niedziela, 30 listopada 2025

Dwóch kwestarzy

W dawnych czasach drogi Królestwa Polskiego, Litwy i Rusi przemierzali nie tylko zwykli wędrowcy, kupcy, trupy teatralne... Wśród wielu "ludzi drogi" bywali i pobożni mnisi, kwestarze zbierający datki na swe klasztory i "dzieła miłosierdzia". Chodzili od miasta do miasta, od wsi do wsi, od dworu do dworu... i prosili "co łaska". O takich właśnie kwestarzach mówi wesoła, ale też nieco filozoficzna przy tym, anegdota z terenów dawnych "Kresów Wschodnich" Rzeczypospolitej. Znalazłem ją w książce "Ukraińskie narodowe bajki, legendy, anegdoty" i jak umiałem, tak przetłumaczyłem na polski.

Tadeusz Rybkowski (1848 - 1926), "Kwestarz"

Razu pewnego mnich – bernardyn wybrał się do jednego pobożnego i możnego pana, by prosić go o wsparcie dla swego klasztoru. Przyjechał do niego. Pan przyjął go łaskawie. Ugościł - dał mu jeść i pić. Wreszcie pyta:
- No, powiedz mi, bracie bernardynie, co ja będę miał za to, że dam na wasz klasztor?
- Jak to co? – zdziwił się mnich. – Królestwo niebieskie!
- A któż tam będzie w tym królestwie?
- Oto tam będą ci, którzy tutaj biedują.
- Jak to? Chłopy i dziady tam będą?
- No a jakże, panie? Będą!
- A sto diabłów na twoją mać! – wrzasnął pan. - Ty chcesz mnie wsadzić pomiędzy chłopów i dziadów? Dajcie tu mi tylko zaraz rózgę!
Słudzy szybko spełnili żądanie pana, a ten wlepił bernardynowi sto razów i pognał go za bramę. Tak też odjechał bernardyn, mocno obolały. Wkrótce spotkał przypadkiem na drodze współbrata ze swego klasztoru. Wyżalił mu się o wszystkim, co go spotkało. Ten zaś odrzekł:
- Ot, widzisz… Ty dostałeś sto rózeg. A przekonasz się, że ja wezmę od niego bogatą daninę dla naszego klasztoru!
Wziął i pojechał. Zajechał do dworu. Pan pierwszego dnia ugościł go, a na drugi dzień zapytuje tak samo, jak i tamtego. Ten zaś odpowiedział:
- No cóż, panie. W niebie to będą chłopi, kaleki i wszyscy ci, którzy tutaj biedują. W piekle zaś, to będą sami książęta, grafowie, wielcy państwo. To także i panu lepiej będzie tam w kompanii z nimi.
- O, o! Masz rację, bracie bernardynie! – odrzekł pan i aż klepnął gościa z uciechy w plecy. – Wolę w piekle, lecz z wielkimi panami, niż w niebie, lecz między chłopami.
Zaraz też polecił załadować kilka wozów zapasów dla klasztoru i wyprawił bernardyna z nimi w drogę.

wtorek, 25 listopada 2025

Prawdziwe bogactwo

Niekiedy bajarskie inspiracje znaleźć można tam, gdzie ich się wcale nie spodziewamy. Ja sam jedną z największych inspiracji znalazłem przed laty w niewielkiej książeczce Piera d'Aubigny "Ślady", wydanej w Polsce w roku 1997 przez Wydawnictwo Palabra. Po latach sam już nie wiem, jak ona do mnie trafiła.

Opowieść ta zafascynowała i poruszyła mnie tak bardzo, że od razu zacząłem nad nią pracować - co zresztą widać na powyższych skanach, bo poczyniłem "nieco" notatek. ;) Mocno ją rozwinąłem - tak co najmniej do 250% pierwotnych rozmiarów - wnosząc w nią dużo swej własnej wyobraźni, barwności. W tej właśnie autorskiej wersji przedstawiłem ją - bodaj osiem czy dziewięć lat temu - na scenie podczas "Nocy 1001 Baśni" w Poznaniu, co było moim bajarskim debiutem. Uczyniłem to - dla niepoznaki ;) - pod zmienionym tytułem: "Cenniejsze niż złoto". I wiele osób, także spośród bajarzy, się nią zachwyciło.

Przygotowałem ją także w formie scenariusza teatru ilustracji. Myśląc o jej wydaniu, wszedłem w kontakt m.in. z Wydawnictwem Palabra (kwestia praw autorskich i zgód). Z wydania w końcu nic nie wyszło, ale przy okazji na jaw wyszło, że... nie ma takiego autora, jak Pier d'Aubigny, że to pseudonim i nawet w wydawnictwie nie wiedzą, kto naprawdę książeczkę tą napisał. Wolą autora było natomiast, by nieść to, co w niej przekazał, dalej do ludzi, by korzystać z niej do inspiracji. Ze swej strony zaproponowałem, że skoro tak, skoro mógłbym tą opowieść wydać w swojej wersji, to we współpracy z ich wydawnictwem i aby część dochodów była przeznaczona na misje w Afryce, gdzie pracują polscy księża klaretyni (do nich właśnie należy Wydawnictwo Palabra). Niestety, póki co przynajmniej, nic z tego nie wyszło, ale... sprawa jest otwarta, rzecz jasna.

"To piękna przypowieść!" - powiedziała mi jedna z bajarek podczas poznańskiego spotkania przed laty, gratulując debiutu. - "Bo to w sumie nie baśń, ale przypowieść..." No i świetnie ją zakwalifikowała, bo ja sam miałem z tym wielki problem. Jak na baśń było w tym jednak zbyt wiele realizmu i filozofii. Chociaż przypowieści kojarzą nam się bardzo... biblijnie, bo przecież Jezus często posługiwał się przypowieściami właśnie. Jednak to naprawdę trafna kwalifikacja. Ale doskonale pasuje ona do bajarskiego warsztatu - a ja bardzo lubię takie mądrości i wplatać je w swe bajarskie pasje. Jestem skłonny je określić mianem: "przypowieści bajarskich", bo brzmi to może nieco lżej, niż samo "przypowieści", mniej "filozoficznie" czy... biblijnie. 

środa, 12 listopada 2025

Leszy pieśnią opowiedziany

Mam ogromny sentyment do świata naszych przodków i ich wierzeń. Spośród bóstw i demonów słowiańskich największy sentyment mam do Leszego, zwanego także Gajowikiem, Borowym... Chyba także po prostu Borem - jeśli tak to przyjąć, to zawołanie i pozdrowienie myśliwych: "Darz Bór!" nabiera prawdziwego sensu. Pokochałem Leszego, bo... kocham las, przyrodę, zwierzęta - a więc jego "królestwo"!  Bardzo lubię też o nim opowiadać.

Wielką przyjemność sprawiła mi pieśń, na jaką właśnie trafiłem, w wykonaniu projektu Szepty Starych Drzew. Posłuchajcie, proszę. :)


Projekt jest realizowany z pomocą AI, co budzi mój sprzeciw, bo trudno mi wytwór AI traktować jako sztukę, ale... Utwór ten to naprawdę "strzał w samo serce" kogoś takiego, jak ja - miłującego słowiańskość, nasze prastare tradycje, dzieje, kulturę, mitologię... Moje "bajarskie serce" pochłonęło tą pieśń, przyswoiło sobie, ożywiło się nią. Sama pieśń jest zresztą głęboko nasączona baśniową treścią i klimatem. Mnie starczyło jedno odsłuchanie (!!!), by poczuć i doświadczyć - od razu zostałem wciągnięty w głąb! To jest to, co kocham - opowiadanie świata naszych przodków, sięganie do naszych korzeni, w głąb nas samych, odkrywanie naszej słowiańskości, słowiańskiej duszy i tożsamości.

Takie opowieści to zawsze tylko jakaś interpretacja czy gdybanie, jak ten świat naszych przodków naprawdę wyglądał - w co wierzono i jak praktykowano, jak postrzegano i jak przeżywano. "Na pewno" bowiem wiemy bardzo niewiele - w znacznej części opieramy się tylko na "być może". Może było tak, a może inaczej? Ale chyba żaden rzetelny badacz nie powie: to na pewno było tak a tak! Wiele możemy się dowiedzieć ze starych baśni, ale musimy je zbierać tu i tam, z różnych miejsc i tradycji lokalnych, i zestawiać ze sobą, porównywać, szukać podobieństw i różnic, zastanawiać się, czy mówią o tych samych bytach - demonach, jak np. Leszy, pod różnymi imionami - czy też o różnych. Nie wiemy w gruncie rzeczy, czy były bóstwa i demony wspólne wszystkim Słowianom, czy też nie.  Takie bajania, i takie pieśni, to trochę "patchworkowa robota" - zszywanie różnych kawałków, próba pozbierania ich jakoś tak, by stworzyć z nich JEDNO.

No, piękna jest ta pieśń! Czy odzwierciedla duchowy świat naszych przodków? Może tak, może nie - albo coś "pomiędzy". Czy to ważne? Nie jesteśmy przecież naukowcami, którzy muszą "twardo stąpać po ziemi" i trzymać mocno faktów, jak to tylko możliwe. Bajarz i... pieśniarz... hmmm! Czy w tym wypadku osoba tworząca z pomocą AI. ....mają tą piękną i świętą wolność, że mogą "rozpiąć żagle" i dać się unieść, jak mówi serce i czuje dusza. I to jest piękno - także tej pieśni.

niedziela, 2 listopada 2025

Zielony Duszek / Błękitny Ognik - baśnie rybackie

Jeden ze znajomych bajarzy pytał mnie ostatnio o źródła mojej opowieści o Zielonym Duszku z Jastarni. Dotarłem do nich tylko dzięki determinacji i pasji, by gromadzić wszystko, co się da, jak chodzi o podania, baśnie czy legendy z terenu Kaszub, zwłaszcza zaś z kaszubskiej "Nordy" - powiatów puckiego i wejherowskiego. Opowieść tą znalazłem w dwóch książkach, w dwóch nieco innych wersjach. Obie wydane zostały w 1985 roku i... niestety, nic mi nie wiadomo, by były potem wznawiane, lub że planuje się je wydać. Jakby o nich zapomniano, a są ciekawe i wartościowe. Są takimi "małymi skarbczykami" kultury kaszubskiej. Pozwolę sobie więc obie te opowieści tutaj przytoczyć tak, jak je zapisali kaszubscy twórcy.


Pierwsza wersja znajduje się w książce Józefa Ceynowy pt. "Dobro zwycięża", wydanej przez Zrzeszenie Kaszubsko - Pomorskie. Była ona dla mnie wielkim odkryciem, wielką radością, bo najpierw na nią trafiłem. I przede wszystkim autor umiejscowił jej akcję w mojej kochanej Jastarni, zapewne zasłyszawszy ją od tamtejszych rybaków: 

Duszek i sierota
    Na Rybakach, czyli Półwyspie Helskim, przed laty ludziom było ciężko wyżyć, ciężko łowić, przetrzymywać sztormy. Ale w  Borze pod Jastarnią żył Zielony Duszek, który pomagał im, gdy było bardzo źle. Pojawiał się znienacka, robił za dwóch, trzech, a kiedy uznał, że już dość pomógł, ginął z oczu, aby znów pojawić się w jakimś innym miejscu przy tych najbardziej potrzebujących. Biedni ludzie myśleli o nim, opowiadali gadki. a kiedy ktoś bardzo w myślach go przywoływał - przychodził.
    Żył w Jastarni biedny sierota, od dawna nie miał rodziców - ani tatka, ani matki, nie miał też ani wujów, ani ciotek, którzy by się nim zaopiekowali, nie dali go innym krzywdzić. Był pracowity, posłuszny, pokorny, wszystkim życzliwy, a jednak szło mu licho, nie mógł dostać dobrej, odpowiedniej dla siebie pracy, musiał wysługiwać się najchciwszym, a najchciwszymi byli najbogatsi. Wiadomo, kto ma wiele, ten chce jeszcze więcej. Tónk, bo tak się biedak nazywał, nie miał ani długich butów, ani żaków, ani haczyków, a o łódce nie było w ogóle co mówić, więc chociaż pracował za dwóch, płacono mu jak chłopcu. Dziewczęta, choć był dla nich dobry, wcale na niego nie spoglądały, był za ubogi. Tónk zaczął więc rozmyślać o duszku. Nawet chodził po lesie, zaglądał za krzaki w nadziei, że może gdzieś go wypatrzy, ale wędrówki były daremne.
    Sierota łowił u najbogatszego szypra, który miał wszystko do rybaczenia potrzebne, wielką łódź zwaną pomeranką, sieci, haczyki, nawet niewód. Potrzebował więc rybaków, bo on sam tylko czasem wypływał na pełne morze. Mimo to bogacił się. 
    Pewnego dnia przyszedł do tego szypra mały chłop. Prosił, aby go przyjął na rybaka. Szyper spojrzał na niego i się roześmiał.
    - Ty, kurdupelku,  chcesz być rybakiem na pełnym morzu! - zadrwił i pokazał mu drzwi.
    Wtedy za tym małym ujął się Tónk. Szepnął szyprowi, żeby mu pozwolił pokazać co potrafi i szyper zaczął małego egzaminować. A ten potrafił odpowiedzieć na każde pytanie. Potem miał się wykazać robotą, podnosić to i tamto, różne ciężary. I proszę,  mały potrafił udźwignąć najcięższe przedmioty.  Więc znał się dobrze na rybaczeniu i mógł być nie byle jakim pomocnikiem. A że zgodził się na proponowany zarobek, został przyjęty. Początkowo inni pomocnicy szypra drwili z jego lichej postury, ale wkrótce przestali się z niego wyśmiewać, bo pracował lepiej niż oni, był sprawniejszy i szybszy, wytrwalszy w każdej najcięższej robocie.

O teatrze ilustracji - kamishibai

Zajmuję się głównie teatrem ilustracji. Ta forma sztuki bajarskiej wywodzi się aż z dalekiej Japonii i po japońsku nazywa się "kamishib...