Wspominałem już, że prócz Wielkopolski takim moim drugim ulubionym regionem kraju są Kaszuby. Od 1990 roku spędzamy - jak tylko to możliwe - wakacje na Półwyspie Helskim, w Jastarni. Niestety, od kilku lat te nasze wakacyjne pobyty uległy "zachwianiom", ale wciąż jest to miejsce i ludzie, których kochamy.
Kilka lat temu, gdy już "dorosłem na nowo do baśni", podczas "spaceru historycznego" po tym uroczym kurorcie, zapytałem miejscowego "cicerone", pana Ryszarda, o lokalne bajania. "Niestety, nic się nie zachowało" - odpowiedział. Na szczęście... w tym wypadku nie miał racji! Jakiś czas później bowiem z zachwytem odkryłem jastarnieńską bajkę w książce Józefa Caynowy pt. "Dobro zwycięża". Była to piękna i mądra, chociaż jednocześnie dosyć dramatyczna, baśń o Zielonym Duszku. Potem inną jej mutację znalazłem także w "Opowieściach helskich" Antoniego Piepera - ten jednak, chociaż rodowity Jastarnik, osadził ją w Helu, a sympatycznego skrzata poznajemy tam pod imieniem Błękitnego Ognika.
Znalazłem też i inne ciekawe bajędy z Półwyspu. Ale ów Zielony Duszek podbił sobie moje serce bardzo mocno. Na tyle mocno, że napisałem wkrótce własną wersję tej cudownej bajki. Pierwszymi jej słuchaczami byli zaś nasi Przyjaciele, prowadzący w Jastarni pensjonat pod piękną nazwą "Dom pod Dobrym Aniołem" - chociaż tak mogłem się odwdzięczyć za cudowną gościnę. W tym roku wyprawiliśmy się po raz kolejny do Jastarni, tym razem "na powitanie jesieni". Ja zaś postanowiłem wykorzystać okazję, by zrealizować krótki filmik z tą właśnie opowieścią:
To prawda, że na filmie nie widać mnie zbyt dobrze, ale... ostatecznie nie jestem aż tak pięknym, by musowo się pokazywać. ;) A na poważnie to bardziej mi zależało na zrobieniu tej opowieści w jednym konkretnym miejscu, które bardzo lubię i było też dla mnie sporą inspiracją podczas pracy nad tą baśnią, chociaż wiedziałem, że mogę tam "nie mieć światła" - to rezerwat "Torfowe Kłyle", położony na samych obrzeżach Jastarni od strony Władysławowa. Słynie on m.in. z pięknych dębów rosnących na samym brzegu - tak, że praktycznie "przeglądają się w wodzie" Zatoki Puckiej.
Jeszcze o samej baśni. Uwaga! lekki "spojler", więc raczej najpierw wysłuchajcie!
Opowieść Józefa Ceynowy mnie zachwyciła samym faktem swego istnienia. Wykonał na Pomorzu świetną robotę jako badacz i zbieracz, etnograf - amator (był z zawodu nauczycielem, a także działaczem kulturalnym). Natomiast nie był on jakimś nadzwyczajnym literatem. Jego zapis był dla mnie zbyt ubogi literacko i brakowało mi w nim jakiejś "głębi", czy "fali" uniesienia emocjonalnego. Za to zaczęła ona mocno "działać" we mnie i napisałem ją po swojemu taką, jaką czułem, jaka powinna moim zdaniem być. Starałem się dodać emocji, dialogów. Spróbowałem "doprawić ją" nieco realiami życia na Półwyspie - surowego, trudnego życia rybaków, nakreślić trochę obraz dawnej Jastarni - na ile go znam ze starych opisów. Mam nadzieję, że mi się to udało.
Opowieść Józefa Ceynowy mnie zachwyciła samym faktem swego istnienia. Wykonał na Pomorzu świetną robotę jako badacz i zbieracz, etnograf - amator (był z zawodu nauczycielem, a także działaczem kulturalnym). Natomiast nie był on jakimś nadzwyczajnym literatem. Jego zapis był dla mnie zbyt ubogi literacko i brakowało mi w nim jakiejś "głębi", czy "fali" uniesienia emocjonalnego. Za to zaczęła ona mocno "działać" we mnie i napisałem ją po swojemu taką, jaką czułem, jaka powinna moim zdaniem być. Starałem się dodać emocji, dialogów. Spróbowałem "doprawić ją" nieco realiami życia na Półwyspie - surowego, trudnego życia rybaków, nakreślić trochę obraz dawnej Jastarni - na ile go znam ze starych opisów. Mam nadzieję, że mi się to udało.
Trochę zmieniłem samego Zielonego Duszka, jego charakter. W oryginale jest on bardzo surowy i raczej beznamiętnie patrzy na okrutną śmierć złego człowieka. W mojej wersji nieco go złagodziłem, bo dobry duszek powinien być jednak dobry i wrażliwy. Nie jest tak bezwzględną "karzącą siłą", jak u Ceynowy - ma w sobie współczucie i smutek związane z bezwzględną karą dla złego człowieka. Nawet próbuje go ratować - raczej symbolicznie, by pokazać jednak jego dobro, i tak znając jego przeznaczenie. Jednak zło musi być bezwzględnie ukarane, a dobro nagrodzone, krzywdy naprawione i obrócone w dobro. W sumie... bardzo klasyczna baśń.
Pokusiłem się jeszcze o jedną zmianę. Przypisałem memu bohaterowi stworzenie zwyczaju, który był bardzo charakterystyczny dla maszoperii - spółek rybackich - działających na Półwyspie Helskim. Było to silne uspołecznienie i solidarność ludności rybackiej. Gdy czytałem o tych dawnych czasach i rybackich zwyczajach, uderzyło mnie, że każdy dostawał swoją część z połowów. Nie tylko ci, którzy sami rybaczyli, ale i wdowy, i sieroty, i starcy. Tym bardziej, że przecież były to społeczności małe i odosobnione. Nam dzisiaj się wydaje, że Jastarnia nie jest tak daleko, a jednak... Nie było niegdyś kolei, ani porządnej drogi wzdłuż półwyspu. Była to w zasadzie łacha piachu pośrodku morza, z rzadka porośnięta laskiem. Komunikacja z lądem odbywała się w większości łodziami przez zatokę. Był to więc naprawdę jakby... koniec świata! Osady rybackie były niewielkie i większość z ludzi była mniej lub bardziej z sobą powiązana także rodzinnie. Dzielili skrajnie trudny, rybacki żywot - dzielili też dole i niedole. Ta solidarność i zasady życia społecznego zrobiły na mnie ogromne wrażenie, i to postanowiłem także oddać w tej opowieści.
Myślę, że w ciągu 35 lat udało mi się to miejsce dość dobrze poznać - także jego ludność, tradycje i przeszłość. I mam nadzieję, że udało mi się to wszystko także dobrze oddać w tej baśni. To też trochę mój hołd dla nich. I podziękowanie dla Przyjaciół za tyle lat wspaniałej gościny i rodzinnego ciepła. Bo w Jastarni czujemy się... "jak u siebie", chociaż tak daleko od naszego domu.
Myślę, że w ciągu 35 lat udało mi się to miejsce dość dobrze poznać - także jego ludność, tradycje i przeszłość. I mam nadzieję, że udało mi się to wszystko także dobrze oddać w tej baśni. To też trochę mój hołd dla nich. I podziękowanie dla Przyjaciół za tyle lat wspaniałej gościny i rodzinnego ciepła. Bo w Jastarni czujemy się... "jak u siebie", chociaż tak daleko od naszego domu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz