wtorek, 23 grudnia 2025

Gwiazdorek przyszedł...

Nie wiem jak do kogo, ale do mnie Gwiazdor - jak u nas w Wielkopolsce mawiano na Świętego Mikołaja (jak zwał, tak zwał) - juź zawitał. Szamotulski Gwiazdorek! Bowiem mój przyjaciel i mistrz, Łukasz z Szamotuł  - jak słynny kompozytor Wacław, też świetny, tylko fach inny, bajarski ;) - przesłał mi taki oto przesympatyczny pakiecik:

Kurna, się nie spodziewałem, więc zaskoczenie było ogromne i bardzo miłe. Filcowe ozdoby już zawisły na choince. Życzenia zaś rozgrzały serce i... motywują wielce do pracy. A książka? No książka to skarb przewspaniały! Z bajaniami, rzecz jasna. 

A jest to książka "Kto nie wierzy, niech sprawdzi. Bajki Lasowiaków i Rzeszowiaków", wydane przez Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej. A więc Podkarpacie! Te rejony zaś to dla mnie wciąż "terra incognita", jak chodzi o kulturę ludową, w tym bajędy. A spodziewam się, że jest ona bogata i różnorodna, bardzo ciekawa. Wiele więc sobie po tej książce obiecuję i jestem za nią ogromnie wdzięczny! Póki co zachwyciła mnie już graficzną oprawą i... mam chętkę jak najszybciej zagłębić się w treść! 


poniedziałek, 15 grudnia 2025

Bajarza narzędzie nieoczywiste

Co jest potrzebne w pracy bajarzowi? Książki, zapiski etnografów, "żywe książki" - ludzie znający opowieści przekazywane ustnie z pokolenia na pokolenie... To wydaje się oczywiste. Ale bywają i rzeczy nieoczywiste. Mnie na przykład zdarza się korzystać z... map, czasem starych. Choćby po to, by próbować doprecyzować sobie miejsce, z którym wiąże się stara legenda. Przygoda z baśniami i legendami ma więc dla mnie także wymiar krajoznawczy - i tak naprawdę przez te swoje opowieści chcę także zachęcać do poznawania regionu, tych miejsc, których one dotyczą.

Tym razem sięgnąłem po mapy, by spróbować zlokalizować sobie jeziorko, zwane "Piekiełkiem", z pewnej legendy z Trzemeszna, by lepiej ją opisać. W dodatku nie mając żadnej pewności, że w ogóle na jakiejś mapie jest - bo nawet w podaniu opisane jest jako bardzo małe. No, jest, lecz okazuje się, że nie do końca wiadomo które to, bo legenda przytacza jego nazwę nieformalną, z tradycji ludowej, a... okazuje się, źe część okolicznej ludności wiąże tą nazwę z jednym zbiornikiem wodnym, druga część zaś z innym, sąsiednim. Czy było nim więc jezioro Świąteckie, położone na samych obrzeżach dzisiejszego Trzemeszna, czy też spory staw - nie oznaczony na mapach - bliżej wsi Święte? Pani Jolanta, autorka książki "Cudowne źródełko" z legendami trzemeszeńskimi, której próbowałem się poradzić, wychowała się - jak twierdzi - w tradycji wskazującej na jezioro Świąteckie jako "Piekiełko", lecz skłania się ku stawowi. W sumie i moje przeczucie do niego mnie ciągnie. Chociaż... 

I... czy da się w takim razie dociec prawdy? Pewnie, niestety, nie - i trzeba się zadowolić jakimś "być może", "albo - albo"... Przez lata wykonywałem zawód dziennikarza i coś z tego tkwi we mnie także w działalności bajarskiej - lubię dociekać i mieć jakiś konkret, coś pewnego. Nie zawsze się to udaje tak, jakbym sobie tego życzył. Ale i tak z tych dociekań, z przyjrzeniu się mapom, mam korzyść - buduję sobie jakąś "przestrzeń" dla danej opowieści, jakiś obraz tego, jak to miejsce wygląda, jak mogło wyglądać kiedyś. Oczywiście najlepiej być tam, gdzie dana opowieść się rozgrywa, ale nie zawsze jest to możliwe, więc przynajmniej warto się przyjrzeć - choćby właśnie mapom.

piątek, 12 grudnia 2025

Jak Księżyc walczył ze Słońcem

Swego czasu wraz z Przyjacielem prowadziliśmy cotygodniowe zajęcia artystyczne z dziećmi ze Świetlicy Środowiskowej "Dzieci z Chmur" w Gnieźnie.  Przez szereg tygodni pracowaliśmy z nimi nad realizacją dwóch opowieści w formie teatru ilustracji. Jedna to była perska baśń "Leń i szczęście. Druga zaś to ich własna opowieść o sobie, swojej świetlicy. Ale postanowiliśmy też przedstawić im podczas tych zajęć także interesujące baśnie - dłuższe lub krótsze - z różnych stron świata. 

Na jedno z takich spotkań przygotowałem krótką baśń afrykańską "Jak Księżyc walczył ze Słońcem". Spisał ją i opublikował w swojej książce pt. "W cieniu góry Lam" o. Jarosław Różański OMI, który wiele lat przepracował na misjach w Kamerunie. I właśnie stamtąd, z północnego Kamerunu, pochodzi ta opowieść.

Baśnie afrykańskie nie są u nas tak znane, jak chińskie czy japońskie. A przecież jest to kontynent bardzo bogaty i zróźnicowany kulturowo. Dlatego właśnie postanowiłem sięgnąć właśnie do tych tradycji. Ale nim dzieciaki wysłuchały opowieści, otrzymały zadanie z... geografii - najpierw wskazać na wielkim globusie Kamerun, potem zaś na jego mapie wyszukać region Garoua, z którego pochodzi ta opowieść. 

O. Jarosława, który ją spisał, poznałem wiele, wiele lat temu - jeszcze w latach 90-tych. Pracowałem wówczas - z tym samym moim Przyjacielem, Markiem, zresztą w gazetce młodzieżowej "Bogaci Młodością". Otrzymaliśmy zaproszenie na poważną konferencje misjologiczną z okazji 25-lecia pracy polskich Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej (OMI) w Kamerunie. I oczarował mnie pasją, z jaką opowiadał o Afryce i pracy misyjnej pośród jej mieszkańców.

czwartek, 11 grudnia 2025

Na styku dwóch światów

Legendy. Nasze piękne legendy! Mam do nich, co często podkreślam, specyficzne podejście. Traktuję je trochę tak, jak dawni nasi kronikarze - jako część historii, którą trzeba opowiedzieć. W stareńkich kronikach nie ma wyraźnego oddzielenia pomiędzy "dziejami bajecznymi" a "czasami historycznymi". To, co znano jedynie z bajęd opowiadanych z pokolenia na pokolenie płynnie przechodzi tam w to, co już dobrze pamiętano i potrafiono opisać mniej lub bardziej dokładne, opierając się na świadkach wydarzeń. 

Legendy były wówczas po prostu częścią naszych dziejów ojczystych. Kiedy przestały nimi być? Może w "epoce oświecenia", kiedy ludzie zaczęli odchodzić od ślepej wiary w stronę wiedzy, zadawać pytania i szukać na nie odpowiedzi, poszukiwać argumentów i dowodów, wszystko badać... Romantyzm legend musiał ulec wobec "szkiełka i oka" ludzi nauki. Historia także stała się nauką i wyeliminowano z niej legendy. Chociaż wraz z jej rozwojem zaczęto także uwzględniać, że może i w nich być "ziarenko prawdy". Bowiem w nauce także nie wolno niczego pochopnie wykluczać.

Historia - to dla nas obecnie dziedzina wiedzy, oparta w znacznej mierze na dokumentach czy artefaktach. Oczywiście to także różne domniemania, ale jednak powinny mieć solidny "grunt" - którego (z żalem przyznaję) legendy nie mają. To maja ukochana dziedzina wiedzy - w której, że pozwolę sobie na nieco nieskromności - byłem całkiem niezły w szkole. I jest mi bliska po dziś dzień. Do legend (na)wróciłem potem...

Jesteśmy dumni z naszej historii. Tej, która jest mocno udokumentowana, pewna  - mniej lub bardziej w każdym razie, bo nie wszystko jednak wiemy absolutnie na pewno. Ale powinniśmy także znać i opowiadać nasze legendy, z których także możemy być dumni. Także i legendy nasze bowiem ukształtowały nasz naród, naszą tożsamość i dumę. Bez nich historia nasza jest jakby lekko "kulawa na jedną nogę", bo chociaż mówi nam o Mieszku I i Bolesławie Chrobrym, to... Ale skąd się wzięli Piastowie? Tego już nam nie powie! Mówi nam o tym legenda, a więc należy ją wpleść w Historię!

Naprawdę trudno się bez legendy obyć! Od legendy można też płynnie przejść go historii; z pomocą legend opowiedzieć też część dziejów ojczystych - od bajędy przejść do gawędy. I tak to jest z częścią mojej twórczości i spotkaniami, występami. Przemieszczam się często gdzieś pomiędzy światami - fantastycznym a realnym. Nawet w przypadku baśni muszą być one zazwyczaj mocno zakorzenione w naszej tradycji, a tradycja jak najbardziej da się ująć w sposób naukowy - historycznie i etnograficznie. Tam, na "zetknięciu" tych dwóch światów jest dla mnie najciekawiej. To moje... ulubione miejsce i żyję właśnie tak, dokładnie "na styku dwóch światów".

Aktualnie próbuję zacząć coś zupełnie nowego w mojej "bajarskiej karierze". Jest jeszcze zbyt wcześnie, by zdradzać, co to będzie - rozmowy w tej sprawie ledwie się zaczęły. Jednak będzie to poważny projekt medialny na tym właśnie moim ulubionym miejscu, w którym "stykają się dwa światy", w którym często legenda wiąże się z historią i można opowiedzieć po części jedno i drugie. Oczywiście będą to opowieści mi najbliższe - z mojej ukochanej "małej ojczyzny", Wielkopolski. A gdzie i jak? O tym w swoim czasie, gdy się uda. A póki co... trzymajcie za mnie kciuki!

poniedziałek, 8 grudnia 2025

Żródełko św. Wojciecha

  

Nie identyfikuję się z katolicyzmem, więc kult świętych to "nie moja bajka". Identyfikuję się za to z Gnieznem i Ziemią Gnieźnieńską, z naszą historią i tradycją. Z tą zaś wiążą się osoby katolickich błogosławionych i świętych - i w tym ujęciu są one dla mnie ważne i ciekawe. I legendy o nich, rzecz jasna, także mają dla mnie wielkie znaczenie. Historia i legendy - nie kult religijny.

Dla Gniezna najważniejszy jest oczywiście św. Wojciech, bez którego trudno je sobie wyobrazić. Nie miałoby ono takiego znaczenia, jak ma - ani w historii, ani w teraźniejszości. Gniezno było "centralnym grodem" piastowskiego państwa. Chociaż Poznań zyskał wielkie znaczenie, Chrobry zdecydował, by właśnie w Gnieźnie, nie gdzie indziej, złożyć ciało męczennika, podnieść rangę starego grodu, podkreślić jego pierwszeństwo pośród innymi. Wiedział, że mając męczennika i jego relikwie może znacznie wynieść swój ród i kraj. A także i swe "gniazdo" - Gniezno. Bez św. Wojciecha Gniezno by zapewne zupełnie straciło w końcu znaczenie - bo "środek ciężkości państwa" się pewnie znacznie przesunął na Poznań. Nie byłoby Zjazdu Gnieźnieńskiego, nie powstałaby metropolia kościelna i katedra. Być może biskupstwo w Poznaniu by "wyewoluowało" w metropolię, arcybiskupstwo polskie. Muszę uczciwie przyznać, że bez św. Wojciecha Gniezno by było zapewne... mieścinką bez znaczenia, zapomnianą piastowską "stolicą".

Gniezno ma wielki skarb historii i tradycji, także legend. Ma też znaczny wpływ na cały region. Także mieszkańcy okolicznych miasteczek sięgali do tego skarbca, próbując coś dla siebie uszczknąć z tego dziedzictwa. W wielu przypadkach chodziło zwykle o dumę: "patrzcie, my mamy równie stary rodowód!" czy "nasze miejsce też ma wielkie znaczenie!" Jako Gnieźnianina trochę mnie bawią niektóre regionalne legendy o Lechu - jak te z Poznania, Pobiedzisk czy Wrześni (chociaż bardzo je lubię i mam ich własne wersje!) -  czy fakt, że Kruszwica "pożyczyła" sobie Popiela i Piasta. Uśmiecham się także czytając lub słysząc różne opowiastki o św. Wojciechu, jego bytności tam czy siam, i czynach - często cudach...

Ten św. Wojciech - wszak "Patron Polski" - był tak pożądany, że... Gdyby wierzyć we wszystkie legendy czy wzmianki najdrobniejsze o tym, gdzie to niby był i co czynił, to ów nieborak by musiał w Polsce całe życie spędzić, i to dożywając bardzo później starości! Jako Gnieźnianin mogę być dumny, że jesteśmy jedynymi, których "miejsce na ziemi" ma pewne i oczywiste powiązania ze św. Wojciechem i nie musimy niczego zmyślać! Właściwie... nie przypominam sobie żadnej legendy o obecności św. Wojciecha w Gnieźnie a tylko te związane z jego zwłokami i kultem. W gruncie rzeczy... schlebia mi - jako Gnieźnianinowi "od grobu św. Wojciecha" ;) - że ten św. Wojciech jest był tak pożądany. I całkiem miło mi czytać różne legendy, bajędy i gawędy o nim. Takie, jakie ma na przykład Trzemeszno.

sobota, 6 grudnia 2025

Rozterki bajarza

Uwielbiam czytać baśnie i legendy - zwłaszcza te najstarsze czy najgłębiej sięgające w naszą przeszłość. I uwielbiam się nimi inspirować czy przetwarzać je po swojemu. Niekiedy dorabiam do nich bardzo wiele. Zasadniczo jednak staram się, by w pewnych "ogólnych ramach" ta moja wersja pasowała z oryginałem. Tymczasem... 

Od dłuższego czasu pochylam się nad legendą opisującą - zupełnie zmyślone, zaznaczam - zdarzenia z XI wieku z pewnego znanego grodu kujawskiego. Popuściłem mocno "wodze fantazji" i wszystko mi szło znakomicie, a tu nagle... BUM! ...odkryłem, że zupełnie się rozjechałem z oryginałem. No i w tym momencie... przestało mi iść. Czas mija, a ja się martwię i zastanawiam: no i jak to teraz pospinać? 😱

Rozmawiałem ostatnio z kolegą - bajarzem z Poznania, dość znanym i dużo bardziej doświadczonym. Radził, by... się nie przejmować i pisać po swojemu. Póki co jednak "wiszę" gdzieś między tradycją i tradycyjnym przekazem tej opowieści a własną bujną wyobraźnią. 😆 

piątek, 5 grudnia 2025

Bajarskie... inwestycje ;)

"Baśniowisko" to nie tylko opowieści, którymi się pragnę dzielić; książki, które kupuję czy pragnę pokazać; występy - w miarę możliwości; spotkania, które chcę opisać... To nie tylko ten blog! To projekt, który próbuję realizować. To także  szukanie funduszy na to wariactwo. To także inwestycje. Nie tylko w książki potrzebne lub korzystne warsztatowo, czy będące po prostu spełnianiem bajarskich marzeń (co i tak, gdy czytam i ubogacam siebie, przekłada się także na warsztat, na moją własną fantazję i pracę!). Inwestuję także w oprawę dla swych artystycznych zamierzeń, planów.

Jako raczej ubogi bajarz, ;) inwestuję ostrożnie i skromnie. Raczej niskobudżetowo, rozważając każdy wydatek. Mając już jakiś skromny budżet na realizację projektu "Koronacja Chrobrego" i nadzieję jego realizacji, gromadzę powoli także i odpowiednią do tejopowieści oprawę. I, rzecz jasna, nie tylko do tej jednej konkretnej opowieści, lecz do bajania w ogóle. Zakupione zostało tło i stelaż do niego. Muszę podkreślić, że "w naturze" wygląda znacznie lepiej, niż na poniższym zdjęciu. ;)

Stare drzewo... Nie wiem jakie to drzewo, nie znam się. Zresztą może nie z żadnego konkretnego gatunku a po prostu z wyobraźni twórcy, lub... AI? Niech to jednak będzie umownie dąb. ;) W każdym razie stare, ogromne drzewo zdaje mi się najlepszym tłem do snucia opowieści o dawnych, piastowskich czasach. Pod tym właśnie drzewem pragnę opowiadać o koronacji, a także inne nasze słowiańskie bajędy i gawędy.

W planie - raczej bliższym, niż dalszym - jest też odpowiednie (mam taką nadzieję) oświetlenie. Przydałby się też z pewnością solidny stolik pod nasz mały teatrzyk - bo to, co mamy, to jedna wielka prowizorka! Powoli. Kroczek po kroczku. Ale mam nadzieję, że wszystko to będzie. I że będzie ta nowa, wymarzona - bardzo dla mnie ważna - opowieść o koronie. I... jeszcze parę inwestycji w tą oprawę do bajęd, w inne jeszcze tła i efekty. 

A jeśli ktoś zechce mnie w tym wspomóc, to... 👉👉👉

Będę ogromnie wdzięczny! I obiecuję każdy grosz jak najlepiej wykorzystać i zrobić z tego jak najwięcej dobrego dla innych.

wtorek, 2 grudnia 2025

"Cudowne źródelko" - czyli o niezwykłych i pięknych opowieściach z Ziemi Trzemeszeńskiej

Trochę mi wstyd... Bo to głupio się przyznawać do "prokrastynacji". Tym wielce mądrym terminem uczeni tłumaczą zwykłe: "aaaa... zrobię to jutro! No zrobię, zrobię... Przecież mówię, że zrobię, więc zrobię. Spokojna głowa. Ale nie dziś!" Z tego zaś nieraz robi się "do świętego nigdy". ;) Też tak macie? Każdy z nas chociaż czasem i z czymś tak "prokrastynuje". No, ale ja z baśniami i legendami? Cóż, czasem też... Nawet przy ukochanej tematyce to cholerstwo potrafi dopaść. Tylko, że my, twórcy, mamy na to znacznie bardziej "artystyczne" usprawiedliwienie: "No, jakoś tak nie mam natchnienia!" ;)

----------

Pewnego wrześniowego dnia zagadnął mnie Łukasz z Szamotuł - mój przyjaciel i "brat w bajarstwie", ;) a przede wszystkim mistrz tej sztuki. Jego słowa bardzo mnie zaskoczyły: "Marcin, a wiesz, że właśnie ukazały się legendy trzemeszeńskie?" No nie, nie wiedziałem! Gniezno od Trzemeszna dzieli jakieś 10 ledwie kilometrów, Szamotuły zaś pewnie z 90 - jednak on wiedział, ja zaś nie. No cóż, przepływ informacji a odległość to w naszych czasach dwie inne sprawy - i czasem ktoś, będący choćby na drugim końcu świata, może się o czymś dowiedzieć szybciej, niż sąsiad. ;) A ucieszyła mnie ta wiadomość niezmiernie, bo kocham opowieści i kocham moją "małą ojczyznę", Ziemię Gnieźnieńską - i wszystko dobre, co jej dotyczy, raduje moje serce. I z tą radością pojechałem do Trzemeszna na prezentację i promocję książki, co dawno tutaj opisałem w tekście pt. "Małe Trzemeszno też ma swoje legendy"...


...a potem wziąłem się szybciutko za czytanie, odsunąwszy wszelkie inne lektury. Książka ta towarzyszyła mi - jak widać - podczas moich małych, wczesnojesiennych wakacji nad morzem. I równie szybciutko mi to czytanie poszło. Tego już - aż dotąd - niestety nie opisałem, prokrastynując. ;)

Ta książka z pewnością zaskakuje. Przede wszystkim tym, jak wiele opowieści wiąże się z tym niewielkim miasteczkiem i miejscami "tuż za miedzą". Mnie samemu Trzemeszno kojarzyło się jedynie z legendą o bytności św. Wojciecha, założenia przezeń klasztoru benedyktyńskiego i przechowywaniu tam jego ciała od chwili wykupienia i sprowadzenia go przez Bolesława Chrobrego (zapewne niezwłocznie, już w 997 roku) do uroczystego wprowadzenia go do Gniezna (20 października 999 roku). Długo uważano to za historyczne, i dlatego np. w herbie Trzemeszna się ów święty znajduje, ale obecnie wiemy, że to tylko legenda - a precyzyjniej średniowieczne fałszerstwo - stworzona dla zbudowania prestiżu miasta i klasztoru, przyciągnięcia pątników i... ich kies. ;)  Jednak musiała się przecie także w tej książeczce znaleźć, bo - jakby nie było - Trzemeszno jest na niej mocno "zbudowane". 

Ale co ponad to? No, ilość bajęd tam zawartych mnie zaskoczyła, bo można się ich tam doliczyć aż szesnastu! W dużej części zaczerpnięte są one od Ottona Knoopa - pruskiego nauczyciela i etnografa - amatora, którego prace... przecież znam! Jakże więc mogłem zapomnieć, że spisał też to i owo z Trzemeszna i okolic? Ano... nie mam pojęcia! Być może się zwyczajnie... starzeję i pamięć mi już nie służy? Jego zapiski z terenów ówczesnego Wielkiego Księstwa Poznańskiego - niestety, nigdy nie opublikowane w komplecie po polsku, nad czym już także jakiś czas temu narzekałem - to skarbnica wiedzy i dobra podstawa do dalszej pracy literackiej. Problem z tego typu źródłami jest jednak taki, że są one... bardzo skąpe i ogólne. Zarówno Knoop, jak i podobni jemu zbieracze, nie "zgłębiali tematu", nie byli badaczami ani literatami; nie zależało im też na dokładności, ale raczej na ilości i różnorodności. Przez co zachowali dla nas jedynie strzępki oryginalnych przekazów - wiele treści zostało utraconych. Ale ma to i... dobrą stronę, bo otwiera drogę własnej wyobraźni. 

 
I tak, z takich różnych "strzępków" - i od Knoopa, i skądinąd - i własnej fantazji autorka tekstu, pani Jolanta Sroczyńska - Pietz,  "pozszywała" całkiem ciekawe bajędy, Pięknie zaś je zilustrował pan Marceli Konieczny. Razem stworzyli DZIEŁO, jakiego Trzemesznu może pozazdrościć nie tylko większość miasteczek jemu podobnych, ale nawet o wiele większych miast. W tym także...
 

O teatrze ilustracji - kamishibai

Zajmuję się głównie teatrem ilustracji. Ta forma sztuki bajarskiej wywodzi się aż z dalekiej Japonii i po japońsku nazywa się "kamishib...