piątek, 27 lutego 2026

Drzewo Czarownic - "łysa góra" pod Gnieznem leżąca?

Z miejscem tym, leżącym ledwie "za miedzą" od Gniezna na wschód, wiąże się ciekawe podanie. Myślę, że nieznane nie tylko mieszkańcom wioski, ale nawet być może miejscowym "regionalistom". Jedyną wzmiankę o nim znajduję w zapiskach niemieckiego amatorskiego etnografa - folklorysty, Ottona Knoopa. Otóź...

...w parku przy dworze jankowskim istniejącym rosło sobie pewne Drzewo. "Drzewo, jak drzewo" - może ktoś powie - "Cóż w tym szczególnego? Park to park i rośnie tam zawsze wiele drzew". To Drzewo jednak było na tyle szczególne, że pozwólcie jednak, że wyróżnię je choćby określaniem go mianem Drzewo - właśnie z wielkiej litery pisanym. Lękano się bowiem tego drzewa i unikano zbliżania się do niego. Słynęło ono jako... Drzewo Czarownic! Wiedźmy, jak wierzył lud, złaziły się w to miejsce i przesiadywały na konarach Drzewa pod postacią czarnych kotów. 

A choć nie wspominano, by komukolwiek cokolwiek złego naprawdę uczyniły, to jednak wolano je omijać szerokim, szerokim łukiem. Zwłaszcza by nie czuć na sobie wzroku kotów, które uważnie i z niechęcią śledziły każdego śmiałka, który się do ich drzewa odważył zbliżyć. Mogło się też coś złego do człowieka przyczepić i do chałupy za nim przywlec - a tego obawiano się najbardziej. Któż to zresztą mógł wiedzieć, czy pośród innych nie było też i kota, który pod prawdziwą swą postacią mógł mieć kopyta i rogi? Czy jednym z czarnych "mruczków" nie był sam Belzebub czy Lucyfer?

----------

Notatka u Knoopa, zawarta w jego książce "Sagen und erzahlungen aus der Provinz Posen" ("Legendy i podania z Prowincji Poznańskiej"), wydanej w roku 1893,  jest naprawdę bardzo lakoniczna, zawarta w ledwie kilku zdaniach. Zasłyszał ją od informatora, którym był uczeń H. Knuth - prawdopodobnie w Gnieźnie. To jej przekład, zamieszczony w magazynie "Wisła":


Niestety, chociaż Knoop wykonał niewątpliwie wielką pracę w dokumentowaniu legend, podań i wierzeń ludowych, to był jednak bardziej zbieraczem, któremu zależało głównie na poszerzaniu swych zbiorów, niż badaczem "z prawdziwego zdarzenia". Zasłyszawszy jakąś opowieść, zapisywał ją i w zasadzie tym się zadowalał. Niestety zazwyczaj nie "drążył" tematu, nie dociekał, nie dopytywał bardziej szczegółowo. Mamy u niego wiele takich właśnie bardzo lakonicznych zapisków a niewiele pełniejszych legend czy baśni. I chociaż Knoop - a także inni jemu podobni - wykonał wielką pracę, to jednak mimo wszystko... uczynił niby wiele, ale przy tym o wiele zbyt mało, aby naprawdę zachować tradycję dla następnych pokoleń. Nieraz czytając Knoopa odczuwam i wdzięczność i... żal zarazem, że jest tego i dużo, i tak cholernie mało, skąpo. Niestety, w ten sposób przepadło nam wiele fantastycznych opowieści, wiele szczegółów, których mi żal serdecznie.

Lecz wracając do Drzewa... Nie sposób dociec kiedy i jak się to podanie zrodziło. Być może w XVII czy XVIII wieku, kiedy była swoista "moda na czarownice" i... polowania na nie? 
 
Miejsce to mogło uchodzić za miejscową "łysą górę". Gdy mówimy o "łysej górze", to zazwyczaj mamy skojarzenie z tą jedną konkretną Łysą Górą, zwaną też Świętym Krzyżem, w Górach Świętokrzyskich, najsłynniejszym miejscem "sabatów czarownic" w Polsce. Było to miejsce z pewnością o szczególnej "renomie" i pewnie każda "szanująca się czarownica" pragnęła w tym "balu" uczestniczyć. Jednak gdy w zeznaniach domniemanych "czarownic" - a procesy takie odbywały się także w Gnieźnie! i opisuje je w swoich książkach prof. Jacek Wijaczka  - padało określenie "łysa góra", wcale nie musiało oznaczać odległego górskiego szczytu, a używane było w przenośni, np. "nasza łysa góra była w..." W okolicy Gniezna takich "łysych gór" było kilka.
 
No i właśnie! Być może w podaniu tym zawiera się jakieś wspomnienie o takiej właśnie "łysej górze", która mogła się mieścić w tym miejscu? A nawet na tym konkretnym drzewie! Mamy bowiem relacje, że "łysa góra" była na... wierzchołku wierzby i że cały sabat, z gromadą czarownic, grajków i czartów się tam odbywał. Chociaż brzmi to dość absurdalnie. Może to Drzewo się gdzieś w tych opowieściach przewijało? A może samo w sobie miało coś "mrocznego", roztaczało wokół jakąś niezwykłą tajemniczą aurę? 
 
Znam ja takie drzewa, przy których "mam ciarki", tak mocno odczuwam magię czy grozę, jaką tworzą! Pisałem już tutaj o jednym z takich właśnie drzew - a właściwie także konkretnym Drzewie, które jest dla mnie bardzo ważne, magiczne. To Drzewo z Jankowa - dziś zwanego Jankowem Dolnym - także mnie bardzo pociąga, chociaż... już go dawno nie ma, nie ma i tego parku, ani też dworu, i właściwie chyba wszystko przepadło z pamięci ludzkiej. Jedynie są ślady odnajdywane przez archeologów. Próbuję sobie wyobrazić to miejsce, zwizualizować drzewo - w nadziei, że w jakiś niezwykły sposób opowie mi ono swoją historię, dopowie wprost w moim sercu, w postaci odczuć, to, czego nie zapisał Knoop. Szukam tego Drzewa od dawna - i w sobie, i próbuję zlokalizować miejsce, które bardzo chcę odwiedzić, dotknąć bardzo bezpośrednio, poczuć - aby "przemówiło"... Ot, "romantyczna dusza bajarza"!
 
Lubię opowieści o diabłach i czarownicach, bowiem mają swój szczególny urok. Chociaż trzeba pamiętać, że to, co w takiej "wersji lajtowej" jest uroczą baśnią, miało drugą stronę, bardzo ponurą. Wiele kobiet - głównie, ale nie tylko, bo zdarzali się i mężczyźni - było posądzanych o czary, torturowanych. a wreszcie nieraz spalonych na stosie. Jak już wspomniałem także w moim Gnieźnie. To właśnie tak - brutalnymi torturami - wydobywano z nich zeznania między innymi o lokalnych "łysych górach", o "sabatach czarownic" i przede wszystkim kto jeszcze, prócz nich, na tych "bankietach diabelskich" bywał. Z jednej strony z prawdziwą rozkoszą "zanurzam się" w ten "magiczny klimat" - z drugiej zaś jestem świadom tych wszystkich łez, wielkiego cierpienia i krwi... Balansuję pomiędzy romantyzmem baśni a twardą, historyczną rzeczywistością. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O teatrze ilustracji - kamishibai

Zajmuję się głównie teatrem ilustracji. Ta forma sztuki bajarskiej wywodzi się aż z dalekiej Japonii i po japońsku nazywa się "kamishib...