Robię właśnie porządki na dysku i... natrafiłem na takie oto zdjęcia. Nie mają wprawdzie żadnej wartości artystycznej, ;) lecz za to sentymentalną ogromną. Było to - jak wskazują dane zapisane wraz z nimi - 22 czerwca 2017 roku w Centrum Aktywości Społecznej "Largo" w Gnieźnie, które działało wówczas w fajnym, zabytkowym budynku dawnej... loży masońskiej. To właśnie tam zdobywaliśmy swe "pierwsze szlify" w specyficznej formie bajarstwa, jakim jest teatr ilustracji (kamishibail. Mieliśmy tam grupkę ok. 10 osób, pracującą pod kierunkiem pani Asi - "anioła opiekuńczego" naszego "Largo", a może nawet "archanielicy", bo była panią kierownik wszystkiego tam. ;) Spotykaliśmy się co tydzień, uczyliśmy się, jak to robić i w końcu zrobiliśmy coś własnego. Wracając jednak do zdjęć. Cóż tu widzimy? Ano...
...kończyliśmy właśnie pracę nad naszą pierwszą w pełni własną, autorską opowieścią. Była to "Legenda o księżniczce z zamku gnieźnieńskiego". Pracowaliśmy nad nią niespiesznie przez szereg miesięcy.
Najpierw trzeba było napisać tekst i podzielić na sceny... Powstały pierwotnie dwie wersje. Paulina napisała klasyczną, Iza zaś rymowaną. Jakiś czas - jak pamiętam - nie mogliśmy się zdecydować, ale stanęło w końci na tym, że zrealizowaliśmy tą drugą. W rymach coś jednak jest szczególnego, nawet tych najprostszych. To, co stworzyła Iza było wprawdzie dalekie od Poezji przez wielkie "P" pisanej - i prosty tekst, i proste rymy... Nie żeby nie dało się lepiej, z większym kunsztem - chodziło o to, żeby było prosto i dla dzieci, a i samemu przy tym się... bawić.
A bawiliśmy się setnie - i gdy Iza nam pierwszy raz ten swój tekst czytała, i gdy wspólnie potem pracowaliśmy nad realizacją, i gdy w końcu sztukę zaczęliśmy wystawiać. Bo był bardzo zabawny w wielu miejscach. Chociaż legenda sama w sobie jest dość mroczna. Opowiada o duchu księżniczki, uwięzionym w zapadłych zamkowych lochach, w których pokutyje za swe hulaszcze życie i brak troski i miłości do ojca - w dodatku pilnowana przez złe duchy, demony gotowe skrzywdzić tego, kto zechce jej pospieszyć z pomocą. Jednak Izie udało się to opowiedzieć idealnie - lekkość żartu równoważyła perfekcyjnie grozę. I to nam pasowało!
Gdy już tekst był wybrany i odpowiednio przygotowany, do pracy wzięła się Anastazja - nasza malarka - tworząc do każdego fragmentu tekstu, każdej sceny, barwne ilustracje. Nie jest ona profesjonalną artystką - nikt z nas nie był i nie jest profesjonalistą - ale jej obrazki cholernie nam się spodobały. A było w nich akurat tyle powagi, i tyle dowcipu, co i w wierszu Izy. Obie dziewczyny, zresztą przyjaciółki, zgrały się wprost perfekcyjnie.
W końcu zaś znów musieliśmy się wziąć znów do pracy wszyscy razem. Każdy obrazek trzeba było bowiem dopasować do tekstu i odpowiednio teksty do nich od tyłu podoklejać. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że bajarz ma, pracując z kamishibai, ułatwione zadanie, bo ma - a raczej może mieć, bo przecież nie musi - tekst opowieści przed oczami, na odwrocie obrazków.
Ale... to nie było wcale takie proste dla nas, raczkujących w tym rzemiośle! Bowiem spektakl teatru ilustracji polega na opowiadaniu i przekładaniu ilustracji w drewnianej skrzyneczce - teatrzyku, i trzeba pamiętać i bardzo pilnować, by teksty były umieszczone w ten sposób, byśmy mieli przed oczami tekst na obrazku, który mamy z tyłu całego pliku, ale do obrazka, który jest z przodu. Pamiętam, w jakim napięciu pracowaliśmy, starając się niczego nie pomylić. Oczywiście, że nam się mieszało i nie od razu robiliśmy dobrze i sprawnie!
Szczęśliwie mieliśmy do dyspozycji całą dużą salę, której sporą część realnie wykorzystaliśmy na tą swoistą "układankę". W jakimkolwiek mniejszym pomieszczeniu być może byłoby nam trudno. Oczywiście przy kolejnych realizacjach, gdy już raz to sobie przećwiczyliśmy i wiedzieliśmy, jak to robić, było już dużo, dużo łatwiej! Szło nam to już potem całkiem sprawnie i... chyba bez aż takiego bałaganu. ;)











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz