wtorek, 2 grudnia 2025

"Cudowne źródelko" - czyli o niezwykłych i pięknych opowieściach z Ziemi Trzemeszeńskiej

Trochę mi wstyd... Bo to głupio się przyznawać do "prokrastynacji". Tym wielce mądrym terminem uczeni tłumaczą zwykłe: "aaaa... zrobię to jutro! No zrobię, zrobię... Przecież mówię, że zrobię, więc zrobię. Spokojna głowa. Ale nie dziś!" Z tego zaś nieraz robi się "do świętego nigdy". ;) Też tak macie? Każdy z nas chociaż czasem i z czymś tak "prokrastynuje". No, ale ja z baśniami i legendami? Cóż, czasem też... Nawet przy ukochanej tematyce to cholerstwo potrafi dopaść. Tylko, że my, twórcy, mamy na to znacznie bardziej "artystyczne" usprawiedliwienie: "No, jakoś tak nie mam natchnienia!" ;)

----------

Pewnego wrześniowego dnia zagadnął mnie Łukasz z Szamotuł - mój przyjaciel i "brat w bajarstwie", ;) a przede wszystkim mistrz tej sztuki. Jego słowa bardzo mnie zaskoczyły: "Marcin, a wiesz, że właśnie ukazały się legendy trzemeszeńskie?" No nie, nie wiedziałem! Gniezno od Trzemeszna dzieli jakieś 10 ledwie kilometrów, Szamotuły zaś pewnie z 90 - jednak on wiedział, ja zaś nie. No cóż, przepływ informacji a odległość to w naszych czasach dwie inne sprawy - i czasem ktoś, będący choćby na drugim końcu świata, może się o czymś dowiedzieć szybciej, niż sąsiad. ;) A ucieszyła mnie ta wiadomość niezmiernie, bo kocham opowieści i kocham moją "małą ojczyznę", Ziemię Gnieźnieńską - i wszystko dobre, co jej dotyczy, raduje moje serce. I z tą radością pojechałem do Trzemeszna na prezentację i promocję książki, co dawno tutaj opisałem w tekście pt. "Małe Trzemeszno też ma swoje legendy"...


...a potem wziąłem się szybciutko za czytanie, odsunąwszy wszelkie inne lektury. Książka ta towarzyszyła mi - jak widać - podczas moich małych, wczesnojesiennych wakacji nad morzem. I równie szybciutko mi to czytanie poszło. Tego już - aż dotąd - niestety nie opisałem, prokrastynując. ;)

Ta książka z pewnością zaskakuje. Przede wszystkim tym, jak wiele opowieści wiąże się z tym niewielkim miasteczkiem i miejscami "tuż za miedzą". Mnie samemu Trzemeszno kojarzyło się jedynie z legendą o bytności św. Wojciecha, założenia przezeń klasztoru benedyktyńskiego i przechowywaniu tam jego ciała od chwili wykupienia i sprowadzenia go przez Bolesława Chrobrego (zapewne niezwłocznie, już w 997 roku) do uroczystego wprowadzenia go do Gniezna (20 października 999 roku). Długo uważano to za historyczne, i dlatego np. w herbie Trzemeszna się ów święty znajduje, ale obecnie wiemy, że to tylko legenda - a precyzyjniej średniowieczne fałszerstwo - stworzona dla zbudowania prestiżu miasta i klasztoru, przyciągnięcia pątników i... ich kies. ;)  Jednak musiała się przecie także w tej książeczce znaleźć, bo - jakby nie było - Trzemeszno jest na niej mocno "zbudowane". 

Ale co ponad to? No, ilość bajęd tam zawartych mnie zaskoczyła, bo można się ich tam doliczyć aż szesnastu! W dużej części zaczerpnięte są one od Ottona Knoopa - pruskiego nauczyciela i etnografa - amatora, którego prace... przecież znam! Jakże więc mogłem zapomnieć, że spisał też to i owo z Trzemeszna i okolic? Ano... nie mam pojęcia! Być może się zwyczajnie... starzeję i pamięć mi już nie służy? Jego zapiski z terenów ówczesnego Wielkiego Księstwa Poznańskiego - niestety, nigdy nie opublikowane w komplecie po polsku, nad czym już także jakiś czas temu narzekałem - to skarbnica wiedzy i dobra podstawa do dalszej pracy literackiej. Problem z tego typu źródłami jest jednak taki, że są one... bardzo skąpe i ogólne. Zarówno Knoop, jak i podobni jemu zbieracze, nie "zgłębiali tematu", nie byli badaczami ani literatami; nie zależało im też na dokładności, ale raczej na ilości i różnorodności. Przez co zachowali dla nas jedynie strzępki oryginalnych przekazów - wiele treści zostało utraconych. Ale ma to i... dobrą stronę, bo otwiera drogę własnej wyobraźni. 

 
I tak, z takich różnych "strzępków" - i od Knoopa, i skądinąd - i własnej fantazji autorka tekstu, pani Jolanta Sroczyńska - Pietz,  "pozszywała" całkiem ciekawe bajędy, Pięknie zaś je zilustrował pan Marceli Konieczny. Razem stworzyli DZIEŁO, jakiego Trzemesznu może pozazdrościć nie tylko większość miasteczek jemu podobnych, ale nawet o wiele większych miast. W tym także...
 
...Gniezno! Moje miasto, które mając przecie wspaniałe legendy, nie potrafi jakoś się zdobyć na ich należyte zebranie, opracowanie literackie, plastyczne i wydanie. Ma tylko - o ile jeszcze, bo dawno nie sprawdzałem - postarzały już, i strasznie skromny pod każdym względem, zbiorek pani Danuty Szulczewskiej, wznawiany po raz ostatni w 2008 roku. Smuteczek! :( Może więc tylko - póki co przynajmniej - zazdrościć Trzemesznu, i... oby pozazdrościło i samo zapragnęło pięknych i dobrze wydanych własnych bajęd! No, we mnie osobiście ta książka także wywołała zazdrość - taką pozytywną zazdrość, która niesie myśl: no, weź się, chłopie do roboty, bo przecież jest tyle do opowiedzenia! ;) Ostatecznie w Trzemesznie także książka ukazała się jako "inicjatywa oddolna" autorów, którą jednak zainteresowali się finalnie przedstawiciele Urzędu Miasta i Gminy. 
 
 
Taka książka, jak ta, ma wielorakie walory. Artystyczne - piękno samych opowieści i ilustracji - to jedno, ale są i inne Z jednej strony jest "skarbczykiem" lokalnej kultury i tradycji - ona powstała głównie z myślą o mieszkańcach. Mogą oni przypomnieć sobie opowieści może niegdyś już zasłyszane, albo... poznać je, zagłębić się w bogactwo kulturowe swego miasta i okolic. Z drugiej zaś jest świetnym narzędziem promocji miasta i okolic! Trzemeszno nie przyciąga raczej wielu turystów, chociaż ma ciekawą historię (nawet pomijając bajki o św. Wojciechu!) i przepiękną bazylikę, zwaną przez miejscowych "katedrą" - co bierze się stąd, że było to znaczące opactwo augustiańskie, a ranga opata była niemal taka, jak biskupa. Książka ta na pewno może służyć jako zaproszenie i zachęta. A tym, którzy tu trafią pomóc "zagłębić się" w miasto w inny jeszcze sposób, niż przez zachwyt nad jego "perełką" czy przystanięcie przed dawnym "alumnatem". Autorzy dali swemu miastu naprawdę piękny i zacny dar! I mam nadzieję, że Trzemeszno to dziełko potrafi dobrze wykorzystać.

Wróćmy jednak może do jej treści. Jak już wspomniałem, opowieści w niej jest zawartych szesnaście i dotyczą nie tylko samego miasta, ale też kilku kilometrów wokół - z Kruchowa, Niewolna, Wymysłowa, Ostrowitego, Trzemżala, Miławy, Popielewa i Lubinia. Ten zakres terytorialny pięknie ukazał pan Marceli na artystycznej mapce stanowiącej "wklejkę" okładki książki. 
 
 
Właściwie należałoby się może spodziewać, że wszystko zacznie się od św. Wojciecha. Ale nie. Nie. Bo i Polska przecież nie zaczęła się ani od św. Wojciecha, ani też od "chrztu" w roku (domniemanym) 966. Ja zawsze podkreślam, że nie pojawiliśmy się ani "nagle", ani "znikąd", i że nie byliśmy wcześniej "w niebycie", nie byliśmy ani kulturową, ani cywilizacyjną, ani duchową "pustynią", jak to nam się wmawia czy sugeruje. Tylko ulegliśmy kulturowym i religijnym przemianom i pojawiło się - wraz z duchowieństwem katolickim - pismo, dzięki czemu mogliśmy "zaistnieć na kartach historii". Ok, znów zaczynam "odpływać" na bok. Ale... cieszę się, że jest o tym w legendach, i że także w tej książce pewien porządek i tożsamość przedchrześcijańska są także zachowane. Bo... zaczyna się ona od "pogaństwa" (jak to nazwali duchowni katoliccy) czy też "wiary rodzimej" (jak to woli nazywać wielu obecnie do niej nawiązujących). 
 
Jest więc opowieść o kącinie - świątyni "pogańskiej", jaka niegdyś, jeszcze w czasach Mieszka i (domniemanych w sumie tylko) prześladowań '"starej wiary" miała istnieć w tej okolicy. Jest to w sumie jak najbardziej możliwe. Legenda przytoczona przez autorkę mówi o świątyni, która zapadła się pod ziemię, a w jej miejscu pozostało niewielkie jeziorko, zwane "Piekiełkiem". Lubień zaś miał być rzekomo "grodem Pieruna" (Peruna). Wątek pogański i pojawiającego się chrześcijaństwa można by... jeszcze pociągnąć. Gdy tak się teraz nad tą książką i źródłami pochylam, to... brakuje mi w tym zbiorku legendy o wyspie na jeziorze Popielewskim, na której mieli ukrywać się wcale nie poganie przed wprowadzanym (rzekomo!) "ogniem i mieczem" chrześcijaństwem, ale akurat odwrotnie. Wspomina tą legendę Otto Knoop. Ostatecznie jednak... nie chodzi przecież o to, by opowiedzieć od razu wszystko. To w sumie dobrze, że coś zostaje jeszcze... dla innych. ;)
 
 
Trzy kolejne opowieści wiążą się już z osobą św. Wojciecha. To przede wszystkim legenda o cudownym źródełku, pobłogosławionym przez Wojciecha, które jednak utraciło nagle swą moc, gdy... Sza! Powiem tylko, że ma ta opowieść swój urok, chociaż sam motyw jest "oklepany niemożebnie" i z samej Wielkopolski jest pewnie co najmniej kilkanaście podobnych legend. Bardzo podobna legenda - i też związana z osobą św. Wojciecha, wiąże się z ogromnym głazem narzutowym w okolicach Mieściska. Także i w innych regionach kraju podobnych bajęd jest "na pęczki". Natomiast na pewno dla Trzemesznian ta ich może być szczególna, bo jest przecie... ich własna. Rzecz jasna zupełnie niepowtarzalna jest natomiast wzmianka o przechowywaniu szczątków św. Wojciecha przed ich przeniesieniem do Gniezna - zawarta w ogólnej o nim i jego misji opowieści. 
 
Natomiast zaskoczyła mnie opowieść o "czarze Agaty", bowiem... nie jest to ani legenda, ani bajęda oparta na tradycji. To w gruncie rzeczy opowieść o przedmiocie, który tradycja wiąże z osobą Patrona Polski - o agatowym kubku, który wedle tradycji miał być jego własnością, służyć jako mszalny kielich. Istnieje on naprawdę - i chociaż zapewne Wojciech ani go w życiu nie widział, a tradycja wiążąca go z nim pojawiła się dopiero w XVII wieku - i jest )o ile wiem) formalnie własnością bazyliki, a znajduje się w skarbcu katedralnym w Gnieźnie jako depozyt. Opowieść o nim to takie trochę "odstępstwo" od legend - by pokazać miejscową ciekawostkę. Wprawdzie wolałbym może w tej książce po prostu same legendy i baśnie, ale... rozumiem i usprawiedliwiam. :) Sam bowiem kocham także historię, zabytki i zagadki historii - a ta czara jest i piękna, i stara i zagadkowa, bo nie wiemy, skąd i kiedy naprawdę się w Trzemesznie znalazła. W każdym razie posłużyła, jako rzekomy "dowód w sprawie" tworzeniu "trzemeszeńskiej legendy" św. Wojciecha.
 

Miasto powstało i rozwinęło się wokół klasztoru. Nie byli to - jak mówi legenda - benedyktyni, ani św. Wojciech go nie fundował. Byli to mnisi augustiańscy. Może tak naprawdę nie św. Wojciech, lecz św. Augustyn powinien być w herbie miasta? O tym, niestety, by wypromować własnego świętego założyciela, augustianie przed wiekami jakoś nie pomyśleli. Trzemeszna by zaś bez nich nie było, a i innych zasług mają niemało. Więc i legendy, jak i miasto, w sposób naturalny wokół opactwa się mniej lub bardziej oplątują. Jest więc i legenda o podpaleniu klasztoru przez zbuntowaną ludność (co miało się zdarzyć jakoby za panowania Mieszka II) i o miejscowym mnichu Warcislawie, który... chodził po wodzie. 
 
Ale nawet w takim miejscu, jak Trzemeszno, w cieniu wielkiej i pięknej (naprawdę!) trzemeszeńskiej "katedry", nie mogą być tylko same legendy "na kolanach", religijne! Jest więc i o Sulimach z Kruchowa, i o klątwie rzuconej przez pewnego rybaka na ryby z klasztornych jezior, i o żołnierzach napoleońskich, i o skrzypku Berendcie z Kujaw, co duszę diabłu zaprzedał, i o Kachnie z Ostrowitego, co zamieniła się w kamień, o problemach chłopów z samym... Diabłem Weneckim, który wprawdzie się z Trzemesznem zupełnie nie kojarzy, ale pobliska jego zamkowi Gąsawa do dóbr klasztoru trzemeszeńskiego należała i stąd i on tutaj się pojawia, o...
 
...nazewnictwie miejsc, którego źródeł dociekanie zdaje się sprawiać autorce szczególną przyjemność. Nie tylko jej zresztą, bo i dla mnie jest to w szczególny sposób interesujące, więc z jej dociekań opartych na przekazach i ja miałem sporą przyjemność podczas lektury. A sama nazwa "Trzemeszno" jest w książce wywodzona na kilka możliwych - a może i niemożliwych ;) - sposobów, z których każdy wart jest pochylenia się nad nim, choćby dla zabawy, a jeden jest całkiem wiarygodny. Jest też jeden, o którym autorka nie wspomina - chyba, że mnie coś umknęło.
 

No i... chciałem książkę zrecenzować, a poszedłem tak naprawdę daleko "w bok" od recenzji.  Spróbuję więc może chociaż na koniec wrócić z tego "boku" do recenzji. ;) 
 
Lektura mnie "wciągnęła na amen" - i myślę, że może wciągnąć każdego. Każda strona = ogromna przyjemność. Chociaż na pewno nie jest dokładnie tym, czego się spodziewałem. Zazwyczaj bowiem w legendach jest więcej "magii", autorzy kreują samą opowieść. W tej jest trochę inaczej, bardziej różnorodnie - w jednych opowieściach jest tej "magii" całkiem sporo, czy nawet dużo, w innych mniej, są pod tym względem bardziej "suche". Autorka balansuje często pomiędzy legendą czy bajędą a gawędą. I to jest właśnie co innego, niż się spodziewałem, ale... nie, absolutnie nie czuję się tym zawiedziony i tak naprawdę doskonale to rozumiem. Droga, którą sobie autorka obrała, i taka a nie inna forma opowieści, mają naprawdę głęboki sens.
 
Na pewno można było opowiedzieć wszystko znacznie bardziej "baśniowo", puścić znacznie bardziej "wodze fantazji", tworzyć opisy i dialogi - "czarować" czytelnika. Tak robi to większość tworzących podobne zbiorki. Ale w tym wypadku, wydaje mi się, chodziło autorce o co innego. Od fantastyki ważniejsza wydaje się w tych opowieściach... edukacja regionalna, której zazwyczaj w podobnych publikacjach brakuje - prowadzenie czytelnika po miejscach, opowiedzenie legend z nimi związanych, przybliżanie historii, rozbudzanie zainteresowania i miłości do "małej ojczyzny". Zrozumiałe zwłaszcza, jest ona przede wszystkim pedagogiem i historykiem. Przypominanie także tego, co niektórzy starsi może jeszcze pamiętają, ale co jest zagrożone zaginięciem - i młodym należy o tym mówić! Na wielu stronicach brakuje mi może "magii opowieści" jako takiej, ale za to jest dużo faktów i dociekań jak było lub być mogło.
 
 
Ja sam lubię "puścić wodze fantazji", ale czasem mam problem taki, że trzeba koniecznie opowiedzieć coś jeszcze. Czasem potrzebuję od "magii" zwrócić się także ku faktom czy rozważaniom. Dlatego nieraz tworzę do swych opowieści "gawędy o legendzie", w których próbuję poprowadzić bardziej "wgłąb" historii, pomóc się dokładniej przyjrzeć różnym sprawom, weryfikuję niekiedy treść samej legendy w świetle faktów. Podobnie realizując przedstawienia teatru ilustracji staram się, oprócz samej legendy / bajędy, przekazać także coś jeszcze, jakąś prawdę czy ciekawostkę. Tak... Edukacja - i "edukacyjny wymiar" opowieści - są dla mnie ogromnie ważne. Jedynie staram się to robić trochę inaczej, niż autorka tej książki, ale rozumiem i szanuję jej podejście, jej koncepcję, i naprawdę doceniam to, co i jak z tymi opowieściami zrobiła. 
 
Dzięki tej koncepcji, jaką przyjęła ja sam może nie dostałem tyle "magii", ile się spodziewałem dostać, ale dowiedziałem się więcej, niż z "typowych legend i baśni", zaciekawiło mnie wiele na zupełnie inny sposób, otrzymałem więcej do przemyślenia i może też ważne "ziarenko" do własnej pracy bajarskiej. To wszystko zaś w pięknej, "wymuskanej" oprawie - nie tylko pięknych ilustracji, ale także dobranego papieru, oprawy. Książka nie tylko dostarczyła mi przyjemnej lektury - pod każdym względem obcowanie z nią jest dużą przyjemnością. A... opowiedzieć wszystko raz jeszcze, z większą może fantazją i dozą "magii" bardziej typową dla legend i baśni, przecież zawsze można! :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O teatrze ilustracji - kamishibai

Zajmuję się głównie teatrem ilustracji. Ta forma sztuki bajarskiej wywodzi się aż z dalekiej Japonii i po japońsku nazywa się "kamishib...