Było to jakoś tak pod koniec zimy 2022 roku. Mój przyjaciel i mistrz, Łukasz z Szamotuł, odezwał się do mnie pewnego dnia: "Wiesz, jest taki konkurs literacki, organizowany przez muzeum w Złotowie. Ja w nim nie startuję, ale może ty spróbujesz? Jest do napisania legenda o mieczu, który trafił do muzeum..." W pierwszej chwili ogarnęły mnie wątpliwości. Miałem ochotę mu zaraz odpalić: "Zaraz, zaraz... Ale jak to? Mam napisać legendę o mieczu? Chłopie! Zwariowałeś? Ja go nawet na oczy nie widziałem. Jak niby mam o nim pisać?" Ale jednak postanowiłem podjąć wyzwanie.
"Żebym mógł chociaż zobaczyć ten miecz..." - myślałem sobie - "...dotknąć go, poczuć... Może by mi jakoś sam opowiedział swoją historię." Poprosiłem muzeum chociaż o duże jego zdjęcie - żebym mógł je sobie wydrukować, wyciąć ten miecz i chociaż tak starać się poczuć, szukać z nim jakiejś "komunikacji". Zacząłem też szukać wiadomości o tym mieczu - gdzie i jak został odkryty. Także o samym Złotowie i Krajnie Złotowskiej - bo i to było warunkiem konkursu, że ma być to opowieść solidnie "zakorzeniona" w regionie, co było dla mnie trudnością, bo... nigdy w życiu tam nie byłem! Wkrótce przysłano mi zdjęcie, o które prosiłem, ale... w sumie nie było ono mi wcale tak potrzebne, jak myślalem! Jeszcze nim je dostałem, usiadłem, podumałem chwilę i... "baśń się zaczęła baśnić". Niespiesznie, powolutku, krok po kroku. I oto, co mi z tego wyszło:
----------

Ruch
na drodze prowadzącej od Wągrowca do Złotowa w pierwszych dniach
lipca był duży. Jak co roku, gdy zaczynają się wakacje i wielu
ludzi chce je spędzić z dala od wielkich miast, pośród zielonych
łąk, lasów i czystych jezior Krajny. Wśród aut pomykało
czerwone audi. Rejestracja „PGN .....” mówiła, że jego
pasażerowie przebyli już spory kawałek drogi, z piastowskiego
Gniezna. Auto załadowane było dużym i wygodnym namiotem,
nadmuchiwanym kajakiem oraz dwoma pękatymi plecakami. Prowadził je
wąsaty pan Adam. Obok zaś, na fotelu pasażera, jego syn,
dwunastoletni Tomek, uważnie wertował przewodnik.
– A
wiesz tato, że w Złotowie mają muzeum? – zapytał w pewnym
momencie chłopiec.
–
Taaak. A wiesz, że kiedyś jako harcerz jeździłem na obozy na
Krajnę i znam ją całkiem dobrze? – odpowiedział ze śmiechem
tato, wyciągnął rękę i poczochrał głowę chłopca. – Może
nie tak, by napisać przewodnik, ale przekonasz się, że wiele ci
mogę pokazać i opowiedzieć. O muzeum też, bo działa już od lat
sześćdziesiątych.
–
Muzeum… Muzeum… – zastanawiał się przez chwilę. – Jak
chcesz, to się tam zatrzymamy i sam zobaczysz. Dobrze, żebyś na
początek poznał trochę historii tej ziemi. A jest ona równie
zawiła i ciekawa, jak jej piękno. Już Mieszko I chciał przyłączyć
Krajnę do swego państwa, a poprzez nią sięgnąć Pomorzan. Przez
ciągłe walki bardzo opustoszały te ziemie. A i potem stały się
areną krwawej wojny między Grzymalitami a Nałęczami…
Tak
rozmawiając, dojechali w końcu do Złotowa. Muzeum było
niewielkie, lecz bardzo ciekawe. Największe wrażenie zrobiła na
chłopcu ekspozycja poświęcona archeologii i militariom.
– A
to jest nasz najnowszy nabytek, wspaniały miecz średniowieczny.
Właściwie nie powinienem tego robić, ale…
Przewodnik
otworzył gablotę, wyjął miecz i włożył go w dłonie Tomka.
–Miecz ten znaleziono
na polu w niedalekiej Ptuszy, nad rzeką Gwdą. Tak, tak. Choć
trudno w to uwierzyć, czasem takie niezwykłe zabytki leżą ot
tak, na powierzchni. Mówi się, że taki miecz w tamtych czasach
był bardzo cenny i nie każdy rycerz mógł sobie na taki pozwolić.
O tym mieczu wiemy niewiele…

Tomek
zamknął oczy. Głos przewodnika powoli cichł, jakby odpływał, aż
w końcu zamilkł. A gdy chłopiec znów otworzył oczy, nie było
już wokół niego muzeum, gablot z eksponatami, nie było nikogo, a
tylko las. Tomek przecierał oczy ze zdumienia. Raz nie pomogło.
Drugi raz także nie. I trzeci tak samo.
–
Gdzie… Gdzie ja jestem? Gdzie tato?
Tomek
uszczypnął się, czemu towarzyszyło głośne:
–
Aauućć!
Jednak ten bolesny zabieg
także nie pomógł. Był sam i w dodatku nie wiadomo gdzie – w
głuszy, gdzie w koronach drzew rozbrzmiewał tylko szum wiatru i
śpiew ptaków. Echo właśnie odpowiedziało:
– …uućć… uć… uć!
– Nie
do wiary! – krzyknął Tomek.
–
…wiary… iary… ary! – odpowiedziało echo.
Minęło
sporo czasu, nim chłopiec zdołał ochłonąć z pierwszego
oszołomienia. Bezradny usiadł pod drzewem i zaczął rozmyślać o
tym, co się stało. Siedział tak długo… długo… Myślał i
myślał, lecz nic to nie dawało. Nic z tego nie rozumiał. Ani
wiedza chłopca, ani jego wyobraźnia, nie starczały, by znaleźć
odpowiedź.
Nagle w
lesie zaczęło się coś dziać. Coś
zakłóciło spokój kniei. Najpierw rozległ się trzask
gałązek i przed chłopcem przemknęły dwie wystraszone sarny.
Potem zaś dał się słyszeć tętent i parskanie konia. Wreszcie
spośród drzew wyjechał jeździec. Oczy Tomka zrobiły się wielkie
niczym pięciozłotówki. Miał przed sobą młodzieńca odzianego w
nieco zardzewiałą kolczugę, z wielkim mieczem przy pasie. Nie
mniejsze było zdumienie młodego rycerza, gdy ujrzał chłopca w
koszulce, wytartych dżinsach i adidasach.
–
Ktoś ty? – zapytał rycerz, sięgając ręką do miecza.
– A
ty kto? – odpowiedział hardo Tomek.
–
Pyskaty jesteś, że nie przystoi, a żeś chyba chłystek. Jam jest
Kaźko, pan pobliskiego zamku… no… prawie…
–
Tomek. Mam na imię Tomek – odpowiedział chłopiec. – Zamku?
Jakiego zamku? Gdzie ja jestem?
–
Gród pobliski Wielatów się nazywa – odpowiedział Kaźko,
zsiadając z konia. – Kim jesteś i skąd? Dziwnie jakoś mówisz.
Wyglądasz też dziwnie. Co to za szaty?
Tomek
zawahał się przez chwilę. Młody rycerz, chociaż początkowo
sięgnął ręką do miecza, nie wyglądał zbyt groźnie. Właściwie
nawet nie mężnie – był chłopcem niewiele tylko starszym od
Tomka.
– Kim
jestem? Uczniem podstawówki. Z Gniezna.
–
Podsta… kogo? – zająknął się młody rycerz. – Zresztą
nieważne. Gniezno. Słyszałem ja ci coś o nim. Daleki to gród,
daleka droga. Czego tu szukasz?
– Nie
tak bardzo. Samochodem dwie godziny. Szukam? Nie wiem… Nie wiem
nawet, gdzie jestem.
–
Samo... chodem? A co to za diabelstwo znowu? – ponownie zdziwił
się Kaźko.
–
Samochodem. No nie zgrywaj się! Nie wiesz, co to jest? – osłupiał
Tomek.
Znów
zdało mu się, że to musi być sen. Uszczypnął się raz i drugi,
ale nic to nie dało. Las nie zniknął. Nie zniknął też Kaźko.
Usiadł tymczasem naprzeciw chłopca i dziwnie mu się przyglądał.
– No
co? Kosmitę zobaczyłeś? – burknął Tomek. Zawahał się jednak
i zaraz dodał: – Tyyy, a który jest rok?
–
Jakże to który? Rok Pański 1410…
Tomkowi
świat przed oczami zawirował i osunął się na ziemię.