mówi się, że taki miecz w tamtych czasach był bardzo cenny i nie każdy rycerz mógł sobie na taki pozwolić. O tym mieczu wiemy niewiele…


    Tomek zamknął oczy. Głos przewodnika powoli cichł, jakby odpływał, aż w końcu zamilkł. A gdy chłopiec znów otworzył oczy, nie było już wokół niego muzeum, gablot z eksponatami, nie było nikogo, a tylko las. Tomek przecierał oczy ze zdumienia. Raz nie pomogło. Drugi raz także nie. I trzeci tak samo.
    – Gdzie… Gdzie ja jestem? Gdzie tato?
    Tomek uszczypnął się, czemu towarzyszyło głośne:
    – Aauućć!
    Jednak ten bolesny zabieg także nie pomógł. Był sam i w dodatku nie wiadomo gdzie – w głuszy, gdzie w koronach drzew rozbrzmiewał tylko szum wiatru i śpiew ptaków. Echo właśnie odpowiedziało:
    – …uućć… uć… uć!
    – Nie do wiary! – krzyknął Tomek.
    – …wiary… iary… ary! – odpowiedziało echo.
    Minęło sporo czasu, nim chłopiec zdołał ochłonąć z pierwszego oszołomienia. Bezradny usiadł pod drzewem i zaczął rozmyślać o tym, co się stało. Siedział tak długo… długo… Myślał i myślał, lecz nic to nie dawało. Nic z tego nie rozumiał. Ani wiedza chłopca, ani jego wyobraźnia, nie starczały, by znaleźć odpowiedź.
    Nagle w lesie zaczęło się coś dziać. Coś zakłóciło spokój kniei. Najpierw rozległ się trzask gałązek i przed chłopcem przemknęły dwie wystraszone sarny. Potem zaś dał się słyszeć tętent i parskanie konia. Wreszcie spośród drzew wyjechał jeździec. Oczy Tomka zrobiły się wielkie niczym pięciozłotówki. Miał przed sobą młodzieńca odzianego w nieco zardzewiałą kolczugę, z wielkim mieczem przy pasie. Nie mniejsze było zdumienie młodego rycerza, gdy ujrzał chłopca w koszulce, wytartych dżinsach i adidasach.
    – Ktoś ty? – zapytał rycerz, sięgając ręką do miecza.
    – A ty kto? – odpowiedział hardo Tomek.
    – Pyskaty jesteś, że nie przystoi, a żeś chyba chłystek. Jam jest Kaźko, pan pobliskiego zamku… no… prawie…
    – Tomek. Mam na imię Tomek – odpowiedział chłopiec. – Zamku? Jakiego zamku? Gdzie ja jestem?
    – Gród pobliski Wielatów się nazywa – odpowiedział Kaźko, zsiadając z konia. – Kim jesteś i skąd? Dziwnie jakoś mówisz. Wyglądasz też dziwnie. Co to za szaty?
    Tomek zawahał się przez chwilę. Młody rycerz, chociaż początkowo sięgnął ręką do miecza, nie wyglądał zbyt groźnie. Właściwie nawet nie mężnie – był chłopcem niewiele tylko starszym od Tomka.
    – Kim jestem? Uczniem podstawówki. Z Gniezna.
    – Podsta… kogo? – zająknął się młody rycerz. – Zresztą nieważne. Gniezno. Słyszałem ja ci coś o nim. Daleki to gród, daleka droga. Czego tu szukasz?
    – Nie tak bardzo. Samochodem dwie godziny. Szukam? Nie wiem… Nie wiem nawet, gdzie jestem.
    – Samo... chodem? A co to za diabelstwo znowu? – ponownie zdziwił się Kaźko.
    – Samochodem. No nie zgrywaj się! Nie wiesz, co to jest? – osłupiał Tomek.
    Znów zdało mu się, że to musi być sen. Uszczypnął się raz i drugi, ale nic to nie dało. Las nie zniknął. Nie zniknął też Kaźko. Usiadł tymczasem naprzeciw chłopca i dziwnie mu się przyglądał.
    – No co? Kosmitę zobaczyłeś? – burknął Tomek. Zawahał się jednak i zaraz dodał: – Tyyy, a który jest rok?
    – Jakże to który? Rok Pański 1410…
    Tomkowi świat przed oczami zawirował i osunął się na ziemię.

sobota, 3 stycznia 2026

Koniec Lecha...

My w Gnieźnie ogromnie jesteśmy dumni z naszego dziedzictwa - historycznego i legendarnego. Naszą dumą jest m.in. wspaniała legenda o Lechu i założeniu Gniezna, która pojawia się po raz pierwszy na kartach XIII-wiecznej "Kroniki Wielkopolskiej". Mamy w Gnieźnie Wzgórze Lecha ze wspaniałą katedrą. Książę ten ma też u nas od dawna swoją ulicę - wiodącą od dworca kolejowego i kończącą się na ul. Chrobrego. Od kilku lat ma też i pomnik - stoi on sobie nad jez. Jelonek i ręką wskazuje wzgórze, na którym miał według podania założyć swój gród. Pamięć o nim jest też w pomniejszych legendach piastowskiej ziemi - z Poznania, Pobiedzisk, Kłecka czy Wrześni. 
 
Wszystkie te opowieści napisałem i ja, po swojemu. Brakowało mi jednak czegoś na "domknięcie" dziejów Lecha. Jak skończyło się jego życie i gdzie jest jego grób? Wyobraźcie sobie, że o tym żadnej legendy, niestety, nie ma! I tu poczułem... wyzwanie bajarskie. Jeśli nie mamy o tym legendy, to przecież można o tym zwyczajnie pobajać, stworzyć zupełnie od podstaw baśń. 
 
Pożywkę dla wyobraźni znalazłem dość niespodzianie, gdy jakiś czas temu kupiłem starą książkę pana Janusza Roszko pt. "Kolebka Siemowita". Wydana ona została w roku 1974. Autor był dziennikarzem, ale też pasjonatem historii i archeologii. Zjeździł Polskę wzdłuż i wszerz, próbując dociec i niejako dotknąć naszych korzeni. Chociaż miałem świadomość, że zawiera ona wiedzę już mocno nieaktualną - sprzed więcej niż pół wieku! - że wiele się od tego czasu zmieniło, że mamy wiele nowych odkryć i koncepcji, że wiedza została mocno poszerzona i często skorygowana nawet o 180 stopni, że niejedne dawne hipotezy upadły... Jednak jej temat i tytuł były dla mnie tak "soczyste", tak "według mego serca", że kupno jej i uważne przeczytanie stały się dla mnie po prostu "serdecznym przymusem". Wcale się przy tym nie spodziewałem - bo i skądże - co ona mi przyniesie. 
 

O teatrze ilustracji - kamishibai

Zajmuję się głównie teatrem ilustracji. Ta forma sztuki bajarskiej wywodzi się aż z dalekiej Japonii i po japońsku nazywa się "kamishib...