poniedziałek, 20 kwietnia 2026

O legendach i bajędach z Janowca Wielkopolskiego i okolic

Ostatnio trafiło do mnie nieco bajarskich podarków od samorządów... Nie, no nie zrobiły tego urzędy same z siebie oczywiście, bo i skąd by miały o mnie i moich pasjach wiedzieć. ;) Zwyczajnie siadam do komputera, piszę mejle z zapytaniami, przedstawiam się... Tak, oczywiście także aktywnie propaguję także naszą bajarską działalność. Obserwuję, że warto się pytać w urzędach o publikacje z lokalnymi bajędami i legendami. Coraz częściej samorządowcy dostrzegają potrzebę ocalenia ich, pielęgnacji lokalnej kultury, tradycji ich "małej ojczyzny", a jednocześnie dostrzegają ich potencjał w promocji własnej miejscowości, gminy czy powiatu. Ostatnio taką miłą paczuszkę otrzymałem z Janowca Wielkopolskiego

Nie pisałem do nich "w ciemno". Wiedziałem, że wydali, wraz z bydgoskim wydawnictwem Quixi Media, własną mutację książki :Legendy Kujaw i Pomorza"... No właśnie  "...Kujaw i Pomorza", bo jest tak dziwnie, że Janowiec Wielkopolski leży w województwie kujawsko - pomorskim - wbrew swej nazwie i faktycznej przynależności geograficznej i historycznej. Położony jest na południowym skraju województwa, tylko "krok" od woj. wielkopolskiego. a także na południowym skraju Pałuk, w sumie bardzo blisko mojego Gniezna. Stąd też i moje większe zainteresowanie także tym niewielkim miasteczkiem i gminą - bo wszak najbliższe mi są te prastare, piastowskie ziemie, ich tradycja i dziedzictwo kulturowe, chociaż mniej lub bardziej mnie fascynuje cały świat. 
 
Miłą niespodzianką było dla mnie, że otrzymałem nie tylko tą książkę, o którą "się uśmiechałem", ale także drugą, która - choć znacznie skromniejsza w formie, rozmiarem, obszernością i szatą graficzną - w sumie bardziej mnie ucieszyła. Jest bowiem taka zupełnie ich - "swojska", gminna. Jest dla mnie takim pięknym dowodem na to, jak kochają swoje miasteczko i okoliczne tereny, jak troszczą się o dziedzictwo kulturowe i że pragną nim się promować tak samo, jak walorami przyrodniczymi swej gminy, która ma miejsca "stworzone do wypoczynku". To bardzo skromna książeczka, stworzona na miarę możliwości, ale nadzwyczaj cenna!
 
Przyznam, że... zaniemówiłem zobaczywszy nazwisko autorki. Joanna Chmielewska - to nazwisko znane miłośnikom literatury. Sam mam trochę jej książek na półce i lubię je czytać. Ale nie! To, rzecz jasna, nie ta znana wszystkim Joanna Chmielewska, która zresztą już dawno nie żyje (zm. 2013), lecz ich własna, lokalna Joanna Chmielewska - (emerytowana już) nauczycielka języka polskiego z miejscowego liceum. Jednak także obdarzona literackim talentem, autorka kilku książek i wierszy. Może byłoby tego więcej, gdyby nie to, że wcześniej zupełnie pochłaniała ją praca z młodzieżą, i dopiero na emeryturze mogła rozwinąć swe literackie pasje.
 
Pierwszym miłym spostrzeżeniem w tej książce było sporo opowieści o Kołdrąbiu - jednej z wsi na terenie janowieckiej gminy. Jest ona położona nad pięknym, rozległym jeziorem - wąskim a długim na aż 4,3 km! Miałem okazję być w tej miejscowości wiele, wiele lat temu. Nie, nie dla wypoczynku, jak wielu, lecz służbowo, jako dziennikarz odwiedzałem tamtejszy dom dziecka, który mieści się w pięknym, neogotyckim pałacu, stojącym na szczycie skarpy nad samym jeziorem. W takich miejscach naturalne jest, że z jeziorem wiążą się ciekawe opowieści, bowiem wyobraźnia naszych przodków bogato zasiedlała i lasy, i wody przeróżnymi dziwnymi istotami - często pół z tego, pół zaś z innego świata. Dziwiłbym się więc bardzo, gdyby nie bajano czegoś ciekawego o tak dużym i pięknym jeziorze, jak to kołdrąbskie.
 
 
Urzekła mnie bardzo - najbardziej z całej tej książeczki! - opowieść o kołdrąbskim wodniku Krobku, który zauroczył się w ludzkiej, wiejskiej dziewczynie, Anusi, która lubiła przesiadywać nad brzegiem jeziora i śpiewać. Chociaż wiedział, że z tej miłości nic nie będzie, pozostawała dla niego "platoniczną", był bowiem świadomy różnicy ich natur. W dawnych wierzeniach nie były niemożliwe "związki romantyczne" pomiędzy "istotami magicznymi" i ludźmi, ale... nie bywały one zwykle szczęśliwe, często się źle kończyły, zwłaszcza dla ludzi. Może tym mnie oczarowała ta bajęda, że szczególnie lubię takie opowieści, w których jest dużo natury - wody i lasów - a jednocześnie mocno nawiązują do prastarych, słowiańskich wierzeń, także w różne byty je zamieszkujące. Od razu polubiłem bardzo tego kołdrąbskiego wodnika i... współczułem mu bardzo, gdy jego miłość i sympatia do dziewczyny zostały podaptane, gdyż... Cyt! Może kiedyś o tym opowiem, w oparciu o tą piękną bajędę. 
 
A ma też jezioro i mroczny swój sekret  Ponoć nad jeziorem, w okolicach pałacu nieraz słyszano nocami dobiegający skądś, nie wiadomo skąd śmiech dziecka. To duch małej dziewczynki, córki służącej z kołdrąbskiego pałacu, która postradała życie, spadając z wysokiej skarpy wprost w zimne wody jeziora. Biada zaś temu, kto wieziony tym śmiechem zacznie szukać dziecka! Cóż... Jak wielu bajarzy, ja także uwielbiam opowieści "z dreszczykiem" - i mam takie także we własnym dorobku i repertuarze. Lubię "klimat niesamowitości" - i wówczas, gdy jest to bajęda czy legenda, i wówczas, gdy... opowiadane jest bardzo na serio. A nieraz spotykam ludzi, którzy zetknęli się z czymś, czego nie potrafią sobie w żaden sposób racjonalnie wytłumaczyć. Tak samo chętnie, jak o duchach, czytam także o "diabelskich sprawkach" - a spotkanie z demonem jest chyba jeszcze gorsze, niż z duchem. A i taki "smakowity kąsek" znalazłem - w opowieści "O Białych Górach i Sipiórce". 

Chętnie "zanurzam się" w te "mroczne tonie" opowieści "z pogranicza światów". Tak głęboko, że... wierzcie mi, lub nie! ...miałbym ochotę znaleźć się w tych miejscach, i to w samą "najczarniejszą noc", gdy - jeśli wierzyć bajędom i gawędom - można się zetknąć ze "strefą mroku". Skoro przy opowieści o wodniku Krobku i Anusi poczułem głębokie wzruszenie, dotknięcie głęboko w sercu, a przy tych kolejnych wspomnianych bajędach solidny "dreszczyk" to znaczy, że... są to naprawdę dobre opowieści i dobrze opowiedziane! I cieszę się, że mogłem je poznać.


Oczywiście są w książce zawarte także opowieści związane z samym Janowcem. Najważniejsza to legenda o młynarzu Janie i jego Janowym Młynie - od którego ma pochodzić nazwa miejscowości. Wiele uroku ma także legenda związana z kapliczką św. Barbary na tutejszym cmentarzu... No, spodziewałem się ckliwej opowiastki religijnej, jakich wszędzie jest pełno w naszym jakże katolickim kraju. Tymczasem... znów wpadłem w "mroki", bowiem jest to opowieść z czasów "morowego powietrza", zarazy dziesiątkującej niegdyś nasze ziemie. I była to dla mnie spora niespodzianka i... szok. Muszę przyznać, że po raz pierwszy spotykam się z legendą tego typu, opowiadającą o zarazie i tak pełną trupów! 

Te dwie legendy, jednak nieco inaczej opowiedziane, znalazły się także we wspomnianej na wstępie książce "Legendy Kujaw i Pomorza", wydanej przez Quixi Media. I był to zdecydowanie słuszny wybór, bo są bardzo ciekawe i mogą znakomicie służyć promocji regionu. Chociaż z drugiej strony... trochę żal, że w wydawnictwie tym nie znalazło się miejsce i dla wodnika Krobka.

Tych legend, bajęd i opowieści jest w książce w sumie czternaście. To całkiem sporo, jak na takie małe miasteczko i niewielką gminę. Jednak prawdę mówiąc... książka jest bardzo "nierówna". Nie wszystkie te opowieści są tak samo dobre i ciekawe. Część przeczytałem, bo... przeczytałem, i nic więcej - nie poruszyły mnie, nie poczułem jakiejś głębi. Mam mieszane uczucia względem nich - bo wydają mi się zupełnie nie pasować, być wplecione zbyt na siłę, żeby było więcej. Na pewno nie wszystkie można nazwać "legendami" - nie potrafię w nich nawet wychwycić czegoś naprawdę zakorzenionego w lokalnej tradycji, kulturze. Raczej zdają się być bajędami, opowieściami "od A do Z" będących wytworem fantazji autorki. Trochę mi "zgrzytają" w tej całości, jaką jest ta książeczka. Ale... to tylko moje zdanie. 

Nie zmienia to faktu, że ta całość ogólnie jest naprawdę fajna i że cieszę się, że ta książka do mnie trafiła, że mogłem te opowieści poznać. O! Jakże by było dobrze, gdyby każda gmina miała takie podejście do promocji, jak Janowiec Wielkopolski i miała taką swoją, choćby najskromniejszą książeczkę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O teatrze ilustracji - kamishibai

Zajmuję się głównie teatrem ilustracji. Ta forma sztuki bajarskiej wywodzi się aż z dalekiej Japonii i po japońsku nazywa się "kamishib...