Z miejscem tym, leżącym ledwie "za miedzą" od Gniezna na wschód, wiąże się ciekawe podanie. Myślę, że nieznane nie tylko mieszkańcom wioski, ale nawet być może miejscowym "regionalistom". Jedyną wzmiankę o nim znajduję w zapiskach niemieckiego amatorskiego etnografa - folklorysty, Ottona Knoopa. Otóź...
...w parku przy dworze jankowskim istniejącym rosło sobie pewne Drzewo. "Drzewo, jak drzewo" - może ktoś powie - "Cóż w tym szczególnego? Park to park i rośnie tam zawsze wiele drzew". To Drzewo jednak było na tyle szczególne, że pozwólcie jednak, że wyróżnię je choćby określaniem go mianem Drzewo - właśnie z wielkiej litery pisanym. Lękano się bowiem tego drzewa i unikano zbliżania się do niego. Słynęło ono jako... Drzewo Czarownic! Wiedźmy, jak wierzył lud, złaziły się w to miejsce i przesiadywały na konarach Drzewa pod postacią czarnych kotów.
A choć nie wspominano, by komukolwiek cokolwiek złego naprawdę uczyniły, to jednak wolano je omijać szerokim, szerokim łukiem. Zwłaszcza by nie czuć na sobie wzroku kotów, które uważnie i z niechęcią śledziły każdego śmiałka, który się do ich drzewa odważył zbliżyć. Mogło się też coś złego do człowieka przyczepić i do chałupy za nim przywlec - a tego obawiano się najbardziej. Któż to zresztą mógł wiedzieć, czy pośród innych nie było też i kota, który pod prawdziwą swą postacią mógł mieć kopyta i rogi? Czy jednym z czarnych "mruczków" nie był sam Belzebub czy Lucyfer?
----------
Notatka u Knoopa, zawarta w jego książce "Sagen und erzahlungen aus der Provinz Posen" ("Legendy i podania z Prowincji Poznańskiej"), wydanej w roku 1893, jest naprawdę bardzo lakoniczna, zawarta w ledwie kilku zdaniach. Zasłyszał ją od informatora, którym był uczeń H. Knuth - prawdopodobnie w Gnieźnie. To jej przekład, zamieszczony w magazynie "Wisła":




