Wyznaję zasadę, że gdy proszę o wsparcie finansowe moich działań artystycznych, to nie chcę tych pieniędzy za nic. W zamian za to, co otrzymuję, ja daję innym coś od siebie. Inaczej rzecz ujmując - wspierając moje działania niejako "kupujesz mnie" dla innych.
W ten sposób właśnie trafiłem do Biblioteki Publicznej im. R.W. Berwińskiego w Środzie Wielkopolskiej. W tym mieście bowiem pozyskałem na swe cele bardzo wiele książek i wypadało dać coś w zamian lokalnej społeczności. A że akurat w Wielkopolsce zaczęły się ferie zimowe, to była to doskonała okazja, by wspólnie zrobić coś dla dzieciaków. I jestem bardzo wdzięczny Dyrekcji i Pracownikom tej placówki, że mogliśmy coś fajnego razem zrobić. :) W sumie występ ten obejrzała około czterdzestką "fąfli" w różnym wieku - co jak na kamishibai jest dużym wyzwaniem.
Przygotowałem na tą okazję dwie opowieści. Pierwszą z nich była moja autorska bajęda "O rusałce z Koszyka" - jedna z tych moich opowieści, które sam najbardziej lubię i chętnie prezentuję. Baśń tą prezentowaliśmy już niejednokrotnie, ale tym razem po raz pierwszy w formie nieco zmienionej - zostały bowiem dodane do niej dwa zupełnie nowe obrazki, w których połączone zostały postacie narysowane przez Anastazję i zdjęcia. Dwie sceny były bowiem dotąd nieco zbyt długie - no, tak wyszło i trzeba było coś z tym wreszcie zrobić. Ta opowieść chyba nigdy mi się nie znudzi i... zawsze mocno ją przeżywam.
Jeśli czegoś mi w niej brakowało, to... No, nie "czegoś", ale kogoś! Bo bardzo lubię ją czytać na dwa głosy z Anastazją, która fenomenalnie odgrywa rusałkę Zielenicę! A tak musiałem sobie poradzić z tą magiczną i... romantyczną opowieścią o dwóch wspaniałych osobach z dwóch odmiennych światów, które połączyła niezwykła więź, sam. Ale... chyba się udało! A, chociaż występowałem sam, to jest to przecież o tak nasz wspólny sukces :)
Druga opowieść była dla mnie szczególnym wyzwaniem - wielopłaszczyznowo. Przede wszystkim ja "jestem raczej pisaty, niż gadaty" - wolę pisać i potem odczytywać to, co tam mi się w głowie naroiło, niż klasyczną sztukę opowiadania. Mogę być wówczas bowiem bardziej skoncentrowany i nie muszę się aż tak martwić, by powiedzieć wszystko tak, jak trzeba, jak najpiękniej i jak najdokładniej. Lubię wplatać w opowieści wiele pięknych słów, ubarwiać dialogami, dodawać emocje - tworzyć solidną "konstrukcję". I nie muszę się potem martwić, że coś zapomnę lub powiem nie tak - bo wszystko mam spisane. Opowiadanie "100% żywym słowem" to wyjście naprawdę daleko poza moją "strefę komfortu". Nie jestem klasycznym bajarzem, który kreuje z głowy niesamowite bajędy, i naprawdę rzadko to praktykuję. Tym razem postanowiłem jednak tak właśnie zrobić i...
...ja, Gnieźniok, opowiedziałem młodym Średziokom coś związanego ich własnym miastem. Nie była to baśń, a w sumie też i nie legenda - a historyczna opowieść, która nieco w legendę obrosła. Była to gadka o wielkim królu Władysławie Jagielle, który, chociaż był wspaniałym i dzielnym władcą, który "złamał kręgosłup" Zakonowi Krzyżackiemu w pamiętnej bitwie pod Grunwaldem, to jednak... lękał się burzy. A taka właśnie potworna burza złapała go pewnego sierpniowego dnia, gdy jechał z Poznania do Środy - i przygoda ta cudem nie skończyła się dlań tragicznie. Opisuje to w swojej kronice Jan Długosz. Oczywiście trzeba brać poprawkę na to, że ów zacny kronikarz... nie znosił króla (i ponoć z wzajemnością!). Jednak opowieść ta jest naprawdę przezacna!
Zrobiła się z tego jakby... mała lekcja historii, bo dzieci dowiedziały się, w jakich okolicznościach doszło do fundacji średzkiego kościoła kolegiackiego. Była też okazja wspomnieć, jak wiele dobrego zrobił ten władca dla Środy, która dzięki niemu znacznie się rozwinęła i bogaciła - pokazać go nie jako sprawnego wodza, jakim bywał w bitwach, ale jako dobrego gospodarza, który dbał i o "królewszczyznę", włości należące do niego jako władcy, ale i o cały kraj, będąc w zasadzie ciągłych podróżąch, gdyż "pańskie oko konia tuczy".. W Środzie nie tylko ufundował kolegiatę, wpłynął też - a zapewne i sam w tym uczestniczył - na założenie klasztoru dominikańskiego. Na jego potrzeby i z jego rozkazu pobudowano także tzw. "zamek starościński", w którym się zatrzymywał.
No właśnie... zamek! Napotkałem tu na niemały problem, gdyż w Środzie mówi się i wzmiankuje o zamku. Na potrzeby tej opowieści ja próbowałem się jak najwięcej dowiedzieć o mieście w powiązaniu z osobą króla, a tymczasem... obszernym "Leksykonie zamków w Polsce" niczego o zamku średzkim nie znalazłem! Bo też w istocie... wcale nie był to zamek, jak się okazało! Gdy nie znalazłem "zamku" pomyślałem o warownym dworze lub warownej kamienicy. "Zamek" ów jednak nawet warownym dworem nie był, a kamienicą - i to wcale nie warowną, chociaż okazałą, i wystarczającą na krótkie gospodarskie wizyty władcy. Tak właśnie sztuka opowiadania splata się we mnie z ciekawością i poznawaniem historii. A to, co odkrywam, staram się potem przekazywać dalej w opowieści. :)
W ten sposób udało się zbudować jakby "bajarski most" miedzy naszymi dwoma królewskimi grodami - Gnieznem a Środą. :) I chyba wyszło to całkiem nieźle. Mam ogromną satysfakcję z tego, że.., dzieci uważnie i z zainteresowaniem słuchały i chętnie się angażowały w interakcje - odpowiadały na zadawane pytania, zabierały głos. Chociaż praca opowiadacza z tak licznym gronem naprawdę jest dużym wyzwaniem. A muszę przyznać, że miałem przed tym spotkaniem naprawdę wielką tremę. Może wiec jednak... mam talent? ;) Jest taka anegdota o Charliem Chaplinie i młodej aktoreczce. Przed spektaklem w teatrze aktorka wyznała Charliemu: "Mistrzu, ja to przed występami nie mam wcale tremy", na co Chaplin odparł z rozbrajającą szczerością: "Proszę się nie przejmować, to się pojawia wraz z talentem!" :D Więc może go jednak posiadam. ;)
Satysfakcja jest naprawdę ogromna! Chociaż taki występ jest wyzwaniem i wiąże się ze sporym zmęczeniem, to jednak jest to OGROMNA "PETARDA"! Była to też tak naprawdę pierwsza okazja do wykorzystania - dość... ogromnej! - dekoracji, która została zakupiona do teatrzyku właśnie ze środków pozyskanych ze sprzedaży pozyskanych na ten cel książek. Ogarnięcie tego, porozstawianie wprawdzie trochę trwa... Kamishibai to z założenia "kompaktowy teatrzyk" do którego - zazwyczaj przynajmniej - nie potrzeba wiele. Chodzi o to, żeby był jak najbardziej "mobilny". Dodatkowe rzeczy na pewno utrudniają, ale... ja kocham trochę efektów. ;)
Dzieciaki w Środzie doskonale znają tą formę sztuki, jaką jest kamishibai - biblioteka bowiem ma nawet swój własny teatrzyk. Tutejszą tradycją się stało, że występom z kamishibai towarzyszą zajęcia plastyczne - co jest naprawdę znakomitym pomysłem. Nie inaczej było i tym razem. Po moim występuie dzieciaki dostały wielkie płaty szarego, pakowego papieru i farbki, a także zadanie: namalować wybrane sceny z mojej opowieści, bądź też inspirując się nią.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz