Jeden ze znajomych bajarzy pytał mnie ostatnio o źródła mojej opowieści o Zielonym Duszku z Jastarni. Dotarłem do nich tylko dzięki determinacji i pasji, by gromadzić wszystko, co się da, jak chodzi o podania, baśnie czy legendy z terenu Kaszub, zwłaszcza zaś z kaszubskiej "Nordy" - powiatów puckiego i wejherowskiego. Opowieść tą znalazłem w dwóch książkach, w dwóch nieco innych wersjach. Obie wydane zostały w 1985 roku i... niestety, nic mi nie wiadomo, by były potem wznawiane, lub że planuje się je wydać. Jakby o nich zapomniano, a są ciekawe i wartościowe. Są takimi "małymi skarbczykami" kultury kaszubskiej. Pozwolę sobie więc obie te opowieści tutaj przytoczyć tak, jak je zapisali kaszubscy twórcy.
Pierwsza wersja znajduje się w książce Józefa Ceynowy pt. "Dobro zwycięża", wydanej przez Zrzeszenie Kaszubsko - Pomorskie. Była ona dla mnie wielkim odkryciem, wielką radością, bo najpierw na nią trafiłem. I przede wszystkim autor umiejscowił jej akcję w mojej kochanej Jastarni, zapewne zasłyszawszy ją od tamtejszych rybaków:
Duszek i sierotaNa Rybakach, czyli Półwyspie Helskim, przed laty ludziom było ciężko wyżyć, ciężko łowić, przetrzymywać sztormy. Ale w Borze pod Jastarnią żył Zielony Duszek, który pomagał im, gdy było bardzo źle. Pojawiał się znienacka, robił za dwóch, trzech, a kiedy uznał, że już dość pomógł, ginął z oczu, aby znów pojawić się w jakimś innym miejscu przy tych najbardziej potrzebujących. Biedni ludzie myśleli o nim, opowiadali gadki. a kiedy ktoś bardzo w myślach go przywoływał - przychodził.
Żył w Jastarni biedny sierota, od dawna nie miał rodziców - ani tatka, ani matki, nie miał też ani wujów, ani ciotek, którzy by się nim zaopiekowali, nie dali go innym krzywdzić. Był pracowity, posłuszny, pokorny, wszystkim życzliwy, a jednak szło mu licho, nie mógł dostać dobrej, odpowiedniej dla siebie pracy, musiał wysługiwać się najchciwszym, a najchciwszymi byli najbogatsi. Wiadomo, kto ma wiele, ten chce jeszcze więcej. Tónk, bo tak się biedak nazywał, nie miał ani długich butów, ani żaków, ani haczyków, a o łódce nie było w ogóle co mówić, więc chociaż pracował za dwóch, płacono mu jak chłopcu. Dziewczęta, choć był dla nich dobry, wcale na niego nie spoglądały, był za ubogi. Tónk zaczął więc rozmyślać o duszku. Nawet chodził po lesie, zaglądał za krzaki w nadziei, że może gdzieś go wypatrzy, ale wędrówki były daremne.
Sierota łowił u najbogatszego szypra, który miał wszystko do rybaczenia potrzebne, wielką łódź zwaną pomeranką, sieci, haczyki, nawet niewód. Potrzebował więc rybaków, bo on sam tylko czasem wypływał na pełne morze. Mimo to bogacił się.
Pewnego dnia przyszedł do tego szypra mały chłop. Prosił, aby go przyjął na rybaka. Szyper spojrzał na niego i się roześmiał.
- Ty, kurdupelku, chcesz być rybakiem na pełnym morzu! - zadrwił i pokazał mu drzwi.
Wtedy za tym małym ujął się Tónk. Szepnął szyprowi, żeby mu pozwolił pokazać co potrafi i szyper zaczął małego egzaminować. A ten potrafił odpowiedzieć na każde pytanie. Potem miał się wykazać robotą, podnosić to i tamto, różne ciężary. I proszę, mały potrafił udźwignąć najcięższe przedmioty. Więc znał się dobrze na rybaczeniu i mógł być nie byle jakim pomocnikiem. A że zgodził się na proponowany zarobek, został przyjęty. Początkowo inni pomocnicy szypra drwili z jego lichej postury, ale wkrótce przestali się z niego wyśmiewać, bo pracował lepiej niż oni, był sprawniejszy i szybszy, wytrwalszy w każdej najcięższej robocie.
Od czasu przyjęcia małego szyper miał jeszcze większe dochody, ale zarobku nikomu nie podwyższał, nawet lepszego jedzenia nie dawał. Mały robił za dwóch, nieraz nawet za trzech, a Tónk też się dwoił i troił, żeby zadowolić pryncypała, bo ten zaczął grozić pracownikom zwolnieniami. I zwolnił dwóch obieżyświatów, którzy nie chcieli tak skakać, jak on kazał. Zostali tylko Tónk i ten mały, ale ci dwaj starczali za siebie i za tych, którzy odeszli. Inni rybacy widzieli, że bogacz ich wyzyskuje, ale w tamtych czasach nikt do spraw drugich się nie mieszał.
Szyper nie miał dzieci, żona zmarła mu przed laty i chociaż samotny, był bardzo chciwy. Także dziewczynę, która mu gotowała, krzywdził, bardzo mało jej płacił. A dziewczę było dobre i pracowite. Też sierota, bo tylko sierota mogła u tego sknery wytrzymać. Krzywda tej pracowitej i dobrej trójki rosła, aż sięgała koron helskich sosenek. A kiedy zaczęła się wspinać jeszcze wyżej i szyper chciał zwolnić nawet Tónka, ten mały rzekł do niego:
- Majster, widzę, że Tóna jest chory, musi zostać w łóżku. Nie możecie go wygnać, bo ja też odejdę, a wtedy co będzie z waszym rybaczeniem?
Szyper się trochę zastanowił i powiedział:
- Dobrze. Niech zostanie w domu, ale za to będzie musiał przez cały tydzień pracować za darmo.
Tónk to słyszał i został w łóżku. Mały wśliznął się do niego i szepnął:
- Dzisiaj ja albo on. Twoja krzywda się skończy, spij spokojnie i dobrze wypocznij, bo czeka cię ciężka praca.
Za Tónka szyper musiał wyruszyć na morze. Wypłynęli daleko. Mały czuł rybę. Szyper mu wierzył, bo już wiele razy on wiedział najlepiej, gdzie kierować łódź. Tym razem szła ławica śledzików. Mewy unosiły się w powietrzu i nurkowały w falach, co oznaczało, że ryba jest. Tam, gdzie się gromadziły, płynęli ci dwaj. Szyper zacierał ręce, bo tylko jego łódź krążyła tu po morzu, inni rybacy o ławicy nie wiedzieli. Kiedy wpłynęli na sam jej środek, zarzucili sieci. Te się naprężyły, nabrały obfitość ryb. Trzeba było je wyciągnąć Szło ciężko, sieci się rwały. Wkrótce łódź zrobiła się śliska, rzucały się w niej obciążające ją ryby. Było ich tyle, że mogli już płynąć do domu, ale szyper nakazał:
- Mały, zarzucaj jeszcze raz. Jeszcze raz wyciągniemy.
No i mały tak zrobił. Wtedy przeładowana łódź nagle się przechyliła i szyper z niej wypadł. Mały też, ale był bardziej gibki, dobrze pływał i szybko, jakąś nadludzką siłą, podniósł łódź tak, że wyprostowała się na toni. Trochę lżejsza, bo wiele ryb wypłynęło. Szyper bił wodę rękoma, gruby i powolny pływał kiepsko. Zaczęły go zalewać fale. Mały nie bardzo mu pomagał, jednak na tyle, że mógł chwycić się burty, ale właśnie kiedy to zrobił, większa fala oderwała go od łodzi i zginął małemu z oczu. Tak się skończyło, został w morzu, chciwość przyprawiła go o śmierć.
Mały wiosłował do chaty. Połów miał wielki, toteż kiedy dopłynął do brzegu, inni rybacy zaczęli mu winszować, pytać skąd tyle ryb. Powiedział co i jak, pokazał kierunek na ławicę. Rybacy zaraz ruszyli w tamtą stronę i także nałowili obfitość śledzików. O szypra - sknerę nikt się nawet nie dopytywał.
Wiedziano, ze go spotkała kara za chciwość, za krzywdę tych trojga dobrych ludzi.
Mały pobiegł do Tónka. Powiedział mu o wszystkim i poradził, aby ożenił się z dziewczęciem, co prawie za darmo służyło u szypra i było dla nich, a także dla innych ludzi dobre. Kiedy wyrzekł te słowa - w miejscu zniknął.
Teraz Tónkowi otworzyły się oczy. To był tak długo szukany przez niego Zielony Duszek! Przecież nosił na czapce zielony bukiecik z gałązek borówki.
Tónk ożenił się z Mariczką - tak się nazywało dziewczę - przejął łódź i cały sprzęt rybacki szypra i stał się dobrym, mądrym, samodzielnym rybakiem. Pamiętał zawsze o ubogich, o sierotach i wdowach. On też zaprowadził na Rybakach zwyczaj obdarowywania tych biedaków na Boże Narodzenie świeżymi a i solonymi węgorzami, on po każdym wyciągnięciu niewodu dawał im część połowu tak, że we wsiach rybackich żaden biedny człowiek, który nie z własnej winy nie mógł rybaczyć, biedy i głodu nie cierpiał.
Tyle od Józefa Ceynowy. Jakiś czas później wpadła mi w ręce książka Antoniego Piepera pt. "Opowieści helskie", wydana przez Ludową Spółdzielnię Wydawniczą, w niej zaś znalazłem inną wersję tej bajędy. Chociaż Pieper był rodowitym Jastarnikiem, i do dziś jedna z niewielkich ulic Jastarni nosi jego imię, to jednak jego wersja tej pięknej i mądrej - chociaż może nieco brutalnej - baśni rozgrywa się w Helu. Być może zwyczajnie opowieść ta krążyła wśród ludzi żyjących w różnych wsiach rybackich, rozsianych po kaszubskim brzegu. W Helu ów dobry duszek był znany także pod innym imieniem - Błękitny Ognik. Nie jest on też takim skrytym, romantycznym samotnikiem - jakim jawi mi się jastarnicki Zielony Duszek - lecz królem plemienia helskich krasnoludków. Poczytajcie:
Legenda o krasnoludku Błękitnym Ogniku
Od dawna rybacy kaszubscy z Półwyspu Helskiego wierzą w istnienie krasnoludków, które uważają za swoje domowe duchy opiekuńcze, pomagające im w pracy przy reperacji sieci i sprzętu rybackiego. Szczególnie dużym szacunkiem cieszy się tu krasnoludek niebieski, opiekujący się szczególnie rybakami i przynoszący im szczęście w połowach na Bałtyku. Niektórzy najstarsi rybacy pamiętają jeszcze legendę o jednym takim krasnoludku, zwanym Błękitnym Ognikiem. Mówią, że spotykali go często wieczorami chodzącego po wydmach nadmorskich i strzegącego pozostawionego przez nich sprzętu. Lecz nikt go nie widział nigdy w ludzkiej postaci, tylko jak przeskakiwał z trawy na trawę jako niebieski płomyk. Kto taki płomyk zobaczył, spokojny był o siebie, wierząc, że znajduje się pod opieką dobrego duszka
Żył w owym czasie w Helu zamożny, ale bardzo skąpy i chciwy rybak Barlasz. Jako szyper dużej żaglowej łodzi, wyzyskiwał swoich maszopów, tak że nikt długo nie mógł z nim pracować
Od kilku już lat pracował u niego w charakterze młodszego rybaka dorastający chłopiec nazwiskiem Muża, sierota, który stracił oboje rodziców. Gdy miał dwadzieścia jeden lat pragnął, jak inni, ożenić się, bo trudno mu było żyć samemu. Ale z powodu jego ubóstwa żadna z helanek nie chciała nawet spojrzeć na niego. Żył więc w starej chacie, odziedziczonej po rodzicach, prawie jak pustelnik, samotny i opuszczony. Widywał się tylko ze swymi maszopami przy pracy.
Wielokrotnie słyszał o królu karłów niebieskich, Błękitnym Ogniku, ale nie bardzo wierzył, że może on zmienić jego dolę. Raz jednak, kiedy życie mu szczególnie dojadło i stało się prawie nie do zniesienia, poszedł wieczorem, bardzo smutny, na wydmy helskie i usiadł pod niską, karłowatą sosną, skarżąc się głośno na swój ciężki los w nadziei, że żale te usłyszy Błękitny Ognik. W pewnej chwili zdało mu się, że coś zaszeleściło nieopodal sosen, i widział, jak błysnęło w charszczu, jakby światełko błękitne. Uspokoiło go to i zapomniał nagle o swych troskach i zmartwieniach. Podniesiony na duchu udał się do domu. Nazajutrz i w dni następne nie myślał o tym epizodzie i w nawale codziennych zajęć zapomniał o królu błękitnych karłów.
Pewnego razu nad wieczorem zapukał ktoś do drzwi jego chaty. Zdziwiła go ta wizyta, bardzo rzadko bowiem odwiedzał go ktoś obcy. Otworzył drzwi z pewnym zaż enowaniem, bo wstydził się swego ubóstwa. Przed nim stał młody jeszcze, niskiego wzrostu człowiek w ubraniu podobnym do tych, jakie na lądzie nosili gburzy kaszubscy. Prosił o nocleg. Mówił, że przybył pieszo z Pucka szukając pracy rybaka, gdyż z tym rzemiosłem jest dobrze obeznany. W Jastarni powiedzieli mu, że nie potrzebują najemnych rybaków, ale radzili udać się na sam cypel, do Helu. Muża ugościł przybysza, jak mógł najlepiej, nakarmił go chlebem i pieczoną na węglach drzewnych rybą, pościelił łóżko, które nieużywane stało od zgonu rodziców, sam zaś przykrył się starą burką po ojcu. O pracy obiecał nazajutrz pomówić z szyprem swoim, Barlaszem, choć z góry był przekonany, że ten nie spojrzy nawet na takiego "rybaka".
Następnego dnia rano zaprowadził nieznajomego do Barlasza i przedstawił jego życzenie. Barlasz zlustrował przybysza od stóp do głów i z pogardą wydął usta.
- Ty, synku, jeszcze mamie za mleko nie zapłaciłeś, z pewnością wiosła nie potrafisz unieść, a chcesz być rybakiem?
Ujął się pod boki i zaczął się śmiać tak donośnie, że aż żona Barlasza wyjrzała ukradkiem przez uchyloną firankę w oknie. Nieznajomy z Pucka jednak nie przeląkł się szyderczego śmiechu. był zupełnie spokojny i opanowany. Gdy szyper się nieco uspokoił, powiedział:
- Nie sądźcie mnie po mojej postaci, choć jestem mały i niezbyt rosły, jednak potrafię robić tyle, ile każdy silny, dojrzały mężczyzna. Zróbmy zakład: przez trzy dni będę pracował zupełnie za darmo i ani jednej ryby nie wezmę za moją pracę. Po tym terminie możecie mnie przyjąć na pół partu albo wcale nie angażować.
Nie czekając na odpowiedź pucczanin złapał za stojące przed chatą na drewnianych żerdziach cztery wiosła, na nie nałożył cztery mance, prekę na drewnianym drążku, na wierzch kotwicę żelazną i zupełnie bez wysiłku przeszedł się kilka razy przez podwórko.
Zdumiony szyper wytrzeszczył oczy na karła. Ironiczny uśmiech zamarł na jego wargach. Zmienił zdanie o nieznajomym rybaku z Pucka. Zgodził się też na jego warunki. W duchu obliczał już, jak go wykorzysta dla pomnożenia swego dobra.
Nieznajomy zamieszkał w chacie Muży. Jeszcze tego samego dnia wyjechał wraz z innymi rybakami na połów. Szyper dawał specjalne baczenie na niego, bo mu jeszcze nie ufał, i starał się obarczać go najcięższą pracą, nie dając wytchnienia. Rybak zaś czytał wszystkie jego myśli i przewidywał dalsze zamiary. Nie brał ich sobie jednak do głowy. Złapał za duże paczyny i zupełnie swobodnie i bez zmęczenia zaczął wiosłować. Dziwili się wszyscy rybacy, skąd w takim niepozornym człowieku taka krzepkość i siła. Oni, rośli mężczyźni, takiej nie mieli.
Po umówionych dniach próbnych rejsów Barlasz był przekonany, że ten nowy "rebok" to jakiś cudowny człowiek i postanowił zatrzymać go na swojej łodzi na zawsze. Doszedł do przekonania, że potrafi on zrobić tyle, że będzie można zwolnić z maszoperii jednego rybaka. Zamiar swój rychło w czyn zamienił. Gdy po tej operacji zorientował się, że zwolnienie jednego rybaka nie utrudniło wcale dalszego rybaczenia, bo pucczanin robił za siebie i za tamtego, wpadł na pomysł zwolnienia jeszcze jednego maszopa. W końcu na jego łodzi pozostali tylko: Barlasz jako szyper, młody Muża i nieznajomy z Pucka. Dawali sobie dobrze radę we trzech, co niezmiernie radowało skąpca Barlasza. Właściciel łodzi tak zawierzył obu rybakom, że sam rzadko wyjeżdżał na połów, najczęściej pozostawał w domu i na brzegu piaszczystego strądu oczekiwał na ich powrót z morza. Zawsze był przy obliczaniu wielkości połowu i przy sprzedaży ryb. Otrzymane pieniądze chował u siebie, aby raz w tygodniu czynić wspólny obrachunek. Nie wiedzieli rybacy nigdy, ile faktycznie wziął pieniędzy za ryby, wiedzieli jednak, że nie dzielił się z nimi uczciwie, lecz przynajmniej połowę zabiera dla siebie. Nie upominali się jednak o zapłatę, brali, co im dawał szyper, i udawali, że są kontenci.
Chęć zdobycia jak największej ilości pieniędzy, a przede wszystkim chciwość i skąpstwo nakazało Barlaszowi zwolnić z maszoperii i sierotę Mużę. Z zamiarem tym, który jeszcze chciał ukrywać jakiś czas, zdradził się niebacznie przed karłem, który wyjawił go chłopakowi. Ten zmartwił się bardzo, ale nieznajomy kazał mu być dobrej myśli, zapewniając, że niedługo obrzydliwego skąpca spotka kara, a los Muży odmieni się na lepsze.
Pewnego dnia powiedział mu:
- Udaj dzisiaj chorego i zostań w domu. Ja pojadę w morze sam z szyprem.
Muża chciał protestować, ale postawa kolegi była tak stanowcza, że uległ mu i obiecał położyć się do łózka na wypadek, gdyby miał tu przyjść Barlasz.
Gdy o rzekomej chorobie Muży dowiedział się szyper, pienił się ze złości i nakazał zawiadomić go, żeby już więcej nie przychodził do pracy, bo od dnia dzisiejszego zwalnia go ze swojej maszoperii, Pojechali więc z mancami we dwójkę - on i nieznajomy z Pucka, który proponował zabrać do łodzi jak najwięcej sieci śledziowych, aby wrócić nazajutrz z pełną łodzią tych małych, złocistych rybek. Szyper chętnie słuchał takich rad, bo niewiele go kosztowało ich wykonanie, gdyż wspólnik jego zwijał się sam przy robocie. Z zastawieniem sieci uwinęli się szybko i wcześniej niż inni rybacy powrócili do domu.
Jeszcze szaro było na świecie, a już jako pierwsi we wsi odbili od brzegu. Słońce wychodziło z wody i kładło na falach morskich swe różowe odbicie, gdy zauważyli preki drewniane od swoich sieci. Podpłynęli bliżej i zobaczyli, że w morzu "woda się gotuje". Wiedzieli, że to ryby ruszają się w sieciach.
Wyciągnęli jedną sieć - była pełna, drugą - roiło się w niej od srebrnych, połyskujących łuskami śledzi. Po wyciągnięciu połowy sieci zauważyli, że łódź napełniona jest już nadmiernie i dalsze wyciąganie ryb grozi jej zatonięciem. Zwrócił na to uwagę Barlaszowi maszop z Pucka i zaproponował pozostawienie reszty sieci w morzu do jutra, barlasz jednak obruszył się i aż spąsowiał z gniewu:
- Głupi jesteś, zabierzemy wszystko, ja tak chcę! Pokaże ci, cepelgburze, jak to pomieści się w łodzi!
To mówiąc, sam podszedł do prawej burty i obiema dłońmi złapał za linkę następnej sieci. W zapalczywości swojej nie zauważył nawet, jak łódź przechyla się coraz bardziej. Nieznajomy wspólnik, widząc wyraźne niebezpieczeństwo, dla utrzymania równowagi skoczył na przeciwległą burtę, ratując łódź od zatopienia. Nie zważając na nic szyper zgarniał obiema rękami sieci z rybami. W pewnym momencie zbyt wychylił się z łodzi i w mgnieniu oka znalazł się za burtą, w sieci pełnej ryb. Krzyknął przeraźliwie i ochryple, potem głos jego zamienił się w charkot, gdyż woda wlewała mu się do ust. Wywijał rękami i nogami, miotał się jak zwierz w potrzasku lub węgorz w matni żaka, rwał sieć na strzępy, próbując się uwolnić, ale zanurzał się szybko wraz z siecią w nurty Bałtyku. Raz jeszcze wynurzył się z wody, wreszcie zniknął na zawsze.
Pucczanin wskoczył za nim do wody, ale choć umiał dobrze pływać, obawiał się, że może się łatwo zamotać w sieci i zginąć także. Po krótkich i bezowocnych usiłowaniach, przestał więc ratować kompana. Wyrzucił dwie mance do morza i wziąwszy do ręki drewniany szpul zaczął wylewać nadmiar wody z łodzi. Gdy zapewnił sobie bezpieczny powrót, skierował łódź w kierunku brzegu.
Na strądzie opowiedział innym rybakom o tym, co zaszło. Rybacy, którzy zaczęli już wracać z morza, a byli świadkami tragicznego zdarzenia, przytaknęli jednogłośnie, że Barlasz z własnej winy się utopił, zgubiła go nadmierna chciwość. Nikt nie żałował go, ani nie westchnął do Boga za spokój jego duszy.
Nazajutrz pucczanin pojechał z Mużą po resztę sieci z rybami. Połowę ryb oddali żonie utopionego, drugą część sprzedali na własny rachunek. Poradzili się innych szyprów i maszopów, co mają czynić z łodzią i sieciami. Cała wieś przyznała, że Muża jako sierota od lat wyzyskiwany przez szypra powinien stać się ich właścicielem, gdyż żona Barlasza posiada dosyć złotych monet, by sprawić sobie nową łódź i duży zapas sieci.
Odtąd obaj przyjaciele wyruszali codziennie na połowy w morze, dzieląc się równo zyskiem. Niedługo biedny sierota stał się zamożnym rybakiem, zmężniał i zahartował się w walce z żywiołem. Rybacy zaczęli go traktować poważnie. Razem ze swoim obecnym wspólnikiem wyremontowali chatę po rodzicach, kupili pomarenk, nową łódź żaglową wraz z oprzyrządowaniem. Teraz czas był, by Muża zaczął rozglądać się za uczciwą, pracowitą dziewczyną, by pojąć ją za żonę i założyć własne ognisko domowe. Teraz nie było mu trudno, gdyż po tak nieoczekiwanej odmianie losu naraz wszystkie młode helanki z daleka mu się kłaniać zaczęły. Nie wziął jednak żadnej z nich. Przyjaciel którego przyjął do siebie na mieszkanie, wyszukał mu sam dziewczynę z Jastarni. Już ślub był wyznaczony, gdy w przeddzień uroczystości zniknął nagle współmaszop z Pucka. Muża chodził długo i szukał go. Dowiadywał się o nim w Pucku. Tutaj nie znali żadnego podobnego rybaka. Smutno Muży było bez niego. Dowiedział się o tum zmartwieniu najstarszy szyper z Helu, Boszek, i powiedział, by zaniechał poszukiwania nieznajomego, gdyż wydaje mu się, że nie był to nikt inny, tylko sam król niebieskich karłów, Błękitny Ognik, który przyszedł mu z pomocą i ukarał niecnego wyzyskiwacza.
Muża uwierzył staremu rybakowi i zaniechał dalszych poszukiwań przyjaciela. Na innych rybaków, których sumienia obarczone były podobnymi grzeszkami, padł strach i przysięgli się poprawić.
Słowniczek
Cepelgbur - rolnik - rybak z okolic Swarzewa, Władysławowa, Pucka.
Charszcz - sucha trawa wydmowa, wydmuchrzyca.
Gbur - zamożny chłop kaszubski, posiadający własne, duże gospodarstwo rolne.
Kontent - zadowolony.
Manca - rybacka sieć zastawna używana do połowu śledzi i szprotek.
Maszop - członek załogi łodzi lub kutra.
Maszoperia - (od
niderl. maatschappij – towarzystwo) – zespół rybaków (maszopów) razem
prowadzących połowy na morzu.
Matnia - worek rozstawiony w głebi sieci, do którego wpadają ryby.
Niewod - ciągniona włokowa sieć rybacka złożona ze
stożkowatego worka zwanego matnią oraz dwóch długich "skrzydeł" z
tkaniny sieciowej.
Paczyny - duże wiosła .
Part - część, udział.
Pomarenk, pomeranka - typ dużej i ciężkiej, żaglowej, płaskodennej łodzi rybackiej wywodzący się z Pomorza Zachodniego (początek XIX wieku).
Preka - pływak z drzewa korkowego.
Pryncypał - przestarzale o przełożonym, kierowniku, szefie.
Strąd - brzeg.
Szpul - duża szufla z rączką, wydłubana z jednego kawałka drewna, służąca do wylewania wody z łodzi.
Szyper - dowódca / właściciel niewielkiego statku wodnego, np. rybackiego kutra.
Żak - sieć mająca kształt cylindra, otwarta z jednej strony, wykonana z grubszej wikliny, co powoduje, ze jest wydęta jak balon.
%20-%20%5BKarwia,%20rybacy%5D%20-%20-%201d57d9c9-c771-4402-a62e-49830cf5ebf4.jpg)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz