sobota, 30 sierpnia 2025

Moje "bajarskie westchnienie"

Nie tylko książki wywołują u mnie "bajarskie westchnienia". Bo nie same tylko baśnie "robią klimat" na przykład podczas bajarskich imprez lub występów. Od dawna marzą mi się "klimatyczne" stroje - nawiązujące gdzieś do baśni i mitologii, lub w stylu średniowiecznym bądź etno. Niestety takie rzeczy "jak marzenie" są, rzecz jasna, dosyć drogie, a ze mnie, niestety, raczej ubogi bajarz. 

Ostatnio swoje westchnienia skierowałem ku takiej oto pięknej koszuli:


Podoba mi się "do kwadratu". Jest w niej bowiem coś jakby bardzo celtyckiego. Zawsze lubiłem tego rodzaju sploty jako elementy ozdobne. Po drugie zaś "drzewo świata" znane w wielu kulturach i tradycjavh bajarskich. Jest ono symbolem bardzo ważnym i bliskim - nie tylko baśniowo czy mitycznie. Drzewo jest dla mnie także symbolem życia i otaczającej nas przyrody, symbolem tak bliskich mi idei. Drzewa były w centrum wierzeń pogańskich, ale także w judaizmie i chrześcijaństwie. Znamy z kart Biblii drzewo z ogrodu Eden, a także drzewo... krzyża - chociaż to już nazywane "drzewem" bardziej symbolicznie - które chrześcijanie otoczyli z czasem silnym kultem, chociaż spowodowanym nie przez samo drzewo - w sensie materialnym, fizycznym - ale śmiercią Jezusa Chrystusa na nim. Jest nieco ciekawych książek poświęconych drzewom w mitologii, symbolice i wierzeniach. Oczywiście, że staram się je gromadzić.

Ta piękna, baśniowo - mitologiczna koszula ma dla mnie wielką moc przyciągania. No, trochę kosztuje - chociaż może nie tak wiele, a więcej obaw mam, że sprzedawca jest aż z Singapuru i... nie bardzo wiarygodny, niestety. Wciąż się więc bardzo waham, chociaż też bardzo bym chciał... Nie, nie nosić jej na co dzień, lecz chętnie podczas występów, zwłaszcza tych na łonie natury, z opowieściami o przyrodzie i ekologii.

Oczywiście takich "bajarskich westchnień" i pragnień mam nieco więcej. Np. namiot - markiza przeciwsłoneczna do występów w plenerze lub także, po lekkim dostosowaniu, jako... element scenografii do wnętrza. Także inne elementy do scenografii, "robiące klimat" - głównie oświetlenie, girlandy roślinne czy też... sztuczne ognisko. No i inne jeszcze stroje - nawiązujące do tych, które niegdyś, przed wiekami, u nas noszono.

piątek, 29 sierpnia 2025

Koronacja i... może potem nawet i więcej?

Nie, nie poddałem się! Wciąż się nie poddałem w temacie Koronacji Bolesława Chrobrego. Niestety, millenium nam mija - datowo na pewno już minęło, bo stało się to ponoć na wiosnę 1025 r. Ponoć, bo w sumie... nic, lub prawie nic, o tym wydarzeniu nie wiemy. Wszystko z pewnymi znakami zapytania - mniejszymi bądź większymi. Koronacja Królewska - doroczna wielka impreza historyczna w moim mieście, w którą "celowałem", już dawno za nami. Nic to... Kiedyś się uda. Musi się udać! W każdym razie nie ustaję w staraniach, by się udało. 

Pozyskuję fundusze... zaciągając dług na to. Nie, nie w banku czy innej instytucji pożyczkowej, ale dług - dług społeczny. Wciąż działa moja zbiórka na Pomagam.pl, ale też zbieram książki do sprzedaży w antykwariatach. Mocno "po wariacku". Jak planuję ten rosnący dług spłacić? Ano tak, jak umiem - starając się służyć innym! To jest dla mnie w tym wszystkim absolutnie najważniejsze. Nie chcę nic za darmo, nie żebrzę, nie biorę ot tak, bo... no nie wiem! Chcę to wszystko rzetelnie odrobić, służąc innymi! Myślę, że gdy wreszcie uda się to szaleńcze marzenie zrealizować, to przede wszystkim wiele razy będę starał się tą opowieść o drodze Chrobrego do korony, przedstawiać nie biorąc za to pieniędzy. Tak umyślam sobie ten dług społeczny mój powoli spłacać. 

To, by o tym opowiedzieć i by honorowo z tej szaleńczej realizacji wyjść, móc się uczciwie rozliczyć z tego szaleństwa, jest dla mnie ogromnie ważne. Być też uczciwym samemu ze sobą. Edukacja jest dla mnie ogromnie ważna. Duma nasza narodowa, i nasze dzieje ojczyste także. Chcę głosić chwałę naszego kraju, nieść dumnie to, co nas ukształtowało, co legło u podwalin Polski. A jak się uda, to może z czasem nie tylko o koronacji Chrobrego opowiadać. Może także o Zjeździe Gnieźnieńskim? Na pewno o "Chrzcie Polski". Marzenia... Marzenia... Marzenia... Ale najpierw to jedno, by powstała moja "kamishibajowa" opowieść o koronie Chrobrego, o narodzinach Królestwa Polskiego! A potem się zobaczy, co i jak dalej.

Zajmuję się głównie baśniami i legendami. Opowiedzenie prawdziwej historii jest z pewnością nieco innym zadaniem, niż snucie baśni. Nie ma tu miejsca na dowolność, chociaż sporo go jednak na fantazję. Trzeba się mocno trzymać faktów, ale da się o nich przecież opowiedzieć z "bajarskim polotem". Ba! Nawet trzeba dodać dużo wytworu własnej wyobraźni, by utkać interesującą i wciągającą - mam taką nadzieję przynajmniej - fabułę. Połączyć piękno opowieści z rzetelną lekcją historii w jedno. To naprawdę ciekawe wyzwanie. 

Nie robię tego po raz pierwszy. Już kiedyś uczestniczyłem w podobnym projekcie. W ramach zajęć w Centrum Aktywności Społecznej "Largo" zrealizowaliśmy przed kilkoma laty "Gnieźnieńskie Opowieści". Staraliśmy się - właśnie w formie teatru ilustracji kamishibai - zaprezentować obrazy z dziejów miasta Gniezna w ciągu XIX i XX wieku. Była to praca zespołowa, w ramach której ja sam przygotowałem bodajże trzy sceny. Jednak po raz pierwszy realizuję całkowicie własny projekt. Jest to więc jednak poniekąd nowe dla mnie doświadczenie. Dużo już zrobiłem - nie mając do niedawna prawie nic na realizację tego zamierzenia... Jeśli więc już coś tam na ten cel mam, to idę dalej uparcie do przodu - mam ogromne pragnienie, i równie ogromną determinację, by to dokończyć. A potem się zobaczy, co dalej, i jak tą opowieść i naszą narodową dumę nieść dalej i jak najszerzej. I... tak mi dopomóż Bóg! ;)

czwartek, 28 sierpnia 2025

Pobiedziska legenda

Jestem głęboko przywiązany do naszych polskich korzeni. Nie tylko piastowskich, tak oczywistych... O Piastach wiemy przecież na pewno - bo sięga ich i nam przedstawia historia, mamy dowody ich istnienia i wiele o nich wiemy. Mieszko - był pierwszym z rodu Piastów, który zapisał się na "kartach historii", ale jego ojca, Siemomysła, oraz dziada, Lestka, uważa się za postacie pół-historyczne, a pół-legendarne. Historycy stwierdzają, że wiadomości o nich są dość wiarygodne. Ziemowita - pierwszego legendarnego księcia z tego rodu - i jego ojca, Piasta (który sam, według pierwotnych legend, księciem nigdy nie został) historycy raczej nigdy nie "wychwycą", istnienia ich rzeczywistego udowodnić bowiem, niestety, nie sposób. Pozostaje co najwyżej wiara w ich istnienie - i wierzę w nich! Bo mi wolno. 

Gniezno, Lednicę, Giecz, Poznań nazywamy "Ziemią Piastowską" - i jest nią oczywiście i udowodnienie. Ale dla mnie jest ona tak samo... Ziemią Lechicką - chociaż to już tak oczywiste nie jest i udowodnić tego się w żaden sposób nie da. Ale tak samo, jak wierzę w Piasta, wierzę także w Lecha - bo tak postanowiłem, i takie moje prawo. I czuję się w pełni dziedzicem tej ziemi - i piastowskiej, i lechickiej. Dumnym dziedzicem! Choć może dla niektórych w tej wierze mojej... "deczko" naiwnym i przesadnie romantycznym. Niech i tak będzie tym, którzy lubią się kurczowo trzymać tylko tego, co mogą uznawać za pewne i udowodnione. A przecież już Piastowie mieli za swe godło Orła Białego, którego i my dumnie nosimy. A Orzeł ów wywodzi się przecie nie od Piastów, lecz od Lecha. To Lech - jak mówi piękna legenda - ujrzał go, jak wznosi się ze swego gniazda, i tam zbudował gród, "gniazdo" swego rodu i plemienia. Miejsce to zwiemy dumnie Gnieznem, od tego gniazda orła, a w jego centralnym punkcie wznosi się Góra Lecha. Gniezno - moje miasto! I jego unikalna, piękna legenda. Ale...

...legend lechickich jest w moich stronach więcej. To prawda, że tylko ta jedna jedyna, gnieźnieńska, spisana jest w starych kronikach. Jest więc jedyną w pełni "królewską" czy "koronną", jak lubię je określać. Inne z pewnością nie mogą jej się równać - zrodzone wiele wieków później - lecz są. Pewnie zrodziły się one z pragnienia wykazania równie starego i szczytnego rodowodu swych grodów; swego pełnoprawnego udziału w tym samym dziedzictwie. Może jest w tym także trochę... zazdrości wobec Gniezna i Gnieźnian? Nie, nie próbuję być złośliwy - jednak jako Gnieźnianina mnie ta myśl nieco... łechce. ;) Któż to może wiedzieć na pewno, jak się te legendy okoliczne rodziły i dlaczego; co tak naprawdę było w sercach, z których wyrosły. Trochę wywołują one u mnie uśmiech lekko kpiarski, ale tak naprawdę... kocham także i te okoliczne legendy, i zachwycam się nimi, cenię je i pielęgnuję. To przecież wspaniałe dziedzictwo kulturowe naszego regionu!

A jedną z takich własnych lechickich legend mają Pobiedziska, miasto dla większości odwiedzających Ziemię Piastowską - i Lechicką! - będące raczej "punktem na mapie" pomiędzy Gnieznem a Poznaniem, a gdzieś opodal Lednicy. A przecież mającą własną piękną i bogatą historię, i słuszne powody do dumy. Przyznam, że sam je ledwie co zaczynam odkrywać i poznawać. Zwykle, jak większość, mijając je ledwie, tym razem postanowiłem się tam wybrać i Was także tam zaprosić. Pewnie, że kryje się tam więcej ciekawych historii, ale na teraz pozostańmy jednak przy Praojcu naszym, Lechu. O nim chcę Wam pobajać.

----------

Najpierw jednak musimy się w inne miejsce przenieść, bardziej na zachód od Pobiedzisk leżące, bo tam się ta historia zaczyna - odrębną legendą.

    Wiele lat już minęło, odkąd Lech ujrzał Orła Białego, i gród swój tam założył, Gniezdnem go nazwawszy. Tyleż samo, odkąd widział swych braci rodzonych, Czecha i Rusa, którzy dalej jeszcze - hen, daleko, daleko! - wyprawili się, by własnych miejsc na ziemi poszukać. Wspominał ich Lech czule i z rozrzewnieniem nieraz wracał do spędzonych wspólnie lat i wielu przeżytych przygód.
    Razu pewnego wyprawił się kniaź wraz z druhami swymi na wielkie łowy. Pociągnęli, dmąc głośno w rogi, w te regiony puszczy, które się ciągnęły od grodu ich ku tej stronie, gdzie słońce każdego dnia zachodzi. To dziki z matecznika wypłoszyli, to żubry czy tury gonili. A zapędzili się tak aż do wielkiej rzeki na zachodnich rubieżach lechickiej ziemi, którą Wartą zwali - a to dlatego, że wartko swe wody toczyła. Tam też Lech spocząć postanowił, opodal wioski Stragona, po trudach długich i niebezpiecznych łowów. Nagle głos rogu posłyszeli z dala, a wkrótce i głosy liczne.
    - A któż to?
    - Wróg może jaki na naszą ziemię nastaje?
    Na rozkaz Lecha stanęli wojowie w szyku - tarcza przy tarczy, miecz przy mieczu, włócznia przy włóczni. Książęcy łucznicy zaś nieco z tyłu, luki swe napinając. I czekali.

środa, 27 sierpnia 2025

Co ty, w duchy wierzysz?

To, że kocham baśnie i legendy - wiadomo. Ale też lubię wszelkie historie niesamowite, "opowieści dziwnej treści". Jeśli się zastanowić, to one też są po części jakby legendami, bądź też stają się nimi. Bo przecież często różnią się od legend tylko tym, że są one "świeższej daty", a legenda to opowieść pokryta "szlachetną patyną wieku"

Lubię np. opowieści o... duchach, które w zasadzie też są rodzajem legendy. W moim mieście są takie nawiedzone miejsca. O niektórych opowieści krążą wśród ludzi. Chociaż obecnie może już nie tak, jak kiedyś, bo coraz bardziej może... wstyd w duchy wierzyć i o nich opowiadać. O innych miejscach pewnie wie niewiele osób. Sam wiem o takim, i słuchałem opowieści świadka - osoby dla mnie bardzo wiarygodnej - opowiadającego o dziwnych odgłosach w pustym budynku, o trzaskających drzwiach czy jakby toczącej się po schodach piłce. "Smaczkiem"  tym jest także historia samego budynku. 

Zastanawiam się, kiedy w sumie "zwykła opowieść o duchach" staje się szacowną legendą? Na pewno po wiekach... Któż z nas nie lubi słuchać o duchach starych zamków? Ale niekiedy w książkach z legendami regionalnymi można spotkać i takie, sprzed ledwie stu lat. I czasem sam się zastanawiam, czy to już naprawdę legenda, czy jednak jeszcze nie, tylko zwykła opowiastka. 

W okolicach Gniezna też mamy taką "młodą legendę", sprzed nieco ponad 100 lat. Opowiada o pruskim leśniczym, który nawet po śmierci pilnował ukochanego lasu przed złodziejami i kłusownikami. Podobno wiele osób go widziało. Opowieść ta zaliczona został.a nawet do "szlaku legend" powiatu gnieźnieńskiego. Sam napisałem zresztą także jej autorską wersję, godząc w niej "opowieść z dreszczykiem" z wątkami silnie proekologicznymi . Myślę, że leśniczy Paul byłby z tej mojej wersji legendy o nim bardzo zadowolony.

"Co ty, w duchy wierzysz?" - to pytanie, które niekiedy każdemu z nas zdarza się usłyszeć. Trochę kpiarskie, delikatne napomnienie mające nam mówić; "ależ proszę, nie bądź naiwny!" Ale... czy możemy być naprawdę pewni, że istnieje i prawdą jest tylko to, co możemy zobaczyć, dotknąć, czy zmierzyć? W gruncie rzeczy przecież tak niewiele wiemy o świecie, postrzegamy tylko jakiś jego wycinek. Ot, przykład z zakresu fizyki - widzimy tylko światło w określonym zakresie, tak samo mamy ze słyszalnością dźwięków. Ponad to wszystko, co nas otacza, i czym sami jesteśmy, opiera się na wibracjach i nawet fizycy rozważają bardzo poważnie możliwość istnienia wielu światów, funkcjonujących równolegle ze sobą a może też mogących się przenikać zazębiać czy mieć między sobą tzw. "portale". 

Nie znam się na tym zupełnie, i fizyka mnie przerasta, ale lubię niekiedy posłuchać i czasem... może taki fizyk, jak np. znany z telewizji prof. Michio Kaku, wcale by tego kpiarskiego pytania nie potraktował tek lekko? Może w odpowiedzi na nie by dał mały wykład z fizyki teoretycznej czy kwantowej, czy czym tam się jeszcze fizycy zajmują.  Może by odpowiedział: "teoretycznie to możliwe"? A ja jakbym odpowiedział? Tak, wierzę w duchy! Poniekąd "służbowo", jako bajarz, ale też z wyboru - bo wierząc, przynajmniej tak trochę i choćby na chwilę tylko, znacznie fajniej się takich opowieści słucha lub samemu je opowiada. ;) 

sobota, 23 sierpnia 2025

O potępionej księżniczce z gnieźnieńskiego zamku

Gniezno to nie tylko piękna legenda o Lechu, Orle Białym, założeniu grodu i kładzeniu podwalin pod państwo polskie. To także nie tylko Popiel (bo zawsze podkreślam, że to gnieźnieńska legenda!), Piast i postrzyżyny Ziemowita. To także całkiem sporo innych ciekawych legend. I tak mamy w Gnieźnie swoją własną... zaklętą księżniczkę! 

Gdy przed kilku laty zaczynaliśmy swoją przygodę z kamishibai w Centrum Aktywności Społecznej "Largo" w Gnieźnie, była to pierwsza własna opowieść, jaką zrealizowaliśmy - stąd może też mój szczególny do niej sentyment. Tym się ta nasza wersja różniła od innych, że tekst baśni powstał... wierszem, napisany przez naszą utalentowaną koleżankę Izabelę, miłośniczkę i twórczynię poezji. Było to rymem bardzo prostym, niewyszukanym i... momentami zabawnie. W każdym razie zawsze się sami świetnie bawiliśmy czytając ten tekst. Zilustrowała zaś go nasza utalentowana Anastazja. Teraz, niestety, leży gdzieś na półkach w szafie, co nas trochę smuci.

A jeśli chcecie poznać losy naszej zaklętej księżniczki, to poczytajcie, proszę! Poniżej wersja z książki "Klechdy - starożytne podania i powieści ludowe z różnych pisarzy zebrane", wydanej w Poznaniu w roku 1902.

piątek, 22 sierpnia 2025

Wspominkowo

Kilka lat temu koledzy bajarze wymyślili bajarskie spotkania on-line. Przede wszystkim warsztatowe ale oczywiście największą radością było proste dzielenie się opowieściami.. Wraz z moim przyjacielem, niestety nieżyjącym już Markiem, ochoczo się wówczas w tą inicjatywę włączyliśmy. Na jedno z takich spotkań w naszej pracowni urządziliśmy nawet niemal studio. Ja opowiadałem jedną z moich ulubionych baśni własnego autorstwa, o karczmarzu - rozbójniku z Waliszewa koło Gniezna. Bardzo, bardzo mroczną, ale... ja bardzo lubię takie mroczne klimaty.

 
 
Dużym wyzwaniem było dla mnie tak napisać tą legendę, czy może bardziej mroczną baśń, by, chociaż nie adresowana do dzieci, mogła być jednak przy dzieciach opowiadana. Rzecz w tym, że zawiera scenę brutalnego mordu, której dzieciom trzeba było oszczędzić. Znalazłem takie sprytne - jak sądzę - rozwiązanie, że nie pokazałem jej w treści bezpośrednio, a wyszedłem niejako w opisie poza karczmę, pozwalając się tej brutalnej scenie rozegrać niejako "za zasłoną" jej ścian. Myślę, że jest to dobre rozwiązanie, które potem zastosowałem także w innej opowieści - bo istnieje legenda o... poczęciu Mieszka I. A o tym, jak się poczyna człowiek tak samo, jak i o tym jak ginie, trzeba wiedzieć komu i jak opowiadać. ;)

W Pobiedziskach - tropem legend

Moja pasja do baśni i legend przejawia się nie tylko w zbieraniu książek, w słuchaniu i oglądaniu, w pisaniu własnych opowieści i w występach bajarskich. Równie chętnie odwiedzam miejsca z nimi związane, chociaż... niestety, zbyt rzadko. Można to nazwać... turystyką bajarską. ;) 

W ostatnich dniach zahaczyłem o Pobiedziska. To skromne, ciche miasteczko mijane przez turystów w połowie drogi między Gnieznem a Poznaniem. Mijane na ogół przez turystów tak, że ledwie je zauważają. Nie ma ono bowiem zabytków, które mogłyby być dla wędrowców jakoś bardziej interesujące - jedynie gotycki kościółek pw. św. Michała Archanioła z przełomu XIII i XIV wieku. Ale dla miłośnika baśni i legend jednak coś się tam ciekawego znajdzie. Muszę przyznać, że dotąd także tylko mijałem to miasto, ale w końcu...

"Sercem" miasta jest uroczy Rynek - pełen zieleni, a nie "kamienna pustynia", jakie głupi ludzie tworzą obecnie zbyt często w ramach... "rewitalizacji". A na Rynku... szemrze cichutko woda. A szemrze ona w uroczej fontannie ulokowanej na skraju placu. I właśnie przede wszystkim dla tej fontanny odwiedziłem to miasto. Przedstawia ona bowiem legendarnych braci - ojców narodów: Lecha, Czecha i Rusa. I Pobiedziska bowiem mają swoją legendę z nimi związaną, przypisując Lechowi założenie grodu w tym miejscu i nadanie mu nazwy Pobiedziska od... Cyt! O tym osobno napiszę! Bo warto. :)

 
A gdy już pobyłem chwilę w tym zacnym gronie... Chociaż po prawdzie Trzej Bracia okazali się nieco małomówni. ;) ...wybrałem się w jeszcze jedno miejsce związane z lokalną legendą - tym razem religijną. Moim celem była przydrożna kapliczka stojąca w miejscu domniemanego "objawienia maryjnego". Dla katolików to miejsce ważne z przyczyn religijnych - to kwestia wiary. Ja jednak, nie identyfikując się z wiarą katolicką, traktuję to jako pobożną legendę - i w tym sensie mnie interesuje. Bo w gruncie rzeczy przecie jest to legenda.

"Najprawdopodobniej przed rokiem 1257 Przemysł I nadał Pobiedziskom prawa miejskie. W tym okresie miały miejsce objawienia Matki Bożej, która ukazuje się na drzewie głogowym  przy Trakcie Poznańskim za Pobiedziskami, w kierunku zachodnim (...). W XIII wieku na tym miejscu, jak podają źródła, stał kościół Objawień Najświętszej Marii Panny"

- pisze Stanisław Krygier w książce "Pani Pobiedzisk". I... tyle tylko o tym zdarzeniu wiadomo. Jej wizerunek -  czczony jest w tutejszym kościele i tytułowany "Matką Bożą Łaskawą, Panią Pobiedzisk". Skromność danych nie przeszkodziła jednak Krzysztofowi Krygierowi, rodzonemu bratu Stanisława, uczynić to "objawienie maryjne" niejako "centralnym punktem" swej książki "Drzewo głogowe", którą właśnie czytam, a Panią Pobiedzisk niejako patronką i "duchową osią" starań o zjednoczenie Polski po "rozbiciu dzielnicowym". Sporo w tym religijnej przesady - obaj bracia (Stanisław już jednak nie żyje) należeli do bractwa czcicieli Pani Pobiedzisk - ale też uroczy patriotyzm lokalny, który bardzo cenię.

Bajarza rozterki duchowe. Gdzieś pomiędzy światami - pogaństwem a chrześcijaństwem

Będzie bardzo osobiście i... może nawet aż za mocno "uzewnętrznienie się", swoista auto-wiwisekcja może. Ale chyba muszę, potrzebuję podzielić się i tym...

Otóż wychowałem się w rodzinie katolickiej, potem jednak związałem się z "protestantyzmem". Mam korzenie i wiarę chrześcijańską, a jednocześnie od wielu, wielu lat - kiedy to zagłębiam się w naszą rodzimą kulturę, w wiedzę / naukę o niej, i w baśnie i legendy - czuję, jak wyrasta i zakorzenia się we mnie słowiańskość - silniejsza jeszcze, niż kiedykolwiek wcześniej, miłość do naszej przeszłości. I mam w sercu sporo żalu, że chrześcijaństwo w Polsce jest bardzo łacińskie (katolicyzm) lub zamerykanizowane czy zglobalizowane ("protestantyzm"), a brakuje w nim... słowiańskości. Najbliżej jej jest pewnie prawosławie czy greko-katolicyzm, bo tam to Kościół (Cerkiew) starano się dopasować do słowiańskości, uczynić "swojskim" i zrozumiałym, tworzyć pismo dla mowy słowiańskiej. Z przyjemnością odkryłem niegdyś bardzo... folkowe pieśni z niektórych rosyjskich zborów ewangelicznych. Jak widać można być bardzo słowiańskim chrześcijaninem! I ja w sobie czuję taką słowiańsko - chrześcijańską duszę.

Gdy "dotykam" naszych "korzeni", to i one w pewien sposób dotykają mnie, wnikają w moje serce i duszę. Wierzę w jednego Boga - po chrześcijańsku - ale w moim sercu rozwinął się także i rozkwitł ogromny, ogromny szacunek do naszych przodków, ich świata i ich wiary. Mogę ich bogów nazywać "bogami" czy "bóstwami", lecz nie potrafię nazwać, jak to dawniej czyniono powszechnie, "bałwanami" (chociaż to i biblijne nawet!). Balansuję nieco pomiędzy wiarą chrześcijańską a szacunkiem do przeszłości - dla niektórych może ta "lina" po której w ten sposób "stąpam" wydawać się cienka, zbyt cienka. Nic na to nie poradzę. Czuję się jakby rozpięty pomiędzy dwoma światami - i duchowymi, i kulturowymi i szukam równowagi. 

Zawsze, gdy piszę o dawnych bogach, staram się zwyczajnie opowiadać przeszłość. Nie zwracam się sercem ku dawnym wierzeniom, staram się tylko opowiedzieć i przybliżyć świat naszych dalekich przodków, ich postrzeganie świata, ich duszę... Ten balans - i w sobie samym, w sercu, i na zewnątrz, w opowieści innym - jest dla mnie bardzo ważny. Próbuję opowiadać o "starej wierze", ale nie wchodząc w nią - niech już zostanie tylko opowieścią, rozbudzaniem świadomości słowiańskiej, poszukiwaniem zrozumienia naszej przeszłości, naszych "korzeni" - a ta świadomość jest potrzebna, uważam, nawet dla zrozumienia choćby historycznych i duchowych przemian, jakie przyniosły wieki późniejsze. I o tych przemianach także chcę opowiadać, zastanawiając się nad tym:

SKĄD PRZYCHODZIMY?

KIM JESTEŚMY?

DOKĄD ZMIERZAMY?

Te trzy pytania są dla mnie - i w życiu osobistym, i w bajaniu - bardzo istotne. To dla mnie kierunek duchowych i bajarskich poszukiwań, i czynionych odkryć. Trzeba odkryć i zrozumieć, czy nawet przyswoić sobie naszą przeszłość, by zastanowić się nad naszą dzisiejszością i przyszłością. Przemyśleć co było ważne dla naszych przodków, co chcieliby oni nam powiedzieć, co możemy przyjąć jako cenny dar czy spadek, i jak kształtować siebie i iść z tym w przyszłość. 

czwartek, 21 sierpnia 2025

Legendy kruszwickie trafiły na moją "bajarską półkę"

Byliście kiedyś w Kruszwicy? Ja nawet kilkukrotnie... Wiecie, Mysia Wieża - obowiązkowy punkt szkolnych wycieczek. ;) Co prawda nie jest to tak ważne miejsce  na Szlaku Piastowskim, jak Gniezno (ach jak to mnie łechce! Hi, hi, hi...), Lednica czy Poznań, ale z pewnością jest warte odwiedzenia. Przed wiekami - jak się przypuszcza - Kruszwica była nawet... stolicą! Tak, tak. Co prawda tylko państwa plemiennego Goplan, ale jednak.

Trzeba jednak zaraz dodać, że jest to plemię... hipotetyczne, którego istnienia nie da się chyba naukowo wychwycić ani potwierdzić, wspominane przez żyjącego w IX wieku Geografa Bawarskiego jako "Glopeani". Tylko... kogo miał na myśli? Tak naprawdę bardzo mało wiemy o plemionach pra-polskich, ich lokalizacjach, zasięgu terytorialnym, itp. Kruszwica położona jest nad jeziorem Gopło. Ale... I tu znów namieszam! ...nie wiadomo, czy to jego oryginalna nazwa z tych dawnych czasów i nie było jedynym "gopłem" na naszych ziemiach. Etymologicznie rzecz biorąc - i tu znów namieszam -  "gopły" to były wodniste, podmokłe tereny obfitujące w grzęzawiska. Takie właśnie, jak te, które otaczają Gopło. Choć teraz tego raczej się już nie pozna przez zmiany w krajobrazie i obniżenie poziomu wód gruntowych. Na pocieszenie mieszkańcom Kruszwicy wspomnę, że Polanie także są plemieniem hipotetycznym, chociaż przyzwyczailiśmy się do tego swego rodowodu, to jednak nazwa nie ma żadnego potwierdzenia. 

Kruszwica jest niewątpliwie bardzo fajnym miejscem. No i jest "po sąsiedzku" - prawie u granic Wielkopolski. Tak, naprawdę bardzo blisko, bowiem Wielkopolska nie kończy się na granicach administracyjnych województwa! Geograficznie i historycznie sięga prawie pod Inowrocław, obejmując m.in. całe Pałuki. Ja zawsze podkreślam, że Wielkopolska - historycznie i bajarsko - jest dla mnie najważniejsza, ale... sąsiadów też bardzo lubię i cenię. A trochę mnie wzięło teraz na Kruszwicę, właśnie bajarsko, i zakupiłem sobie takie oto dwie malutkie książeczki:

To nieważne, że spodziewałem się oczywiście, że ich treść może być mocno podobna. Wiadomo przecież, że tradycje kulturowe Kruszwicy "stoją" na Popiele i Piaście. Jednak dana legenda czy baśń, nawet jeśli powtarzana po wielokroć, nigdy nie jest przecie zupełnie taka sama, bo każdy opowiada ją na swój sposób. I nie jest dla mnie ważne, jak wiele razy już coś słyszałem lub czytałem.

wtorek, 19 sierpnia 2025

Legenda średzkiej kolegiaty

Środa Wielkopolska to dzisiaj niepozorne, niewielkie miasto. Z wyjątkiem kolejki wąskotorowej nie przyciąga zbyt wielu turystów. Miasto nie ma zbyt wielu zabytków. Jednak warte jest odwiedzenia i da się lubić a nawet kochać. Osobiście bardzo je polecam, bo sam bardzo je lubię.

Wprawne oko łatwo zauważy tu średniowieczny układ ulic w centrum, czy Planty - park powstały w miejscu części obwodowych murów miasta. W centrum znajduje się Rynek - dość uroczy, chociaż bardzo... kamienny Przy nim wyróżniają się trzy niewielkie, zabytkowe domki - to "domki senatorskie", pamiętające "złote czasy" miasta, gdy w Środzie odbywały się sejmiki szlachty wielkopolskiej. Historycznie ciekawe to bardzo, bo świadczy o dawnym znaczeniu i tradycjach miasta, ale atrakcją może być raczej dla tych, którzy się historią interesują i nieco się w niej orientują. 
 
 
Nad nimi jednak góruje obiekt bardzo ciekawy - średniowieczna kolegiata, nosząca wezwanie Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Obok kolejki jest to jedyna - uważam - prawdziwa turystyczna atrakcja miasta. A właściwie mogłaby być, gdyby nie to, że zwykle jest zwyczajnie... zamknięta. Tak więc choćby ktoś pokusił się na zwiedzanie Środy, i tak do niej nie wejdzie kiedy indziej, jak tylko przed mszą lub po niej. A szkoda! 
 
Początki tej świątyni sięgają pierwszej połowy XV wieku. Wiąże się z jej powstaniem interesująca historia zapisana przez naszego wielkiego dziejopisa, Jana Długosza. Stała się ona z czasem najważniejszą średzką legendą. Wiąże ona początki kolegiaty z osobą naszego wielkiego króla, Władysława Jagiełły. Pozwalam sobie się nią dzisiaj z Wami podzielić - we własnej jej interpretacji, z odrobiną własnych domysłów. Uczulam jednak, że Długosz był skrajnie nieprzychylny temu władcy, i także w tej opowieści mogą być bądź to słuszne dociekania, bądź też przejaskrawienia związane z jego oceną, z jego charakterem. Trzymam się wersji długoszowej, sam może trochę własnego "gdybania" dokładając i proszę, by mieć do tego jednak trochę zdrowego dystansu. Coś mogło tak być, bądź też niezupełnie (aż) tak, bądź może jednak inaczej. Czuję się o tyle bardziej do pewnych opisów uprawniony, że... nie jestem dziejopisem, czy historykiem, a po prostu bajarzem, cieszącym się z tej racji dużą wolnością w snuciu opowieści.
 
---------- 
 
Było to w pogodny, letni dzień, sobotę 7 sierpnia 1419 roku. Traktem od strony Poznania ku Środzie zmierzał orszak bardzo znaczny. Nie byle pan to bowiem wędrował przez piękną i urodzajną wielkopolską ziemię, lecz sam król Władysław Jagiełło. Nie pierwszy raz przemierzał te strony. Rozumiał on bowiem dobrze staropolskie porzekadło, że "pańskie oko konia tuczy" i często objeżdżał kraj, jako dobry jego gospodarz, troszcząc się o wiele spraw, wielkich czy pomniejszych, i Ziemia średzka również była mu dobrze znana. Tym razem jednak nie jako troskliwy gospodarz tu jechał, lecz jako wódz.  Wracał bowiem, wraz z licznym hufcem rycerskim, z wyprawy wojennej przeciwko krzyżakom, którą przerwał godząc się o rok przedłużyć rozejm z Zakonem, zawarty w roku 1414 w Brodnicy, o kolejny rok przedłużyć. 
 
Nie w smak to było polskiemu rycerstwu, któremu marzyło się znów zgruchotać krzyżackie kości, a może i ziemię przez nich zajętą choć w części dla Polski odzyskać. Niejeden więc pewnie, mimo iż piękne lato panowało wokół, kwaśną miał minę, jakby pigwę jadł. Lecz wola króla święta była Polakom, gdyż od Boga samego jego władza przecie pochodziła, i pogodzić się z nią musieli. Niejeden spodziewał się, że niczego dobrego to Polsce nie przyniesie, i przeciwnie czynić władcy radził, wieszcząc, że korzyść z tego tylko krzyżakom przyjdzie. 
 
Pięć dni spoczynku, w Poznaniu zaznanego, siły im nieco odzyskać pozwoliły, a i humory sobie z pewnością próbowano tam poprawić. Teraz jednak pewnie pilno było królowi do Krakowa wracać. Kościół Bożego Ciała nawiedziwszy i mszy w nim odprawionej nabożnie wysłuchawszy, polecił zaraz na koń siadać i w drogę ku Środzie się puścić, mimo, iż już się dość późno robiło. I stąd właśnie widzimy w naszej opowieści królewski orszak na poznańskim trakcie.

Słońce świeciło jasno i żar wielki się lał z nieba, potęgowany jeszcze przez duchotę. Nic nie wskazywało zmiany, a raczej spodziewano się, że cały dzień taki będzie, jak i gdy z Poznania ruszano. Z nadzieją więc niewątpliwie wyczekiwano spoczynku w cieniu drzew. Tymczasem, gdy już nie było zbyt daleko do wsi Tulczy (dzisiejsze Tulce), pogodne dotąd niebo zasnuło się niespodzianie grubą warstwą sinych i granatowych chmur, z których dochodziły głuche pomruki. Nim się obejrzano, rozpętała się straszna burza. Zaczęto popędzać konie, by czym prędzej schronić się w przydrożnym gaju, który przy wcześniejszym skwarze obiecywał odpoczynek i miły chłód, teraz zaś liczono, że ochroni przed wichurą i ulewą.
 

poniedziałek, 18 sierpnia 2025

Rusałki z jeziora Skorzęcińskiego

Ciekawą wzmiankę etnograficzna o okolicach Gniezna znalazłem w książce Bolesława Pleśniarskiego  "Z regionalizmu wielkopolskiego" (Oborniki, 1938). Nie spotkałem tej opowiastki we współczesnych publikacjach z legendami związanymi z okolicami Gniezna. Widać, że została zapomniana i... warto ją przywrócić do życia!
 
 
Oczywiście jest to opowieść typowa - w całej Polsce i Słowiańszczyźnie było takich wiele. Są one często tak podobne, że - z przymróżeniem oka ;) - określam je niekiedy: "kopiuj - wklej". Nie znaczy to jednak wcale, że nie są one interesujące i cenne. Wprost przeciwnie - każda z nich jest dla mnie, jak skarb! Czasem to taki "wielki kufer" wypełniony po brzegi, a czasem jedna mała, złota monetka - ale zawsze ogromnie cieszy. :) Opowieść, jak ta, szczególnie, bo mam jakąś taką sympatię do "panien wodnych", chociaż nieraz bywały istotami nieco lub bardzo mrocznymi. 
 

poniedziałek, 11 sierpnia 2025

Ja, poszukiwacz opowieści, i Ziemia Średzka

Wielkopolska jest krainą bardzo bogatą w legendy. Jednak ich rozłożenie geograficzne - jeśli się przyjrzeć - jest nierówne. Moje Gniezno jest bardzo bogate w legendy. Poznań, rzecz jasna, ma ich nieporównanie więcej. Region szamotulski jest w nie bardzo bogaty. Sporo wiąże się z Kaliszem... Pewnie mógłbym sporą "litanię" z tego uczynić, lecz nie o to mi chodzi.

Gdy gdzieś jestem, interesuję się nie tylko historią, ale też legendami związanymi z danym miejscem. Zawsze podkreślam, że nie oddzielam ściśle historii i legend, bo nieraz przecież legendy okazywały się zawierać w sobie skrawek historii, poza tym same legendy także są częścią historii. Bowiem historia to nie tylko to, co mamy poświadczone w dawnych dokumentach, jak chodzi o ludzi i zdarzenia, to nie tylko zabytki, odkrycia historyków czy archeologów. Jest też coś takiego, jak "historia kultury". Etnografia w znacznej części jest także nauką historyczną, związaną bardzo ściśle z historią. Lekceważenie legend jest więc jakby wycinaniem - nieraz niemałego - kawałka z naszych dziejów i tożsamości. Dlatego właśnie między innymi legendy i baśnie danego regionu, który odwiedzam, lub który kiedyś tam w swoim życiu odwiedziłem, są dla mnie tak ważne, cenne i interesujące.


Ale właśnie ta nierówność ich występowania nie daje mi spokoju. Życie tak mi się poukładało, że od kilku lat ja, Gnieźnianin "z krwi i kości", bytuję po części w Środzie Wielkopolskiej - bo tak wyszło, że pojawiły się mi tu powiązania rodzinne. I, rzecz jasna, zacząłem szukać i dopytywać się i tu baśni i legend. Spodziewać by się można, że będzie ich tu wiele. Miasto bowiem, choć dziś może niezbyt znaczne, ma dość długą historię, związaną między innymi z sejmikami szlacheckimi. Leży też przecie na prastarej, piastowskiej ziemi - do Giecza dobry piechur dojdzie stąd "spacerkiem" (mam to zresztą w planach). W dodatku leży przy bagnach, a niegdyś - jak to wyczytałem ze starych map - była nimi najpewniej otoczona, będąc jakby "wyspą" pośród nich, więc trochę podobnie, jak Gniezno. A bagna są przecież bardzo inspirujące dla opowiadaczy. 

Tymczasem zaś te poszukiwania były trudne i okazywały się - niestety - daremne. Wskazywano mi ledwie jedną legendę, czy raczej pół-legendę może, zapisaną przez wielkiego naszego dziejopisa, Jana Długosza, a wiążącą się z osobą króla Władysława Jagiełły i fundacją pierwszego wzniesionego z cegły, średzkiego kościoła. Jedna legenda to jednak ciut mało. Ostatecznie znalazłem kilka - z terenu miasta i powiatu - lecz to wciąż bardzo niewiele. U dawnych zbieraczy i koneserów historii także trudno. Przeszukałem "Podania i opowiadania z Wielkiego Księstwa Poznańskiego" Ottona Knoopa - nic. Przeszukałem książkę Bolesława Pleśniarskiego "Z regionalizmu wielkopolskiego" (dużo mniej znana praca) - także nic.  Może coś u Działyńskiego, choćby "pół zdania"? U Kolberga? Coś tam udało się zebrać z lokalnych czasopism. Cały czas szukam, ale fakt faktem - jest tego, niestety, bardzo skąpo. 

Pewnie niegdyś, przed wiekami może, legend i bajań było sporo, ale nikt tego, niestety, nie spisał i nie dotrwały do naszych czasów. Żal wielki, bo - nie tylko w tym miejscu przecie, ale w wielu - straciliśmy z pewnością niezliczone skarby kultury, ale cóż... w naszych czasach już się pewnie nic na to nie poradzi. Z drugiej jednak strony, gdy gdzieś jest taka "pustka", to jest to... wolne pole dla bajarza, opowiadacza. I cały czas szukam na Ziemi Średzkiej natchnienia, inspiracji - baśni, która sama zechce się wybajać gdzieś w moim sercu i duchu.

piątek, 8 sierpnia 2025

Wodnik - a któż to taki?

Niezwykle ciekawy jest świat słowiańskich bóstw i demonów. I doskonale się w tym świecie czuję, chociaż... to postacie nieraz bardzo mroczne i niebezpieczne. Zawsze przy tym podkreślam, że określenia "demon" używam w sensie etnograficznym - pewnej próby uporządkowania, zhierarchizowania świata duchowego - nie zaś religijnym, gdzie w chrześcijaństwie "demon" to synonim do określeń "zły duch" czy "diabeł". Demony w etnografii to istoty duchowe zajmujące pozycję gdzieś pomiędzy bogami a ludźmi, nieraz pomniejsze bóstwa lub pół-bóstwa. W tej kategorii mieszczą się syreny, rusałki, wróżki, elfy, skrzaty... No właśnie - krasnoludki, które tak kochamy, o których opowiadamy dzieciom, to są istoty demoniczne - właśnie w świetle etnografii. Wróżki - także te "dobre wróżki", jak z baśni o Kopciuszku - także. Dlatego właśnie, chociaż duchy te były bez wątpienia częścią wierzeń pogańskich, zawsze podkreślam, że gdy używam określenia "demon" czy "istota demoniczna", to z dala od interpretacji chrześcijańskiej, bo wcale nie o to chodzi. 

Istoty demoniczne różniły się tym od bóstw, że były - według wierzeń naszych przodków - realnie obecne w naszym świecie. Mogły mieć postać "eteryczną" - typowych duchów - a miały też możliwość przybierać postać cielesną, lub być z natury cielesne, mając jednocześnie tajemne moce. Dobrym przykładem cielesnej istoty demonicznej może być syrena, którą można było nawet złapać w sieci. Różne "panny wodne", które mnie od dłuższego czasu fascynują, zaliczyłbym do istot półcielesnych - mogących przybierać formę zwiewnego ducha lub się w pełni zmaterializować, czasowo lub na stałe.

Bardzo ciekawą istotą w demonologii słowiańskiej jest wodnik - także zazwyczaj opisywany jako stwór w ciele fizycznym. Zamieszkiwał często na dnie stawów, często w pobliżu młynów lub w szuwarach - według jednych podań zagrzebując się zwyczajnie w mule na spoczynek, wedle innych mający tam istne rezydencje, czy pałace, niekiedy skrywające ogromne skarby. Ale nie tylko w stawach, z którymi się najczęściej kojarzy, ale i w rzekach, i w jeziorach, a nawet w przydrożnych rowach wypełnionych wodą, czy przydomowych studniach. To ostatnie miejsce bytowania wodników często pojawia się np w opowieściach z Kaszub. Mnie zaś kojarzy się mocno z... komedią "Sami swoi", gdzie w jednej ze scen Witia od Pawlaków i Jadźka od Karguli pochylają się nad studnią a chłopak przytacza dawne wierzenia: "Mówią, że dziewczyny nie powinny w studnię zaglądać, bo przyjdą po nie...", a spytany: "kto?", kończy zaraz: "...topielce!" Takich odniesień w kulturze na pewno można znaleźć bardzo wiele. No właśnie - w tradycji ludowej niekiedy wodniki "zlały" się w jedno z topielcami. Wierzono np., że wodnikiem staje się dziecko, które utonęło, lub zostało utopione przez matkę, bez chrztu.  Jednak badacze raczej traktują wodniki i utopców jako osobne, różne byty demoniczne. Wierzono, że wodnik powstaje z mułu dennego, różnego rodzaju resztek tam zalegających lub gliny. Z niektórych zapisów wynika, że mógł być istotą zmiennokształtną, potrafiącą upodobnić się do człowieka.

Wodnik wzbudza we mnie... miłe skojarzenie, bo w dzieciństwie lubiłem bardzo czechosłowacką bajkę telewizyjną o Wodniku Szuwarku - bardzo sympatycznym, wesołym stworku zamieszkującym pewien staw. Jednak... bajki kłamią! ;) Te postacie z bajek dla dzieci potrafią się bardzo różnić od oryginałów z opowieści ludowych. Wodnik bowiem to tak naprawdę  jedna z najmroczniejszych i najbardziej odrażających, wzbudzających wielki lęk postaci w wierzeniach naszych przodków. I tak wierzono np. gdzieniegdzie, że wodnikiem mógł po śmierci stać się człowiek za życia jakoś związany z wodą, a przy tym tak zły i paskudny, że nawet z piekła go odsyłano z powrotem na ziemię! A jednak dość mocno mnie fascynuje.


Świetny opis, jak sobie takiego wodnika wyobrażano, zawarł w swojej książce "W krainie bogów i syren - legendy Łęgów Odrzańskich" Konrad Hamkało:

"Ukazywano go jako wysoką postać z długimi nogami i łapami, które wieńczyły ogromne pazury. Pomiędzy palcami posiadał błony, przez co podczas stąpania wydawał charakterystyczny odgłos. Skórę miał koloru zielonej szarości, a cały był pokryty muszlami, glonami, wodorostami i ślimakami. Włosy miał długie, rzadkie i skołtunione. Wśród nich znajdowały się martwe rybki, które po zaplątaniu nie zdołały się już z nich wydostać Jego duże, czarne, żabie ślepia lśniły niczym onyksy w blasku księżyca. Fetor, który wydzielał, dawało się wyczuć już z bardzo daleka. (...) Wodnik co noc wyruszał na łowy. Gdy tylko słońce zaszło, wyłaniał się z bagien, zmierzając w stronę osady. Tych, którzy nie zdążyli wrócić do domu przed zmrokiem i dobrze schować się przed potworem, nie widywano już nigdy ani żywych, ani martwych. Zdarzało się, że rybacy znajdowali rozszarpane zwłoki."

Opis ten jest częścią wprowadzenia do legendy o takim właśnie wodniku z Regalicy - jednej z odnóg Odry, uchodzącej do jeziora Dąbie. W ogóle ta jego opowieść o okrutnym wodniku stała się dla mnie "numerem 1" w całej tej książce, a  to  względu na jej niesamowity wprost, jak dla mnie przynajmniej, klimat. 

O teatrze ilustracji - kamishibai

Zajmuję się głównie teatrem ilustracji. Ta forma sztuki bajarskiej wywodzi się aż z dalekiej Japonii i po japońsku nazywa się "kamishib...