wtorek, 10 marca 2026

O tym, jak św. Wojciech do Gniezna powrócił

O Gnieźnie mówi się, że tak jak Rzym leży na siedmiu wzgórzach. Rzeczywiście wzgórz w mieście nie brakuje – chociaż większości ich nie dostrzeżemy, bo naturalny krajobraz uległ wraz z rozwojem miasta wielkim przemianom, został w znacznym stopniu zniwelowany. Najsłynniejszym jest oczywiście Wzgórze Lecha, na którym wznosi się majestatyczna katedra - sanktuarium św. Wojciecha. To jest "serce" Gniezna, całego Szlaku Piastowskiego i... tak naprawdę całej Polski, bo przecież właśnie na tym wzgórzu wszystko się kiedyś zaczęło! Na wschód od Wzgórza Lecha wznosiło się Wzgórze Panieńskie, biorące swą nazwę od klasztoru sióstr klarysek, niegdyś tam istniejącego (obecny teren Rynku). Za nim zaś kolejne – Wzgórze Zbarskie, zwane także Wzgórzem św. Michała. To wciąż wznosi się nieco, choć niezbyt znacznie, ponad otaczający je teren. Stoi na nim kościół gotycki, poświęcony temu właśnie „księciu wojska anielskiego”. 

 
Dla Gnieźnian jest to miejsce powszechnie znane i bardzo ważne - głównie z przyczyn religijnych. Ma bowiem, obok katedry ogromne znaczenie w kulcie św. Wojciecha, w dorocznych uroczystościach ku jego czci przypadających pod koniec kwietnia, w rocznicę jego męczeńskiej śmierci (tj. 23 kwietnia, lub w najbliższy weekend po tej dacie). To do tego właśnie kościoła, po nieszporach odprawionych w katedrze, wyrusza procesja z relikwiami św. Wojciecha. Tam przez całą noc trwa czuwanie wiernych przy jego szczątkach. W niedzielny ranek zaś wyrusza stamtąd procesja jeszcze uroczystsza i okazalsza z powrotem ku katedrze. To z pewnością jeden z najlepszych momentów w roku, by odwiedzić Gniezno! I to niezależnie od tego, czy jest się wierzącym i przybędzie się jako pielgrzym, czy też nie i jest się tylko turystą, dla którego liczy się historia, zabytki i widowisko - a procesje te są mocno widowiskowe.

Starsi Gnieźnianie znają tą nazwę - Wzgórze Zbarskie. Młodsi już raczej nie, i poza Wzgórzem Lecha innych wam raczej nie wskażą, niestety - poszły w zapomnienie wzgórza i ich nazwy. Ale nawet ci starsi mogą mieć problem z wyjaśnieniem, skąd właściwie nazwa tego wzniesienia się wzięła. A we wczesnym średniowieczu istniał w tym miejscu niewielki gródek obronny - jeden z kilku, jakie osłaniały wtenczas Gniezno od wschodu. Ten gródek właśnie nosił piękne miano Zbar. Najpewniej podobnie, jak w przypadku słynnego ukraińskiego Zbaraża nazwa ta wywodzi się od prasłowiańskiego rdzenia "zora" - oznaczającego "świt", "zorzę" lub "światło". Nazwa ta mogła więc odnosić się do miejsca "oświeconego", "jaśniejącego", położonego na wzgórzu, które wcześnie oświetlało światło. Najpewniej jednak powiązać je można właśnie ze świtem, świtaniem - gródek leżał na wschód od książęcego grodu, a więc tam, gdzie świta dzień, prawda? 

 
Istnieje zapomniana legenda o bardzo wczesnej fundacji świątyni w tym miejscu – do której miało dojść jeszcze w pierwszej połowie XI wieku. Miał ją rzekomo ufundować pewien młodzian o imieniu Żelisław, jako przebłaganie za grzechy swego ojca i własne. Najstarsza wzmianka o parafii i kościele pochodzi jednak z roku 1316.. Obecnie stojąca świątynia wzniesiona została na przełomie XIV i XV wieku, a w 1900 roku dobudowano do niej wieżę, która dziś jest tak charakterystycznym elementem śródmiejskiego krajobrazu. Do legendy o grodzie zbarskim i fundacji kościoła będzie jeszcze okazja powrócić. Ale dlaczego właśnie tu i stąd idą świętowojciechowe procesje? O tym też mówi podanie.
 
Był rok 997, kiedy to ów biskup praski – niewątpliwie po długich rozważaniach i naradach z Bolesławem Chrobrym, za jego radą – wyruszył na misję do kraju Prusów. Tam zaś „spotkał swój los” - męczeńską śmierć. Prusowie odesłali na dwór Chrobrego dwóch towarzyszących mu kapłanów – Radzyma Gaudentego, jego brata, oraz Bogusza Benedykta. Nieznany z imienia Prus, być może nawrócony na wiarę chrześcijańską, wykradł też wkrótce odrąbaną przez zabójców i zatkniętą na palu koło zwłok głowę męczennika, i zaniósł ją do polskiego księcia. Chrobry, jak wiemy, głęboko poruszony wieścią o tym zdarzeniu, postanowił wykupić jego ciało z rąk pogan, płacąc za nie hojny okup. Według znanej legendy miał on zapłacić za nie złotem – dając go tyle, ile ważyło jego ciało, a ostatecznie przeważył je jedynie „wdowi grosz” dorzucony na szalę wagi przez nieznaną kobietę, za który też pozyskano zwłoki męczennika.

Władca postanowił, by odzyskane ciało Wojciecha złożyć w Gnieźnie – miejscu szczególnie godnym i ważnym. Miał już zapewne zamysł, by ubiegać się dla niego o godność świętego, a Gniezno uczynić siedzibą biskupstwa dla całej Polski. Nie od razu jednak zapewne ciało męczennika trafiło na gnieźnieńskie Wzgórze Lecha. Według historyków mogło ono pierwotnie trafić do Gdańska (chociaż istnieje także lokalna legenda, że miało to być Trzemeszno) i stamtąd uroczyście zostało przeniesione do Gniezna po tym, gdy został on ogłoszony świętym przez papieża Sylwestra II. 

Według tradycji uroczysty orszak, w którym niesiono ciało męczennika, na ostatnią noc stanął w grodzie Zbar – jednym z kilku, które osłaniały Gniezno od wschodu a obsadzone były dobrze książęcą drużyną zbrojnych. Od niego właśnie wzniesienie, na którym się znajdował, nazwane zostało Wzgórzem Zbarskim. Nie uczyniono tak ze zwykłej potrzeby wytchnienia, skoro cel długiej wędrówki był już tak blisko, lecz na wyraźny rozkaz księcia. Bolko niewątpliwie pragnął przybycie męczennika do grodu gnieźnieńskiego, w którym być może wcześniej go podejmował, uczynić jak najbardziej uroczystym, wręcz tryumfalnym. Wszak, choć po ludzku poniósł on klęskę i stracił życie, to jednak w świetle wiary przecie stało się wręcz odwrotnie i wracał on po śmierci w chwale męczennika i świętego. Było to zapewne późnym latem bądź wczesną jesienią 999 roku.

Łatwo sobie wyobrazić Zbar przygotowany na przyjęcie świętego. Gród z pewnością uprzątnięto i ozdobiono tak samo starannie, jak i książęce Gniezno. Ozdobiono też zapewne bramę chorągwiami drużynnymi a wały girlandami zieleni i kwiatów. Być może sam Chrobry, na wieść o zbliżaniu się do Gniezna orszaku z ciałem męczennika, wyszedł mu do Zbaru naprzeciw, by go powitać i uczcić, a następnie wprowadzić osobiście do gnieźnieńskiego grodu. Być może też – jak dzisiaj czynią to wierni – trwał tam przez noc przy jego ciele w zadumie i modlitwie. Czy rozmyślał o wierze, której gorliwym misjonarzem był Wojciech? A może o zupełnie nowych perspektywach, jakie się przed nim samym i jego krajem otwierały po jego śmierci i wyniesieniu na ołtarze? Relikwie tak cenne pozwalały wszak myśleć o własnej prowincji kościelnej a także koronie królewskiej dla władcy. 
 


Książę Bolesław z pewnością był tego świadom i nie szczędził ni sił, ni środków, by jak najwspanialszy wjazd do Gniezna św. Wojciechowi zgotować – nie tylko uczcić męczennika, ale także by samemu pokazać się, jako wielki i chrześcijański władca. Był to pewnie raczej zgiełkliwy, radosny pochód tryumfalny, niż nabożna, dostojna i pełna skupienia procesja, jakimi ów mąż boży jest czczony obecnie. Łatwo sobie wyobrazić, że prowadzili go duchowni z krzyżem procesjonalnym w szpalerze wojów. Ci zaś cześć męczennikowi i swemu władcy oddawali na słowiański sposób. „Sława świętemu Wojciechowi!” - zakrzykiwał wojewoda jakowyś, a woje odpowiadali: „Sława! Sława! Sława!” „Sława kniaziowi Bolesławowi!” - wznosił okrzyk kto inny, i znów: „Sława! Sława! Sława!” A z każdym okrzykiem roznosiło się także dudnienie mieczy, którymi zbrojni uderzali o tarcze.

W bram grodu gnieźnieńskiego, lub w samych progach świątyni stojącej na Wzgórzu Lecha, czekał na niego pewnie biskup poznański Unger, chociaż zapewne chętnie tego nie czynił. Jego diecezja obejmowała dotąd bowiem cały kraj, a wkrótce miał mu pozostać tylko Poznań i ziemie nad Wartą ku Odrze się ciągnące . Zapewne u jego boku stał Radzym Gaudenty, metropolita – nominat gnieźnieński, „arcybiskup św. Wojciecha”, mający być odtąd najważniejszym w kraju.

Gdy dziś stajemy na Wzgórzu Lecha, musimy mocno zadzierać głowę w górę, by przyjrzeć się wspaniałej katedrze. W tamtych czasach jednak stała tam jedynie bardzo skromna, romańska rotunda – podobna wielkością, lub może nieznacznie większa, tej słynnej św. Prokopa w Strzelnie – ufundowana jeszcze przez księcia Mieszka I i księżną Dobrawę (Dąbrówkę). Ciało męczennika złożono w grobowcu za ołtarzem, w specjalnie na ten cel wzniesionej niszy. Ołtarz ten przyozdobiono zaś wkrótce ciężkimi, złotymi płytami ufundowanymi przez cesarza Ottona III i złotym krzyżem ofiarowanym przez księcia Bolesława – podobno z kruszcu trzykrotnie większej wagi, niż sam darczyńca. Pierwszą katedrę – bazylikę naprawdę godną tego miana i odpowiednią dla stolicy biskupiej - zaczęto wznosić w XI wieku. W 1025 roku w – w zapewne nieukończonej jeszcze świątyni – koronowany został Bolesław Chrobry i jego żona Oda. Wkrótce jednak, w roku 1038, zrujnowana została podczas najazdu księcia czeskiego Brzetysława, który zrabował jej skarby, w tym – jak opisuje czeski kronikarz Kosmas – bezcenne relikwie. Ale to już inna historia...


-----

Edit (25 kwietnia 2026 r.). Będąc ostatnio w naszym muzeum, rozmawiałem z dr Tomaszem Janiakiem, archeologiem. Okazuje się, że według aktualnego stanu wiedzy w tym miejscu jednak nie było grodu. Jak doszło do tego błędu? Podczas wcześniejszych prac odkryto artefakty średniowieczne, m.in. fragmenty ceramiki. Okazało się jednak, że najprawdopodobniej sypano tu ziemię pochodzącą z Rynku, który w XIX w. został wyrównany (wcześniej, leżąc na Wzgórzu Panieńskim, był "garbaty"). Interpretacja, że znajdował się tam gród, było więc zbyt pochopne. Jednak gród Zbar istniał, lecz w innym miejscu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O teatrze ilustracji - kamishibai

Zajmuję się głównie teatrem ilustracji. Ta forma sztuki bajarskiej wywodzi się aż z dalekiej Japonii i po japońsku nazywa się "kamishib...