wtorek, 28 kwietnia 2026

Wyzwanie - bajanie

Nauczyłem się otwarcie mówić: "Jestem osobą z niepełnosprawnością".

Nie, wcale nie chodzi o wzbudzanie współczucia czy litości. Osób niepełnosprawnych jest bardzo wiele - znacznie więcej, niż się na pozór wydaje. Pamiętajmy, że wielu niepełnosprawności nie widać - tak, jak w moim przypadku. Staram się jednak być aktywnym i coś robić, i w tym potrzebuję pomocy i wsparcia - także finansowego, ale przede wszystkim zapraszania na występy. Opowieści są dla mnie także terapią. Praktykuję przede wszystkim teatr ilustracji kamishibai, gdyż jest dla mnie formą łatwiejszą przy mojej niepełnosprawności - klasyczne bajanie "z głowy" jest znacznie, znacznie trudniejsze. Chciałbym jednak móc do tego wrócić i... czasem próbuję, gdy jestem w nieco lepszej formie.

Taką próbę podjąłem ostatnio podczas spotkania w średzkiej bibliotece publicznej, gdzie "żywym słowem" opowiedziałem... nie, nie baśń wcale, lecz historię prawdziwą, która obrosła legendą, o dramatycznej przygodzie króla Władysława Jagiełły. Ostatnio zaś urzekła mnie prosta, krótka opowiastka ludowa z Kujaw. No i... ćwiczę sobie opowiadanie. Oczywiście nie jest to teraz doskonałe - to ledwie pierwsza próba z tą opowieścią. Tak naprawdę... tak się zaczyna praca z każdą bajką. To nie jest jeszcze forma 100% sceniczna - a coś zgodnego z tematem tego bloga, próba opowiadania o mnie, mojej pasji i mojej pracy z opowieściami. To także obraz mego zmagania się z trudnościami i ograniczeniami, których doświadczam.


A próbowałem sobie w uroczym, chociaż zaniedbanym i zdziczałym parku przy pałacu w Słupi Wielkiej koło Środy Wielkopolskiej.

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

O legendach i bajędach z Janowca Wielkopolskiego i okolic

Ostatnio trafiło do mnie nieco bajarskich podarków od samorządów... Nie, no nie zrobiły tego urzędy same z siebie oczywiście, bo i skąd by miały o mnie i moich pasjach wiedzieć. ;) Zwyczajnie siadam do komputera, piszę mejle z zapytaniami, przedstawiam się... Tak, oczywiście także aktywnie propaguję także naszą bajarską działalność. Obserwuję, że warto się pytać w urzędach o publikacje z lokalnymi bajędami i legendami. Coraz częściej samorządowcy dostrzegają potrzebę ocalenia ich, pielęgnacji lokalnej kultury, tradycji ich "małej ojczyzny", a jednocześnie dostrzegają ich potencjał w promocji własnej miejscowości, gminy czy powiatu. Ostatnio taką miłą paczuszkę otrzymałem z Janowca Wielkopolskiego

Nie pisałem do nich "w ciemno". Wiedziałem, że wydali, wraz z bydgoskim wydawnictwem Quixi Media, własną mutację książki :Legendy Kujaw i Pomorza"... No właśnie  "...Kujaw i Pomorza", bo jest tak dziwnie, że Janowiec Wielkopolski leży w województwie kujawsko - pomorskim - wbrew swej nazwie i faktycznej przynależności geograficznej i historycznej. Położony jest na południowym skraju województwa, tylko "krok" od woj. wielkopolskiego. a także na południowym skraju Pałuk, w sumie bardzo blisko mojego Gniezna. Stąd też i moje większe zainteresowanie także tym niewielkim miasteczkiem i gminą - bo wszak najbliższe mi są te prastare, piastowskie ziemie, ich tradycja i dziedzictwo kulturowe, chociaż mniej lub bardziej mnie fascynuje cały świat. 
 
Miłą niespodzianką było dla mnie, że otrzymałem nie tylko tą książkę, o którą "się uśmiechałem", ale także drugą, która - choć znacznie skromniejsza w formie, rozmiarem, obszernością i szatą graficzną - w sumie bardziej mnie ucieszyła. Jest bowiem taka zupełnie ich - "swojska", gminna. Jest dla mnie takim pięknym dowodem na to, jak kochają swoje miasteczko i okoliczne tereny, jak troszczą się o dziedzictwo kulturowe i że pragną nim się promować tak samo, jak walorami przyrodniczymi swej gminy, która ma miejsca "stworzone do wypoczynku". To bardzo skromna książeczka, stworzona na miarę możliwości, ale nadzwyczaj cenna!
 
Przyznam, że... zaniemówiłem zobaczywszy nazwisko autorki. Joanna Chmielewska - to nazwisko znane miłośnikom literatury. Sam mam trochę jej książek na półce i lubię je czytać. Ale nie! To, rzecz jasna, nie ta znana wszystkim Joanna Chmielewska, która zresztą już dawno nie żyje (zm. 2013), lecz ich własna, lokalna Joanna Chmielewska - (emerytowana już) nauczycielka języka polskiego z miejscowego liceum. Jednak także obdarzona literackim talentem, autorka kilku książek i wierszy. Może byłoby tego więcej, gdyby nie to, że wcześniej zupełnie pochłaniała ją praca z młodzieżą, i dopiero na emeryturze mogła rozwinąć swe literackie pasje.
 
Pierwszym miłym spostrzeżeniem w tej książce było sporo opowieści o Kołdrąbiu - jednej z wsi na terenie janowieckiej gminy. Jest ona położona nad pięknym, rozległym jeziorem - wąskim a długim na aż 4,3 km! Miałem okazję być w tej miejscowości wiele, wiele lat temu. Nie, nie dla wypoczynku, jak wielu, lecz służbowo, jako dziennikarz odwiedzałem tamtejszy dom dziecka, który mieści się w pięknym, neogotyckim pałacu, stojącym na szczycie skarpy nad samym jeziorem. W takich miejscach naturalne jest, że z jeziorem wiążą się ciekawe opowieści, bowiem wyobraźnia naszych przodków bogato zasiedlała i lasy, i wody przeróżnymi dziwnymi istotami - często pół z tego, pół zaś z innego świata. Dziwiłbym się więc bardzo, gdyby nie bajano czegoś ciekawego o tak dużym i pięknym jeziorze, jak to kołdrąbskie.
 
 

piątek, 10 kwietnia 2026

Bajarski podarek z Puszczykowa

 Trochę zaczyna być tak, że... kolejny dzień - kolejne legendy.

Tym razem w odpowiedzi na moje zapytanie do Urzędu Miejskiego w Puszczykowie - moja kolekcja wzbogaciła się o ich mutację "Legend Wielkopolski" Wydawnictwa Quixi Media. Przyszedł też przemiły list od... samego Pana Burmistrza! :) Czekam jeszcze m.in. czy coś dla mnie znajdzie sąsiednia Mosina. Mam nadzieję, że tak... :) 

...są to bowiem tereny bardzo ciekawe i miłe memu sercu. W Puszczykówku bowiem - lecz w jego części przynależącej obecnie do Mosiny, nie do Puszczykowa - osiadł przed wielu, wielu laty mój prastryj, brat mojego dziadka ze strony mamy, Józef Woliński. Był on słynnym śpiewakiem operowym, solistą Opery Poznańskiej - tenorem, o którym bodajże Jerzy Waldorff powiedział kiedyś, że był lepszy od... słynnego Jana Kiepury. A że nie był tak popularny to w znacznej mierze wynika z faktu, że nie nagrywał płyt, gdyż ówczesna technika nie radziła sobie ze skalą jego głosu. Po dziś dzień w Puszczykówku mieszka jeszcze resztka jego potomków. Dlatego też próbuję poznać te okolice także od strony bajarskiej.

W podarowanej mi pięknej książce legenda puszczykowska jest tylko jedna - "O rusałce, co na chłopców polowała". Bajęda ta wiąże się z przepływającą koło miasta rzeką Wartą. Pozostałe legendy, jak to u tego wydawcy, reprezentują cały obszar woj. wielkopolskiego. Ta jedna jedyna legenda to... No, dla mnie trochę mało i oznacza tylko to, że... trzeba szukać dalej, nie poddawać się! Na ziemiach nadwarciańskich, na skraju ogromnych lasów Wielkopolskiego Parku Narodowego, musi być coś jeszcze. Ale... to piękna bajęda, chociaż ma zdecydowanie współczesny charakter. No i... rusałki zaliczają się do moich ulubionych "istot magicznych" - często uroczych, chociaż przy tym mrocznych i niebezpiecznych. W źródłach etnograficznych są zapiski wierzeń udowych, według których potrafiły zadać człowiekowi śmierć albo wodząc go i topiąc, albo w doprawdy niezwykły i wyrafinowany sposób - zatańcowując go na śmierć. I taki właśnie charakter i sposób działania przypisany został Puszczykowskiej rusałce.

To bardzo cieszy, że Puszczykowo docenia stare legendy i bajędy, także resztki dawnych wierzeń, i stara się je ożywiać, a także że widzi w nich potencjał promocyjny dla swego miasta. :)

czwartek, 9 kwietnia 2026

Robota... "na pełnej petardzie"! ;)

 

Pracujemy cały czas nad nową, piękną i... mądrą baśnią.  15-minutowa opowieść to tak naprawdę wiele, wiele godzin pracy twórczej, wiele spotkań, wiele rozmów. Aktualnie skupiamy się na koncepcji ilustracji, których tym razem będziemy potrzebować całkiem sporo, bo aż około... 20! Oj! To nieco więcej, niż zazwyczaj potrzeba do jednego spektaklu teatru ilustracji, chociaż bywają też i obszerniejsze bajędy.

Środa była dniem roboczym i... bardzo udanym. Mieliśmy wcześniej gotową z grubsza koncepcję 5 ilustracji i liczyłem na 5 kolejnych. Tymczasem poszliśmy z robotą tak "na pełnej petardzie", żeśmy doszli do pomysłu na... kartę z napisem "KONIEC"! Jednak dla nas to wciąż ledwie... zaczątek prac, bo ilustratorka teraz będzie musiała to namalować, koncepcję każdej karty będzie się weryfikować "przy sztaludze", wiele pewnie jeszcze zmieniając. Tym bardziej, że dużym wyzwaniem podczas pracy nad tą opowieścią jest, by nie było zbyt dużej powtarzalności ogólnej koncepcji poszczególnych obrazków i ich motywów, bo mamy nieco dość podobnych scen, a... widz przecież nie może się nudzić. 

Tym razem pracujemy z Anastazją w jeszcze większej "symbiozie", niż zazwyczaj. Ja nie potrafię malować, niestety, ale w koncepcjach jestem nie najgorszy chyba - i w tym sensie jakby "malujemy" razem. Moja "działka" to przede wszystkim praca z tekstem, a tej jest całkiem sporo, chociaż tym razem nie ja jestem jego autorem, lecz Michał Kajka, znamy twórca ludowy z Mazur. Moja praca to przeredagowanie tekstu i dopasowanie go - także ilościowego - do spektaklu kamishibai. To wcale nie jest takie proste, jak się może zdawać! 

Przede wszystkim tekst musi być skrócony - w sumie, jak szacuję o ok. 20 - 25%. To całkiem sporo, więc trzeba się dobrze zastanowić, z czego można zrezygnować. Nie przychodzi mi to łatwo, gdyż jest napisany pięknym językiem, bardzo bogatym. Sam Michał Kajka był bojownikiem o polskość Mazur i o polską mowę. Mam więc do czynienia nie tylko z pięknym tekstem, ale i z "legendą" jego twórcy - nie można więc nic stracić z głównych elementów charakterystycznych dla jego twórczości. Czuję się trochę tak, jakbym przeredagowywał np. Prusa czy Reymonta! Toute proportion gardees, oczywiście. Staram się to zrobić z ogromnym szacunkiem do Kajki, do tego jego utworu i do całej kultury mazurskiej, w nimprzepięknie zawartej. Chcę tą realizacją także wystawić mu jakby swoisty "pomnik" i moźe też "na marginesie" pięknej bajędy i o nim samym choć troszkę opowiedzieć, jako o wspaniałym twórcy ludowym i równie wspaniałym Polaku.

Sporym wyzwaniem jest też język. Michał Kajka żył w latach 1858 - 1940. Ta opowieść, którą realizujemy, powstała prawdopodobnie jeszcze pod zaborami. Jest więc spisana polską mową sprzed ponad 100 lat! Jest to język dla mnie zrozumiały i zachwycający, ale... przecież tworzymy nasz bajarski teatrzyk głównie dla dzieci - i to dla nich język tej opowieści musi być zrozumiały i zachwycający! Z ogromnym bólem serca muszę więc wykreślić z opowieści wiele przepięknych słów, które rozumiem i kocham, ale które by były "zaporą" dla naszych młodych widzów, i muszę albo zupełnie z nich zrezygnować, albo zastąpić ich współczesnymi odpowiednikami. Z drugiej zaś strony także nie "wymazać" ich zbyt wiele, by jednak opowieść miała dość mocno "rustykalny" charakter, by pozostawała bajędą Kajki, mocno zakorzenioną w jego czasach. To także szacunek do twórcy.

Realizacja tego projektu napotyka też pewne "życiowe problemy", bardzo przyziemne - kasa, kasa, kasa... ;)  U nas zawsze jest jej "przykrótko", ale nie my jedni mamy ten problem - ma go także organizator imprezy, w którą z projektem tym celowaliśmy. Mamy sygnały, że mimo najlepszych chęci i entuzjazmu, muzeum, dla którego chcieliśmy wystąpić, może na nas nie starczyć budżetu. Próbuję znaleźć alternatywne rozwiązania. Muzeum zaproponowałem alternatywny sposób wynagrodzenia nas, niejako... "w naturze". No i, rzecz jasna, szukamy także innych miejsc, gdzie ta specyficzna opowieść mogła zostać zaprezentowana. :)

niedziela, 5 kwietnia 2026

O głazie św. Wojciecha

Było to dawno, dawno temu... - tak się zaczyna wiele baśni, ale... Naprawdę wiele czasu minęło, odkąd w młodości byłem członkiem Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Archidiecezji Gnieźnieńskiej - wówczas bardzo prężnie działającej organizacji, dzisiaj mocno podupadłej. KSM organizował wówczas wiele zlotów w mniejszych czy większych miejscowościach na terenie archidiecezji. Jedne z liczniejszych odbywały się w Mieścisku - malutkim miasteczku pomiędzy Gnieznem a Wągrowcem leżącym. Tak malutkim, że jest mniejsze od... wielu wsi w Polsce! Zresztą w latach 1934 - 2024, było pozbawione statusu miasta, było właśnie dużą wsią.

Atrakcją tych naszych zlotów w Mieścisku były "mini-rajdy" do miejsca bardzo ważnego w lokalnej tradycji i kulcie religijnym. Mniej więcej 2,5 km od Mieściska leży wioska Budziejewko. W tejże zaś wioszczynie leży głaz wielki, przyniesiony tu w "niepamiętnych czasach" przez skandynawski lądolód. Ma on obwód 20,5 metra, długi jest na 7,5, szeroki zaś na 4,7 metra. Wystaje z ziemi na 1,3 metra, a - jak to zwykle bywa - większa jego część skryta jest pod ziemią, na głębokość aż 2,7 metra! Wagę tego "kamyka" szacuje się zaś na ok. 100 ton. Jest drugim pod względem wielkości głazem narzutowym w Wielkopolsce.  

 
Tak to już bywa, że głazy takie obrastają - nie tylko mchem, ale często także ciekawymi bajędami czy legendami. Bardzo często - a może nawet najczęściej? - wiąże się je z aktywnością diabelską. Ich obecność w krajobrazie, zagadkę skąd się taki gigant wziął, wyjaśniano sobie, że musiał go przynieść czy upuścić w to miejsce sam diabeł. Zły zwykle wściekły bywa w tych opowieściach na to, że gdzieś tam pobudowano nowy kościół i postanawia go zburzyć, a w tym celu bierze ogromny głaz i z nim leci w niecnych celach - zawsze nocą, bo wówczas diabły mają większą moc, magia jest silniejsza. Nigdy jednak jakoś nie docierają do celu, gdyż nagle nastaje świt. Ludzie zaś dopatrują się na tych głazach śladów żelaznych diabelskich pazurów. Jednak z tym akurat głazem nie wiąże się wcale taka "diabelska przygoda" - a przynajmniej tego rodzaju opowieść o nim się nie zachowała. 
 
Miejscowa ludność wierzy, że jest to miejsce "uświęcone" obecnością św. Wojciecha, i to jego śladów dopatruje się na powierzchni tego głazu. Za sprawą tego podania był on i dla nas - młodych katolików, czcicieli "świętego patrona" Gniezna, naszej archidiecezji i całej Polski - jakby "magnesem", i to o podwójnej sile oddziaływania, jako atrakcja miejsca, pomnik przyrody a zarazem jakby nieco "sanktuarium pod gołym niebem", bo myśmy w tą obecność "świętego męża" wierzyli, czy też taką możliwość dopuszczali. A było to tak...
 
---------- 
 
    Świątobliwy mąż, musząc uchodzić przed prześladowaniami - zarówno ze względu na swą chrześcijańską gorliwość, jak i pochodzenie z rodu Sławnikowiców - wraz z przyrodnim bratem Radzymem - Gaudentym, poratowania szukał na dworze Bolesława Chrobrego, gdzie już wcześniej schronił się ich brat, Sobiesław. Po prawdzie nie wiemy, gdzie się wędrowcy z księciem polskim spotkali, czy gdzie zostali ugoszczeni, gdzie lokum czasowe im przygotował, lecz niewątpliwie mogło być to w Gnieźnie, na Lednicy, bądź też w Poznaniu. Chrobry z pewnością przyjął ich gościnnie i z czcią nabożną, jaką mnichom i biskupowi okazywać należało. Być może pragnął też ich przy sobie zatrzymać:
    - Pozostańcie tu z nami! - prawił im być może. - I tu pracy dla was nie zabraknie. Chociaż sam chrześcijaninem jestem, jako i wy, starą wiarę jeszcze wielu u nas tajemnie lub otwarcie wyznaje, jest więc komu wiarę nieść, i potrzeba wielka.

O teatrze ilustracji - kamishibai

Zajmuję się głównie teatrem ilustracji. Ta forma sztuki bajarskiej wywodzi się aż z dalekiej Japonii i po japońsku nazywa się "kamishib...