Każda wyprawa do Szamotuł jest dla mnie szczególna. Bo z Szamotuł pochodził Marek, mój Przyjaciel. Bo dzięki Markowi poznałem Łukasza - także z Szamotuł. Bo Szamotuły są "matecznikiem" naszej Grupy Bajarzy "WędrujeMY" - wszystko się tam zaczęło od Marka i Łukasza właśnie. Bo Szamotuły mają ciekawą historię i zamek z basztą Czarnej Halszki. Bo Ziemia Szamotulska jest bogata w tradycje, w tym też baśnie i legendy. Bo w Szamotułach jest grób Marka. Bo.... Jest naprawdę wiele powodów, bym rad odwiedzał to miasto. W roku ubiegłym przybył kolejny doskonały powód ku temu - Szamotulskie Spotkania z Opowiadaczami "Na Skrzydłach Słów".
W pierwszym tym przeglądzie miałem okazję uczestniczyć jako opowiadacz - prezentując autorską baśń w formie teatru ilustracji. Tym razem zaś wybrałem się jako widz - rad posłuchać innych i... zwyczajnie spotkać się, bo... Wojciech Bellon, twórca Wolnej Grupy "Bukowina", że śpiewanie jest "funkcją wspólnego bytowania." No, więc my dokładnie tak samo mamy z bajaniem, opowiadaniem niezwykłych historii.
Spotkanie. Od tego przecież wszystko się zaczyna - od spotkania tego, który opowiada i tych, którzy pragną opowieści posłuchać. Wszystko opiera się na tym właśnie, na wspólnym czasie. To, co innego, niż film w kinie, nawet niż spektakl teatralny - chociaż jest w tym i sporo teatru, rzecz jasna... To wspólna wyprawa w głąb opowieści. W dobrych okolicznościach... bajarz "łapie flow" i "płyniemy" na fali baśni, wciągając w to i publiczność, niekiedy angażując też bezpośrednio - wciągając, zwłaszcza dzieci, w wir opowieści. Wówczas "zaczyna się magia". Dla widzów jest to spotkanie z opowiadaczami, ale dla nas jest to także spotkanie opowiadaczy - bo lubimy słuchać się nawzajem i równie cenimy sobie to, co się dzieje poza "sceną", gdzie możemy tak zwyczajnie pobyć razem, porozmawiać, poznać nowe osoby, czasem odnowić znajomości już niegdyś zawarte, podtrzymywać więzi, wymienić myśli o sztuce...
Jak już wspomniałem, tym razem nie bajałem, ale... i tak pozwoliłem sobie "na rympał" już na wstępie wtargnąć na "bajarskie zaplecze", ani się pytając o zgodę, bo... No właśnie - aby było to naprawdę spotkanie! Abo było i z kim się spotkać, bo grono było doprawdy przezacne, chociaż nie wszyscy, niestety, dotarli. Pierwszą osobą, na którą wpadłem był... Nie, wcale nie "był" - chociaż spodziewałem się, że będzie to Lukasz. Pierwszą osobą BYŁA!... Ela Stanilewicz aż z dalekiego Gdańska, połowa grupy "Łowcy Słów". Za chwilę do pokoju wleciała Groszek. No właśnie - "wleciała", a nie "wleciał", gdyż chociaż "groszek" jako taki jest rodzaju męskiego, to jednak ten "Groszek" jest rodzaju żeńskiego. Groszek to córka Eli i druga połówka "Łowców Słów".
Z oboma przesympatycznymi paniami poznałem się już lata temu, podczas poznańskiej "Nocy 1001 Baśni". A ile konkretnie tych lat? Tutaj z Groszkiem mieliśmy pewną rozbieżność, kiedy to w sumie być mogło. W sumie postanowiłem nawet to sprawdzić gdzieś w swoim archiwum, ale... mniejsza o to! W sumie i tak przecież najważniejsze jest "tu i teraz", że mogliśmy się spotkać ponownie na bajaniu i mieć razem fajny czas. Ja się już od dawna cieszyłem, że znów będę miał okazję ich posłuchać na żywo. I pierwsze co, to spytałem: a będzie w języku starobaśniowym? Cóż to jest ten język starobaśniowy, to wiedzą ci, którzy mieli tą przyjemność słuchać Groszka i Eli. Ucieszyłem się, dowiedziawszy się, że i owszem, będzie. :)
Oczywiście Łukasz także się wkrótce pojawił, bo... jakże by inaczej? Bez niego ta piękna impreza, organizowana przez miejscową bibliotekę publiczną, pewnie w ogóle by nie zaistniała, jest on nieformalnym "dyrektorem artystycznym", ma bowiem szerokie kontakty w środowisku opowiadaczy. I tak dwóch cudownie zaangażowanych ludzi - dyrektor biblioteki i nasz Łukasz - przy wsparciu władz samorządowych, zrobili wspólnymi siłami cudowną imprezę, przyciągając wielu ciekawych bajarzy! Chapeau bas! Tym bardziej, że mnie także leży na sercu zarówno zachęcanie do czytelnictwa, w tym i korzystania z bibliotek, jak i pielęgnacja i rozwój kultury "na prowincji". Zaznaczam przy tym, że tego słowa "prowincja" używam nie ze wzgardą, lecz z sympatią, bo sam znacznie lepiej się czuję "na prowincji", gdzie świetnie się odnajduję, niż w dużych i znaczących miastach, gdzie nieraz czuję się zagubiony. W mniejszych miejscowościach można i warto podejmować ciekawe projekty, działania kulturalne - i przegląd "Na Skrzydłach Słów" jest na to dowodem.
Jak już wspomniałem, towarzystwo spotkało się doprawdy zacne i różnorodne jak chodzi o same opowieści i style opowiadania. Pojawiła się wśród nas - oprócz już wspomnianych - Masza Bogucka z Łodzi a także mocna ekipa z Grodu Przemysława, tudzież rogali i ratuszowych koziołków (Poznania): Vampek Król, Ewa Lewandowska, Agnieszka Rogaczewska - Foryś, Krystyna Adamczak (od ponad trzech dekad prowadząca kultową Księgarnię "Z Bajki") i Norma Weles.
Opowiadacze wypełniali bibliotekę baśniami tak naprawdę przez cały dzień. Przed południem bajano przede wszystkim dla dzieci, które przybyły całkiem sporą gromadką, by posłuchać opowieści specjalnie dobranych do ich percepcji, wrażliwości i stopnia rozwoju. Ale ich opiekunowie słuchali równie uważnie i również doskonale się bawili. Dzieci wciągnięte zostały nawet bardzo bezpośrednio w opowieść z mitologii hinduskiej, wcielając się w hinduskie bóstwa i bawiąc się tym nieźle. Wiele śmiechu było też, gdy na scence Ela i Groszek pokazywały swą "popisową" bajkę o Centaurze - właśnie tą, którą Groszek opowiada w języku starobaśniowym, a Ela tłumaczy. Warto dodać, że Groszek jest z wykształcenia filolożką i sama stworzyła język wykorzystywany w tej baśni - zgodnie z wszelkimi "zasadami języka", co czyni go bardzo wiarygodnie brzmiącym. Humor przeplatał się z mądrościami, filozofią - jak to w baśniach. Na koniec zaś Norma Weles - zupełnie spontanicznie - zrobiła dla małych słuchaczy konkurs, mający sprawdzić na ile uważnie słuchali opowieści. Młodzi Szamotulanie naprawdę "zdali celująco".
Muszę przyznać, że z odrobiną zazdrości spoglądam na innych opowiadaczy, którzy nie tylko ze swobodą snują baśnie, ale też w niesamowitym stopniu wciągają w nie dzieci. Podziwiam ten "flow", jaki w tym mają. Oczywiście ja także tego doświadczam, i także wciągam innych - ale pracując z teatrzykiem robię to jednak w inny sposób. Pewnie nie gorzej - po prostu inaczej. Ale też właśnie dlatego lubię obserwować innych, i słuchać ich bajań, i przeżywać, i chłonąć. Potem zaś wyruszyliśmy w opowiadackim gronie na spacer po Szamotułach.
Trzeba wam wiedzieć. że nasz Łukasz jest nie tylko znakomitym bajarzem, ale także równie świetnym przewodnikiem, potrafiącym ciekawie i pięknie opowiadać o swoim rodzinnym mieście. Oczywiście nie mogło i przy tym zabraknąć lokalnych podań i... No, przede wszystkim legendy o Czarnej Halszce, rzekomo uwięzionej przez męża w zamkowej baszcie - chociaż, co podkreśla Łukasz, ta legenda (a właściwie dwie jej wersje) mooocnooo się różni od historycznej prawdy. Oczywiście ja już Szamotuły znam, i szamotulskie bajędy także całkiem nieźle, ale... to także była dla mnie ogromna przyjemność, to wspólne bytowanie, wspólny czas. Także przy obiedzie - i tu serdecznie dziękuję panu Dyrektorowi biblioteki, za zaproszenie także mnie do stołu.
Pod wieczór zaś odbyła się główna część festiwalu opowieści - adresowana już do starszych (chociaż nie tylko). Spotkała się ona z naprawdę dużym zainteresowaniem. Tak dużym, że w bibliotecznej auli brakło miejsc i trzeb a było dostawiać kolejne krzesła! "Na Skrzydłach Słów" to naprawdę duże wydarzenie - na tyle, na ile pozwalają na to "biblioteczne warunki". I naprawdę Bibliotece, jej Dyrektorowi, pracownikom i... oczywiście, naszemu Łukaszowi także - wszystkim należą się brawa i gratulacje za organizację tego WYDARZENIA kulturalnego. Mam nadzieję, że odbędzie się ono i za rok, i w kolejnych latach - bo w Szamotułach jest "dobry klimat" i ogromny potencjał kulturalny i historyczny do takich działań.
Bajać można w sumie wszędzie, czy prawie wszędzie. Trudno jednak o równie dobre miejsce, jak właśnie biblioteka - to "sanktuarium słowa". Słowa pisanego, ale nim ludzie nauczyli się pisać i te słowa drukować, kulturę budowano na żywym słowie, na snutych opowieściach. A to żywe słowo, kultywowane przez opowiadaczy, jest także wspaniałą zachętą - zwłaszcza dla najmłodszych - by sięgać też po to słowo drukowane. Bajarze doskonale się czują wśród książek. Niekiedy sami - jak Łukasz - piszą... Pani Kasia, jak już wspomniałem, prowadzi księgarnię (niestety, w tym kończy działalność). Oczywiście każdy i każda z nas ma w domu mnóstwo książek - potrzebnych nam do karmienia się słowem, przetwarzania i opowiadania.
Naprawdę ogromnie potrzeba tak fantastycznych miejsc, jak szamotulska biblioteka i takich bibliotecznych wydarzeń! To nic, że wydają się one niewielkie, "niszowe", kameralne. One są naprawdę WIELKIE w zupełnie inny sposób! Dlatego mam nadzieję, że się będziemy spotykać tak w Szamotułach rok po roku, i że będzie coraz więcej i coraz ciekawiej. Bo Szamotuły i Szamotulanie są tego warci, by tam i dla nich takie rzeczy robić.
A nasze tegoroczne spotkanie zakończyliśmy "z przytupem" - i to dosłownie! Zagrała dla nas kapela "Odloty" - także z... Poznania. I słowo daję, że wiele rzeczy już w życiu widziałem, ale... potańcówkę w bibliotece to po raz pierwszy! ;) I było naprawdę cudownie. Bawiliśmy się setnie przy muzyce wiejskiej z XIX wieku, bo w niej się specjalizuje ten zespół.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz