Swoją pierwszą w życiu bajkę napisałem, gdy miałem kilkanaście lat. Byłem wówczas aktywny w duszpasterstwie młodzieży i archidiecezjalnym czasopiśmie młodzieżowym. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia i przygotowywaliśmy świąteczny numer gazety.
Każdy wnosił coś od siebie, a ja postanowiłem napisać bajkę - w oparciu o wzór opowieści z pewnej książeczki dla skautów, lecz w autorskiej wersji - o niedźwiedziu z polskich gór, który - widząc na niebie Gwiazdę, tę samą, która wiodła Królów czy raczej Mędrców ze wschodu - postanowił wyprawić się do dalekiego Betlejem i pokłonić Dzieciątku. Niósł mu w darze tatrzańską choinkę. Wędrował tak długo, bardzo długo - więc szedł i szedł. Wędrówka ta podzielona była na bodaj siedem etapów i wiele spotkań z innymi zwierzętami.
Nie pamiętam już szczegółów, ale za to pamiętam - aż za dobrze nawet - chwilę, gdy tą moją opowieść czytałem na redakcyjnym spotkaniu, a koledzy i koleżanki... pokładali się ze śmiechu. Tylko, że bajka wcale nie była "do śmiechu"! Niestety, ale... śmiali się z samej bajki - zwłaszcza słysząc, gdy niedźwiedź ruszał w dalszą drogę i "szedł i szedł". Pamiętam, jak robiło mi się coraz bardziej głupio i wstyd. Pamiętam też naszego księdza opiekuna, który nic nie zrobił w tej sytuacji.
Bajka została odrzucona, a ja... przez kolejne ćwierć wieku nie podjąłem ani jednej próby, by znów coś nabajać. Po co, jeśli nie umiem? Wciąż czuję ból, gdy o tym wspominam. Jestem świadomy wielu zmarnowanych lat i tego, że w tym czasie mogło powstać wiele baśni. Gdybym tylko zamiast śmiechu usłyszał wówczas choćby kilka słów zachęty, jakieś: "Wiesz co? Spróbuj może to napisać inaczej..." Tej bajki już nie ma - sam ją wyrzuciłem do śmieci, skoro "nie jest nic warta".
Minęło - jak wspomniałem - wiele, wiele lat, nim podjąłem nową próbę. Było to, gdy Przyjaciel wprowadził mnie na nowo w "świat baśni", gdy zaczęliśmy wspólnie tworzyć teatr ilustracji. I nagle się przekonałem, że mogę i umiem! Od jakiegoś czasu myślę nawet o tym, by odszukać źródło i napisać ją na nowo. No, skoro jednak umiem, to czemużby nie? Może więc...
----------
Pewnego razu napisał do mnie na Facebooku jakiś człowiek. A to za pośrednictwem naszej strony Grupy Bajarzy "WędrujeMY". Pochwalił się, że sam pisze bajki i spytał, czy mógłbym spojrzeć i ocenić. Jasne, czemu nie? Treść była długa na ledwie kilkanaście wersów i... właściwie nic w niej nie było. Myślałem, że zaraz coś dośle, ale nie - on wyraźnie uważał, że to już cała bajka, że już jest gotowy "pokazać się światu" i tylko chce spytać kogoś (mnie): czy to jest dobre? Niestety, ale nie - nie było to ani dobre, ani gotowe, ani... No nie włożył w to pewnie więcej, niż kilka czy kilkanaście minut pracy.
Miałem ochotę spytać: "WTF? Gościu! Co to w ogóle jest?" Wówczas jednak wspomniałem to swoje przeżycie sprzed wielu lat, tą swoją traumę i... napisałem zupełnie inną odpowiedź. Było to coś w stylu: "Wiesz, to jest całkiem fajny wstęp do bajki. Podoba mi się ten wymyślony przez ciebie krasnal. I co było dalej? Spróbuj pociągnąć tą opowieść dalej..." Niestety, nie wiem czy spróbował, czy się jednak nie zniechęcił, bo już nie odpisał. Wiem jednak, że ja zrobiłem, co mogłem, co i jak potrafiłem, by go nie złamać. To było naprawdę do niczego - jeśli to miała być niby "cała bajka" - ale przecież nie mogłem mu tego napisać! Bo ludzi trzeba zachęcać, nie zniechęcać; budować, nie burzyć!
Mam takie skojarzenie z... Biblią. Prorok Izajasz zapowiadał przyjście Sługi, który "...nie złamie trzciny nadłamanej, nie zgasi knotka o wątłym płomyku" (Izajasza 42, 3). Myślę, że i my powinniśmy postępować tak samo. To, co mi przysłał wówczas ten obcy mężczyzna, - może bardzo młody, może... niepełnosprawny intelektualnie? Któż wie? - było takim "knotkiem o nikłym płomyku", którego nie chciałem zgasić... tak, jak mój niegdyś zgaszono.



