piątek, 31 października 2025

"Knotek o wątłym płomyku"

Swoją pierwszą w życiu bajkę napisałem, gdy miałem kilkanaście lat. Byłem wówczas aktywny w duszpasterstwie młodzieży i archidiecezjalnym czasopiśmie młodzieżowym. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia i przygotowywaliśmy świąteczny numer gazety.

Każdy wnosił coś od siebie, a ja postanowiłem napisać bajkę - w oparciu o wzór opowieści z pewnej książeczki dla skautów, lecz w autorskiej wersji - o niedźwiedziu z polskich gór, który - widząc na niebie Gwiazdę, tę samą, która wiodła Królów czy raczej Mędrców ze wschodu - postanowił wyprawić się do dalekiego Betlejem i pokłonić Dzieciątku. Niósł mu w darze tatrzańską choinkę. Wędrował tak długo, bardzo długo - więc szedł i szedł. Wędrówka ta podzielona była na bodaj siedem etapów i wiele spotkań z innymi zwierzętami. 

Nie pamiętam już szczegółów, ale za to pamiętam - aż za dobrze nawet - chwilę, gdy tą moją opowieść czytałem na redakcyjnym spotkaniu, a koledzy i koleżanki... pokładali się ze śmiechu. Tylko, że bajka wcale nie była "do śmiechu"! Niestety, ale... śmiali się z samej bajki - zwłaszcza słysząc, gdy niedźwiedź ruszał w dalszą drogę i "szedł i szedł". Pamiętam, jak robiło mi się coraz bardziej głupio i wstyd. Pamiętam też naszego księdza opiekuna, który nic nie zrobił w tej sytuacji. 

Bajka została odrzucona, a ja... przez kolejne ćwierć wieku nie podjąłem ani jednej próby, by znów coś nabajać. Po co, jeśli nie umiem? Wciąż czuję ból, gdy o tym wspominam. Jestem świadomy wielu zmarnowanych lat i tego, że w tym czasie mogło powstać wiele baśni. Gdybym tylko zamiast śmiechu usłyszał wówczas choćby kilka słów zachęty, jakieś: "Wiesz co? Spróbuj może to napisać inaczej..." Tej bajki już nie ma - sam ją wyrzuciłem do śmieci, skoro "nie jest nic warta". 

Minęło - jak wspomniałem - wiele, wiele lat, nim podjąłem nową próbę. Było to, gdy Przyjaciel wprowadził mnie na nowo w "świat baśni", gdy zaczęliśmy wspólnie tworzyć teatr ilustracji. I nagle się przekonałem, że mogę i umiem! Od jakiegoś czasu myślę nawet o tym, by odszukać źródło i napisać ją na nowo. No, skoro jednak umiem, to czemużby nie? Może więc...

----------

Pewnego razu napisał do mnie na Facebooku jakiś człowiek. A to za pośrednictwem naszej strony Grupy Bajarzy "WędrujeMY". Pochwalił się, że sam pisze bajki i spytał, czy mógłbym spojrzeć i ocenić. Jasne, czemu nie? Treść była długa na ledwie kilkanaście wersów i... właściwie nic w niej nie było. Myślałem, że zaraz coś dośle, ale nie - on wyraźnie uważał, że to już cała bajka, że już jest gotowy "pokazać się światu" i tylko chce spytać kogoś (mnie): czy to jest dobre? Niestety, ale nie - nie było to ani dobre, ani gotowe, ani... No nie włożył w to pewnie więcej, niż kilka czy kilkanaście minut pracy. 

Miałem ochotę spytać: "WTF? Gościu! Co to w ogóle jest?" Wówczas jednak wspomniałem to swoje przeżycie sprzed wielu lat, tą swoją traumę i... napisałem zupełnie inną odpowiedź. Było to coś w stylu: "Wiesz, to jest całkiem fajny wstęp do bajki. Podoba mi się ten wymyślony przez ciebie krasnal. I co było dalej? Spróbuj pociągnąć tą opowieść dalej..." Niestety, nie wiem czy spróbował, czy się jednak nie zniechęcił, bo już nie odpisał. Wiem jednak, że ja zrobiłem, co mogłem, co i jak potrafiłem, by go nie złamać. To było naprawdę do niczego - jeśli to miała być niby "cała bajka" - ale przecież nie mogłem mu tego napisać! Bo ludzi trzeba zachęcać, nie zniechęcać; budować, nie burzyć!

Mam takie skojarzenie z... Biblią. Prorok Izajasz zapowiadał przyjście Sługi, który "...nie złamie trzciny nadłamanej, nie zgasi knotka o wątłym płomyku" (Izajasza 42, 3). Myślę, że i my powinniśmy postępować tak samo. To, co mi przysłał wówczas ten obcy mężczyzna, - może bardzo młody, może... niepełnosprawny intelektualnie? Któż wie? - było takim "knotkiem o nikłym płomyku", którego nie chciałem zgasić... tak, jak mój niegdyś zgaszono.

czwartek, 30 października 2025

"Na Skrzydłach Słów" - Szamotuły 2025

Każda wyprawa do Szamotuł jest dla mnie szczególna. Bo z Szamotuł pochodził Marek, mój Przyjaciel. Bo dzięki Markowi poznałem Łukasza - także z Szamotuł. Bo Szamotuły są "matecznikiem" naszej Grupy Bajarzy "WędrujeMY" - wszystko się tam zaczęło od Marka i Łukasza właśnie. Bo Szamotuły mają ciekawą historię i zamek z basztą Czarnej Halszki. Bo Ziemia Szamotulska jest bogata w tradycje, w tym też baśnie i legendy. Bo w Szamotułach jest grób Marka. Bo.... Jest naprawdę wiele powodów, bym rad odwiedzał to miasto. W roku ubiegłym przybył kolejny doskonały powód ku temu - Szamotulskie Spotkania z Opowiadaczami "Na Skrzydłach Słów".

W pierwszym tym przeglądzie miałem okazję uczestniczyć jako opowiadacz - prezentując autorską baśń w formie teatru ilustracji. Tym razem zaś wybrałem się jako widz - rad posłuchać innych i... zwyczajnie spotkać się, bo... Wojciech Bellon, twórca Wolnej Grupy "Bukowina", że śpiewanie jest "funkcją wspólnego bytowania." No, więc my dokładnie tak samo mamy z bajaniem, opowiadaniem niezwykłych historii

 
Spotkanie. Od tego przecież wszystko się zaczyna - od spotkania tego, który opowiada i tych, którzy pragną opowieści posłuchać. Wszystko opiera się na tym właśnie, na wspólnym czasie. To, co innego, niż film w kinie, nawet niż spektakl teatralny - chociaż jest w tym i sporo teatru, rzecz jasna... To wspólna wyprawa w głąb opowieści. W dobrych okolicznościach... bajarz "łapie flow" i "płyniemy" na fali baśni, wciągając w to i publiczność, niekiedy angażując też bezpośrednio - wciągając, zwłaszcza dzieci, w wir opowieści. Wówczas "zaczyna się magia". Dla widzów jest to spotkanie z opowiadaczami, ale dla nas jest to także spotkanie opowiadaczy - bo lubimy słuchać się nawzajem i równie cenimy sobie to, co się dzieje poza "sceną", gdzie możemy tak zwyczajnie pobyć razem, porozmawiać, poznać nowe osoby, czasem odnowić znajomości już niegdyś zawarte, podtrzymywać więzi, wymienić myśli o sztuce... 

Jak już wspomniałem, tym razem nie bajałem, ale... i tak pozwoliłem sobie "na rympał" już na wstępie wtargnąć na "bajarskie zaplecze", ani się pytając o zgodę, bo... No właśnie - aby było to naprawdę spotkanie!  Abo było i z kim się spotkać, bo grono było doprawdy przezacne, chociaż nie wszyscy, niestety, dotarli. Pierwszą osobą, na którą wpadłem był... Nie, wcale nie "był" - chociaż spodziewałem się, że będzie to Lukasz. Pierwszą osobą BYŁA!... Ela Stanilewicz aż z dalekiego Gdańska, połowa grupy "Łowcy Słów". Za chwilę do pokoju wleciała Groszek. No właśnie - "wleciała", a nie "wleciał", gdyż chociaż "groszek" jako taki jest rodzaju męskiego, to jednak ten "Groszek" jest rodzaju żeńskiego. Groszek to córka Eli i druga połówka "Łowców Słów".

niedziela, 5 października 2025

Jastarnia - niespełnione (jeszcze?) bajarskie marzenie

Gdy pisałem "Zielonego Duszka", miałem pewne plany czy marzenia z tym związane. Marzyła mi się "bajarska ofensywa" na Półwysep Helski. Od początku tworzyłem tą baśń pod kontem teatru ilustracji (kamishibai). Zwróciłem się także z pomysłem i ofertą do UMiG Jastarnia. Marzeniem była realizacja tej opowieści, ale także może innych. I występy - żeby przyjechać wraz z kolegą, Markiem, na dłuższy czas - abyśmy tylko mieli zapewnione skromne warunki bytowania - i występy na ulicach... Nie tylko samej Jastarni, ale także Juraty czy Kuźnicy - bo one razem z Jastarnią stanowią jedno miasto, zwane niekiedy "Helskim Trójmiastem". Była chęć nie tylko tworzyć i występować, lecz także uczyć miejscowe dzieciaki pracy z teatrzykiem, tworzenia opowieści i (kamishi)bajania; może też wspólnego stworzenia jakiejś jastarnickiej opowieści, pozostawienia czegoś po sobie.

No, to akurat się nie spełniło. A potem Marek niespodziewanie "przeniósł się na tamten świat" i wiele się posypało. Na dłuższy czas mi "zabrakło pary" do działania - i w przenośni, i dosłownie; bo naprawdę bardzo potrzebowaliśmy się wzajemnie, bo nie wychodziło nam działanie, a za to wychodziło nam doskonale współdziałanie. ;) Wciąż odczuwam ten brak Przyjaciela. Tak bardzo by się chciało zrobić to jednak kiedyś - razem! - no, ale... :( Ale... może kiedyś się uda choćby w pojedynkę. Zobaczymy. Jest wiele pięknych opowieści do zrealizowania nad morzem. A jest to wciąź moje marzenie, bo... naprawdę lubię "Rybaki". :)

piątek, 3 października 2025

"Zielony Duszek" - baśń z Jastarni

Wspominałem już, że prócz Wielkopolski takim moim drugim ulubionym regionem kraju są Kaszuby. Od 1990 roku spędzamy - jak tylko to możliwe - wakacje na Półwyspie Helskim, w Jastarni. Niestety, od kilku lat te nasze wakacyjne pobyty uległy "zachwianiom", ale wciąż jest to miejsce i ludzie, których kochamy. 


Kilka lat temu, gdy już "dorosłem na nowo do baśni", podczas "spaceru historycznego" po tym uroczym kurorcie, zapytałem miejscowego "cicerone", pana Ryszarda, o lokalne bajania. "Niestety, nic się nie zachowało" - odpowiedział. Na szczęście... w tym wypadku nie miał racji! Jakiś czas później bowiem z zachwytem odkryłem jastarnieńską bajkę w książce Józefa Caynowy pt. "Dobro zwycięża". Była to piękna i mądra, chociaż jednocześnie dosyć dramatyczna, baśń o Zielonym Duszku. Potem inną jej mutację znalazłem także w "Opowieściach helskich" Antoniego Piepera - ten jednak, chociaż rodowity Jastarnik, osadził ją w Helu, a sympatycznego skrzata poznajemy tam pod imieniem Błękitnego Ognika. 
 
Znalazłem też i inne ciekawe bajędy z Półwyspu. Ale ów Zielony Duszek podbił sobie moje serce bardzo mocno. Na tyle mocno, że napisałem wkrótce własną wersję tej cudownej bajki. Pierwszymi jej słuchaczami byli zaś nasi Przyjaciele, prowadzący w Jastarni pensjonat pod piękną nazwą "Dom pod Dobrym Aniołem" - chociaż tak mogłem się odwdzięczyć za cudowną gościnę. W tym roku wyprawiliśmy się po raz kolejny do Jastarni, tym razem "na powitanie jesieni". Ja zaś postanowiłem wykorzystać okazję, by zrealizować krótki filmik z tą właśnie opowieścią:


To prawda, że na filmie nie widać mnie zbyt dobrze, ale... ostatecznie nie jestem aż tak pięknym, by musowo się pokazywać. ;) A na poważnie to bardziej mi zależało na zrobieniu tej opowieści w jednym konkretnym miejscu, które bardzo lubię i było też dla mnie sporą inspiracją podczas pracy nad tą baśnią, chociaż wiedziałem, że mogę tam "nie mieć światła" - to rezerwat "Torfowe Kłyle", położony na samych obrzeżach Jastarni od strony Władysławowa. Słynie on m.in. z pięknych dębów rosnących na samym brzegu - tak, że praktycznie "przeglądają się w wodzie" Zatoki Puckiej.
 
Jeszcze o samej baśni. Uwaga! lekki "spojler", więc raczej najpierw wysłuchajcie! 

O teatrze ilustracji - kamishibai

Zajmuję się głównie teatrem ilustracji. Ta forma sztuki bajarskiej wywodzi się aż z dalekiej Japonii i po japońsku nazywa się "kamishib...