Jestem głęboko przywiązany do naszych polskich korzeni. Nie tylko piastowskich, tak oczywistych... O Piastach wiemy przecież na pewno - bo sięga ich i nam przedstawia historia, mamy dowody ich istnienia i wiele o nich wiemy. Mieszko - był pierwszym z rodu Piastów, który zapisał się na "kartach historii", ale jego ojca, Siemomysła, oraz dziada, Lestka, uważa się za postacie pół-historyczne, a pół-legendarne. Historycy stwierdzają, że wiadomości o nich są dość wiarygodne. Ziemowita - pierwszego legendarnego księcia z tego rodu - i jego ojca, Piasta (który sam, według pierwotnych legend, księciem nigdy nie został) historycy raczej nigdy nie "wychwycą", istnienia ich rzeczywistego udowodnić bowiem, niestety, nie sposób. Pozostaje co najwyżej wiara w ich istnienie - i wierzę w nich! Bo mi wolno.
Gniezno, Lednicę, Giecz, Poznań nazywamy "Ziemią Piastowską" - i jest nią oczywiście i udowodnienie. Ale dla mnie jest ona tak samo... Ziemią Lechicką - chociaż to już tak oczywiste nie jest i udowodnić tego się w żaden sposób nie da. Ale tak samo, jak wierzę w Piasta, wierzę także w Lecha - bo tak postanowiłem, i takie moje prawo. I czuję się w pełni dziedzicem tej ziemi - i piastowskiej, i lechickiej. Dumnym dziedzicem! Choć może dla niektórych w tej wierze mojej... "deczko" naiwnym i przesadnie romantycznym. Niech i tak będzie tym, którzy lubią się kurczowo trzymać tylko tego, co mogą uznawać za pewne i udowodnione. A przecież już Piastowie mieli za swe godło Orła Białego, którego i my dumnie nosimy. A Orzeł ów wywodzi się przecie nie od Piastów, lecz od Lecha. To Lech - jak mówi piękna legenda - ujrzał go, jak wznosi się ze swego gniazda, i tam zbudował gród, "gniazdo" swego rodu i plemienia. Miejsce to zwiemy dumnie Gnieznem, od tego gniazda orła, a w jego centralnym punkcie wznosi się Góra Lecha. Gniezno - moje miasto! I jego unikalna, piękna legenda. Ale...
...legend lechickich jest w moich stronach więcej. To prawda, że tylko ta jedna jedyna, gnieźnieńska, spisana jest w starych kronikach. Jest więc jedyną w pełni "królewską" czy "koronną", jak lubię je określać. Inne z pewnością nie mogą jej się równać - zrodzone wiele wieków później - lecz są. Pewnie zrodziły się one z pragnienia wykazania równie starego i szczytnego rodowodu swych grodów; swego pełnoprawnego udziału w tym samym dziedzictwie. Może jest w tym także trochę... zazdrości wobec Gniezna i Gnieźnian? Nie, nie próbuję być złośliwy - jednak jako Gnieźnianina mnie ta myśl nieco... łechce. ;) Któż to może wiedzieć na pewno, jak się te legendy okoliczne rodziły i dlaczego; co tak naprawdę było w sercach, z których wyrosły. Trochę wywołują one u mnie uśmiech lekko kpiarski, ale tak naprawdę... kocham także i te okoliczne legendy, i zachwycam się nimi, cenię je i pielęgnuję. To przecież wspaniałe dziedzictwo kulturowe naszego regionu!
A jedną z takich własnych lechickich legend mają Pobiedziska, miasto dla większości odwiedzających Ziemię Piastowską - i Lechicką! - będące raczej "punktem na mapie" pomiędzy Gnieznem a Poznaniem, a gdzieś opodal Lednicy. A przecież mającą własną piękną i bogatą historię, i słuszne powody do dumy. Przyznam, że sam je ledwie co zaczynam odkrywać i poznawać. Zwykle, jak większość, mijając je ledwie, tym razem postanowiłem się tam wybrać i Was także tam zaprosić. Pewnie, że kryje się tam więcej ciekawych historii, ale na teraz pozostańmy jednak przy Praojcu naszym, Lechu. O nim chcę Wam pobajać.
----------
Najpierw jednak musimy się w inne miejsce przenieść, bardziej na zachód od Pobiedzisk leżące, bo tam się ta historia zaczyna - odrębną legendą.
Wiele lat już minęło, odkąd Lech ujrzał Orła Białego, i gród swój tam założył, Gniezdnem go nazwawszy. Tyleż samo, odkąd widział swych braci rodzonych, Czecha i Rusa, którzy dalej jeszcze - hen, daleko, daleko! - wyprawili się, by własnych miejsc na ziemi poszukać. Wspominał ich Lech czule i z rozrzewnieniem nieraz wracał do spędzonych wspólnie lat i wielu przeżytych przygód.
Razu pewnego wyprawił się kniaź wraz z druhami swymi na wielkie łowy. Pociągnęli, dmąc głośno w rogi, w te regiony puszczy, które się ciągnęły od grodu ich ku tej stronie, gdzie słońce każdego dnia zachodzi. To dziki z matecznika wypłoszyli, to żubry czy tury gonili. A zapędzili się tak aż do wielkiej rzeki na zachodnich rubieżach lechickiej ziemi, którą Wartą zwali - a to dlatego, że wartko swe wody toczyła. Tam też Lech spocząć postanowił, opodal wioski Stragona, po trudach długich i niebezpiecznych łowów. Nagle głos rogu posłyszeli z dala, a wkrótce i głosy liczne.
- A któż to?
- Wróg może jaki na naszą ziemię nastaje?
Na rozkaz Lecha stanęli wojowie w szyku - tarcza przy tarczy, miecz przy mieczu, włócznia przy włóczni. Książęcy łucznicy zaś nieco z tyłu, luki swe napinając. I czekali.
W dali orszak się jakowyś pojawił - wielu zbrojnych. Po cichu lechici siły obliczali. Jeden z wodzów zaś wysunął się nieco do przodu i krzyknął gromko:
- Stać! Ani kroku dalej, jeśli żyć jeszcze pragniecie!
- Kto wy jesteście i czego tu szukacie? Nasza to ziemia! - ryknął na całe gardło kniaź, że aż echo poszło po wodzie i puszczy.
Utarczka już wisiała w powietrzu. Woje jeno czekali na znak, odgłos rogu do boju ich ślący. Obcy stanęli z drugiej strony brodu.
- Nasza to rzecz! A z drogi lepiej nam zejdźcie!
Nie zdzierżyli Lechici tej bezczelności i w kierunku obcych furknęły pierwsze strzały. Lech jednak rękę uniósł i spokój swym ludziom nakazał.
- Znam ja ten głos. Znam. Hardy on i kąśliwy, ale... swój... swój!
- Czechu? To ty? I ty, Rusie? Bracia moi?!
Oni to byli zaiste. Oni!
Radzi byli bracia z tak niespodziewanego spotkania. Radowali się i ucztowali. Tłuszcz z mięsiwa, sycony miód i stróżki piwa spływały wszystkim po brodach i palcach. Opowiadali też sobie czyny swe chwalebne i sławili swe kraje.
Wyznaczył też zaraz grododzierżcę i skromną choćby najpierw załogę pod jego dowództwem zostawił.
- A was, bracia moi mili, do dworu swego, do Gniezdna zapraszam. A i to wiedźcie, że w niewolę was biorę - lecz serdeczną - i długo do dom nie puszczę!
- Stójcie! Tu sposobne miejsce na popas. Odpoczniem i posilim się.
Brać "słowa jednego" wraz z koni pozsiadała. Jęto chrust i gałęzie znosić, ognie rozpalać, chleby dzielić i mięsiwo piec, a w kubki piwa lać, by gardła wysuszone zwilżyć.
- Lasy u nas bogate. Wody dobre. Lud pracowity knieje trzebi, pola orze i obsiewa. Pszczół u nas roje liczne i barci po lasach wiele. Darzą nam Bogi nasze - chwalił się Lech przed braćmi, wąsa z dumą podkręcając. A znad ognisk coraz lepsze wonie rozchodziły się ponad łąką, aż wszystkim ślina ciekła.
- Przy ziemiach moich ludzie słowa siedzą. Serby są, niemal tą samą mową gadają, co i my - opowiadał Czech. - Z niemymi obcymi, słowa naszego nie znającymi, trudne oni życie mają, wojny toczą. I my z nimi na niemych owych chodzimy, bo jeśli bracia - sąsiedzi nasi - zginą, co nas oddzielają od wrażych, to i nasz los może być niepewny. Nasz miecz wraz z ich mieczem razem muszą się wznosić. Nasza tarcza i nas, i ich osłaniać musi. Hrad mój wysoko nad wodami wielkiej a wartkiej rzeki Wełtawy się wznosi, a od progów na niej będących, Pragą go nazwaliśmy
- My zaś w głuszy wielkiej siedzimy, w grodzie Kijowie, gdzie i dni dziesięć wokół idąc, niewielu ludzi spotkasz - uśmiechnął się Rus. Puszczę rąbiemy na grody, ale zda się, że choćbyśmy i tysiąc ich wznieśli, to jej nie wyrąbiemy. Twoje godło, Lechu - orzeł, nasze zasię sokół. Kto nam się postawi, miecza naszego doświadcza i tak swe władztwo na wschodzie szerzymy.
- Zawsześ był do miecza chętny, mój Rusie, i twoi także, i tak ci pewnie zostanie - odpowiedział mu Lech, śmiejąc się serdecznie i w ramię klepnął tak, że ten omal łykiem piwa, który właśnie pociągnął, się zakrztusił. - My zaś w spokoju tu siedliśmy. W Gniezdnie naszym iście jak w gnieździe - dobrze i bezpiecznie. Lud tu uległy, mir miłujący i moje serce mają. I ci, któryśmy tu już drzewiej osiadłych naszli, mowy naszej już dosyć zwyczajni są. Bogom ulegli, jako i mnie.
- Pobiedziska! Tak, Pobiedziska!
----------
Tyle legenda - nieco zabawna i naciągana być może, lecz przecie piękna i niezwykle sympatyczna. By ją przypomnieć ustawiono na Rynku uroczą fontannę. I specjalnie dla niej właśnie nie tak dawno się tam wybrałem, o czym już tu wspominałem
Warto jednak przytoczyć bardziej prawdopodobny - chociaż też niedostatecznie udokumentowany - początek Pobiedzisk i pochodzenie ich nazwy, bo to jest powód dla prawdziwej dumy dla mieszkańców miasta. Otóż według tradycji w tej okolicy - chociaż nie wiadomo, gdzie dokładnie, można tylko snuć domysły - w 1048 roku książę Kazimierz Odnowiciel stoczył walną bitwę z wojskami zbuntowanego namiestnika Mazowsza, Masława, i odniósł w niej wielkie zwycięstwo. Wiąże się i z tym pewna pobiedziska legenda, ale o tym może też kiedyś opowiem. W każdym razie na pamiątkę tego zwycięstwa książę nadał osadzie, wcześniej zwaną Stróżą Piastowską, nową nazwę: "Pobiedzie" / "Pobiedziska". Wywodzi się zaś ona od starosłowiańskiego słowa "pobieda" (zachowanego choćby w mowie rusińskiej) oznaczającego "zwycięstwo". Czyż nie jest to piękniejsza tradycja, niż zabawna bajęda o Lechu, Czechu i Rusie, którzy ot po prostu sobie dobrze podjedli?
A zatrzymanie się choć na chwil parę w Pobiedziskach i poznanie chociaż trochę ich dziejów to zdecydowanie dobry pomysł. Rynek... Rynek jest naprawdę uroczy - jeden z piękniejszych i bardziej zielonych, jakie znam. Warto usiąść na chwilę przy fontannie, przyjrzeć się uwiecznionym na niej postaciom Lecha, Czecha i Rusa, posłuchać plusku spływającej z niej wody. A w pobliżu Rynku odkryłem iście magicznie - klimatyczny sklepik z antykami i obrazami! Pobiedziska naprawdę są ciut ciekawsze, niż się z pozoru wydaje!





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz