czwartek, 28 sierpnia 2025

Pobiedziska legenda

Jestem głęboko przywiązany do naszych polskich korzeni. Nie tylko piastowskich, tak oczywistych... O Piastach wiemy przecież na pewno - bo sięga ich i nam przedstawia historia, mamy dowody ich istnienia i wiele o nich wiemy. Mieszko - był pierwszym z rodu Piastów, który zapisał się na "kartach historii", ale jego ojca, Siemomysła, oraz dziada, Lestka, uważa się za postacie pół-historyczne, a pół-legendarne. Historycy stwierdzają, że wiadomości o nich są dość wiarygodne. Ziemowita - pierwszego legendarnego księcia z tego rodu - i jego ojca, Piasta (który sam, według pierwotnych legend, księciem nigdy nie został) historycy raczej nigdy nie "wychwycą", istnienia ich rzeczywistego udowodnić bowiem, niestety, nie sposób. Pozostaje co najwyżej wiara w ich istnienie - i wierzę w nich! Bo mi wolno. 

Gniezno, Lednicę, Giecz, Poznań nazywamy "Ziemią Piastowską" - i jest nią oczywiście i udowodnienie. Ale dla mnie jest ona tak samo... Ziemią Lechicką - chociaż to już tak oczywiste nie jest i udowodnić tego się w żaden sposób nie da. Ale tak samo, jak wierzę w Piasta, wierzę także w Lecha - bo tak postanowiłem, i takie moje prawo. I czuję się w pełni dziedzicem tej ziemi - i piastowskiej, i lechickiej. Dumnym dziedzicem! Choć może dla niektórych w tej wierze mojej... "deczko" naiwnym i przesadnie romantycznym. Niech i tak będzie tym, którzy lubią się kurczowo trzymać tylko tego, co mogą uznawać za pewne i udowodnione. A przecież już Piastowie mieli za swe godło Orła Białego, którego i my dumnie nosimy. A Orzeł ów wywodzi się przecie nie od Piastów, lecz od Lecha. To Lech - jak mówi piękna legenda - ujrzał go, jak wznosi się ze swego gniazda, i tam zbudował gród, "gniazdo" swego rodu i plemienia. Miejsce to zwiemy dumnie Gnieznem, od tego gniazda orła, a w jego centralnym punkcie wznosi się Góra Lecha. Gniezno - moje miasto! I jego unikalna, piękna legenda. Ale...

...legend lechickich jest w moich stronach więcej. To prawda, że tylko ta jedna jedyna, gnieźnieńska, spisana jest w starych kronikach. Jest więc jedyną w pełni "królewską" czy "koronną", jak lubię je określać. Inne z pewnością nie mogą jej się równać - zrodzone wiele wieków później - lecz są. Pewnie zrodziły się one z pragnienia wykazania równie starego i szczytnego rodowodu swych grodów; swego pełnoprawnego udziału w tym samym dziedzictwie. Może jest w tym także trochę... zazdrości wobec Gniezna i Gnieźnian? Nie, nie próbuję być złośliwy - jednak jako Gnieźnianina mnie ta myśl nieco... łechce. ;) Któż to może wiedzieć na pewno, jak się te legendy okoliczne rodziły i dlaczego; co tak naprawdę było w sercach, z których wyrosły. Trochę wywołują one u mnie uśmiech lekko kpiarski, ale tak naprawdę... kocham także i te okoliczne legendy, i zachwycam się nimi, cenię je i pielęgnuję. To przecież wspaniałe dziedzictwo kulturowe naszego regionu!

A jedną z takich własnych lechickich legend mają Pobiedziska, miasto dla większości odwiedzających Ziemię Piastowską - i Lechicką! - będące raczej "punktem na mapie" pomiędzy Gnieznem a Poznaniem, a gdzieś opodal Lednicy. A przecież mającą własną piękną i bogatą historię, i słuszne powody do dumy. Przyznam, że sam je ledwie co zaczynam odkrywać i poznawać. Zwykle, jak większość, mijając je ledwie, tym razem postanowiłem się tam wybrać i Was także tam zaprosić. Pewnie, że kryje się tam więcej ciekawych historii, ale na teraz pozostańmy jednak przy Praojcu naszym, Lechu. O nim chcę Wam pobajać.

----------

Najpierw jednak musimy się w inne miejsce przenieść, bardziej na zachód od Pobiedzisk leżące, bo tam się ta historia zaczyna - odrębną legendą.

    Wiele lat już minęło, odkąd Lech ujrzał Orła Białego, i gród swój tam założył, Gniezdnem go nazwawszy. Tyleż samo, odkąd widział swych braci rodzonych, Czecha i Rusa, którzy dalej jeszcze - hen, daleko, daleko! - wyprawili się, by własnych miejsc na ziemi poszukać. Wspominał ich Lech czule i z rozrzewnieniem nieraz wracał do spędzonych wspólnie lat i wielu przeżytych przygód.
    Razu pewnego wyprawił się kniaź wraz z druhami swymi na wielkie łowy. Pociągnęli, dmąc głośno w rogi, w te regiony puszczy, które się ciągnęły od grodu ich ku tej stronie, gdzie słońce każdego dnia zachodzi. To dziki z matecznika wypłoszyli, to żubry czy tury gonili. A zapędzili się tak aż do wielkiej rzeki na zachodnich rubieżach lechickiej ziemi, którą Wartą zwali - a to dlatego, że wartko swe wody toczyła. Tam też Lech spocząć postanowił, opodal wioski Stragona, po trudach długich i niebezpiecznych łowów. Nagle głos rogu posłyszeli z dala, a wkrótce i głosy liczne.
    - A któż to?
    - Wróg może jaki na naszą ziemię nastaje?
    Na rozkaz Lecha stanęli wojowie w szyku - tarcza przy tarczy, miecz przy mieczu, włócznia przy włóczni. Książęcy łucznicy zaś nieco z tyłu, luki swe napinając. I czekali.

    W dali orszak się jakowyś pojawił - wielu zbrojnych. Po cichu lechici siły obliczali. Jeden z wodzów zaś wysunął się nieco do przodu i krzyknął gromko:
    - Stać! Ani kroku dalej, jeśli żyć jeszcze pragniecie!
    - Kto wy jesteście i czego tu szukacie? Nasza to ziemia! - ryknął na całe gardło kniaź, że aż echo poszło po wodzie i puszczy.
    Utarczka już wisiała w powietrzu. Woje jeno czekali na znak, odgłos rogu do boju ich ślący. Obcy stanęli z drugiej strony brodu.
    - Nasza to rzecz! A z drogi lepiej nam zejdźcie!
    Nie zdzierżyli Lechici tej bezczelności i w kierunku obcych furknęły pierwsze strzały. Lech jednak rękę uniósł i spokój swym ludziom nakazał.
    - Znam ja ten głos. Znam. Hardy on i kąśliwy, ale... swój... swój!
    - Czechu? To ty? I ty, Rusie? Bracia moi?!
    Oni to byli zaiste. Oni!

    - Bogowie! O, jakże mało brakło do krwi braterskiej przelania! Chwała im, żem was poznał. Bieżajcie tu! Rad wam jestem serdecznie, a gośćmi mymi bądźcie, bo moja ziemia już aż tu sięga. 
    Radzi byli bracia z tak niespodziewanego spotkania. Radowali się i ucztowali. Tłuszcz z mięsiwa, sycony miód i stróżki piwa spływały wszystkim po brodach i palcach. Opowiadali też sobie czyny swe chwalebne i sławili swe kraje.
    - Rzeka ta Wartą się nazywa i granicą moją jest. A nad nią - tu, u ujścia Cybiny, w miejscu Stragony, gród wielki postawię, by granicy tej był strażnicą. A żem braci swych po latach tylu tu poznał, niech się ów gród Poznaniem zwie.  
    Wyznaczył też zaraz grododzierżcę i skromną choćby najpierw załogę pod jego dowództwem zostawił.
    - A was, bracia moi mili, do dworu swego, do Gniezdna zapraszam. A i to wiedźcie, że w niewolę was biorę - lecz serdeczną - i długo do dom nie puszczę!


    Do Gniezdna jednak droga była długa, bardzo długa. Dzisiaj pokonujemy ją w ledwie godzinkę, ale wtenczas... Ruszono znad Warty z samego rana. Rączo szły konie kniaziów i wojów, wozy z tyłu zostawiając. A śmiali się bracia, a dęli w rogi, a pohukiwali. A gdy się okazja trafiła, to i w pogoń za zwierzem ruszali, łowy przez Lecha prowadzone dalej ciągnąc.  Wreszcie słońce wysoko już na niebie stało i, choć lato już się kończyło, przygrzewało mocno, dając się nieźle we znaki myśliwym. Bracia już i zmęczenie, i głód dobrze poczuli. A że wychynęli właśnie z kniei na uroczą polanę, Lech konia w miejscu osadził, a obracając się ku ludziom rękę uniósł i powiedział:
    - Stójcie! Tu sposobne miejsce na popas. Odpoczniem i posilim się.
    Brać "słowa jednego" wraz z koni pozsiadała. Jęto chrust i gałęzie znosić, ognie rozpalać, chleby dzielić i mięsiwo piec, a w kubki piwa lać, by gardła wysuszone zwilżyć.

    - Lasy u nas bogate. Wody dobre. Lud pracowity knieje trzebi, pola orze i obsiewa. Pszczół u nas roje liczne i barci po lasach wiele. Darzą nam Bogi nasze - chwalił się Lech przed braćmi, wąsa z dumą podkręcając. A znad ognisk coraz lepsze wonie rozchodziły się ponad łąką, aż wszystkim ślina ciekła.
    Raz po raz bracia wznosili kubki i gwarzyli dalej o swoich dziejach i przygodach, bowiem przy wieczerzy ani nagadać się nie starczyło, ani o wszystkim nie zdołano sobie wzajemnie opowiedzieć, a każdy przecie chciwy był i rad o życiu braterskim posłuchać.
    - Przy ziemiach moich ludzie słowa siedzą. Serby są, niemal tą samą mową gadają, co i my - opowiadał Czech. - Z niemymi obcymi, słowa naszego nie znającymi, trudne oni życie mają, wojny toczą. I my z nimi na niemych owych chodzimy, bo jeśli bracia - sąsiedzi nasi - zginą, co nas oddzielają od wrażych, to i nasz los może być niepewny. Nasz miecz wraz z ich mieczem razem muszą się wznosić. Nasza tarcza i nas, i ich osłaniać musi. Hrad mój wysoko nad wodami wielkiej a wartkiej rzeki Wełtawy się wznosi, a od progów na niej będących, Pragą go nazwaliśmy 
    - My zaś w głuszy wielkiej siedzimy, w grodzie Kijowie, gdzie i dni dziesięć wokół idąc, niewielu ludzi spotkasz - uśmiechnął się Rus. Puszczę rąbiemy na grody, ale zda się, że choćbyśmy i tysiąc ich wznieśli, to jej nie wyrąbiemy. Twoje godło, Lechu - orzeł, nasze zasię sokół. Kto nam się postawi, miecza naszego doświadcza i tak swe władztwo na wschodzie szerzymy.
    - Zawsześ był do miecza chętny, mój Rusie, i twoi także, i tak ci pewnie zostanie - odpowiedział mu Lech, śmiejąc się serdecznie i w ramię klepnął tak, że ten omal łykiem piwa, który właśnie pociągnął, się zakrztusił. - My zaś w spokoju tu siedliśmy. W Gniezdnie naszym iście jak w gnieździe - dobrze i bezpiecznie. Lud tu uległy, mir miłujący i moje serce mają. I ci, któryśmy tu już drzewiej osiadłych naszli, mowy naszej już dosyć zwyczajni są. Bogom ulegli, jako i mnie.
 

    Tak sobie gwarząc, bracia trzej na obiad czekali. Aż i doczekali się w końcu. Słudzy jadło smakowite przynieśli - combry jelenie, szynkę z dzika i łapę niedźwiedzią nawet. Każdy też miskę smakowitej polewki z leśnych bedłków - jak niegdyś mówiono na grzyby - dostał. I miód sycony, i piwa znowu, a i wina nawet, które Czech z ziem na południe od własnego kraju leżących kosztem niemałym sprowadzał, i w których rozsmakował się bardzo. Na koniec zaś i słodkie kołacze, na najprzedniejszej mące z miodem wypiekane, podano. Niczego, kniaziom nie brakowało. Choć w głuchej puszczy, w obozie przy ogniskach, uczta jednak była przednia.
    Gdy zaś kniaziowie się nasycili, legli społem w trawie, w cieniu wiekowego buka, gładząc z zadowoleniem swe napełnione brzuchy i... czkając i pobekując sobie głośno z wielkiej sytości - z czym w czasach owych zupełnie się nie kryto. Podrzemano też nieco, by i po trudzie drogi, i po żarciu ulżyć sobie choć trochę i nowych sił nabrać. Nie można jednak było zanadto przeciągać popasu, gdyż ledwie połowę drogi od Poznania do Gniezdna przejechano a Lech koniecznie pragnął przed nocą w swym grodzie stołecznym stanąć.
    - No! Komu w drogę, temu czas, druhowie! - wołał, pospanych budziwszy szturchnięciami, a mniej znaczących i  kopniakiem, gdy trzeba było, Lech. - Ku Gniezdnu droga jeszcze długa, a dzień już nie tak bardzo. Czas nam już, czas!
    Czech i Rus, zbudzeni z doskonałej drzemki, przeciągali się z głośnym postękiwaniem. Chociaż jeszcze nieco ociężali, rychło i ochoczo stanęli do drogi. 
    - Dobrze sobie tu podjedliśmy. Dobrego też wywczasu po obiedzie zaznaliśmy. Nazwałeś, bracie, Poznań i gród stawiać nakazałeś, to i to miejsce nazwą godną uczcić należy - zaproponował Czech.         - Sam żeś dobre miano w słowie swym wskazał, a ja je zatwierdzam. Pobiedziska niech się więc odtąd miejsce to zowie! - zawołał Lech ze śmiechem a wszyscy konceptowi temu książęcia swego przyklasnęli.
    - Pobiedziska! Tak, Pobiedziska!
    - A ilekroć jechać tędy będę - ciągnął dalej kniaź Lech - tu wraz ze swoją drużyną spocznę, nie tylko by odetchnąć i posilić się, ale też by was, bracia moi drodzy, uczcić i nasze dobre chwile tu wspomnieć.  
 
    Rychło też trzej bracia ruszyli w dalszą drogę do Gniezdna. Lech zaś i jego drużynnicy rzeczywiście odtąd często w tym miejscu bywali, gdy wypuszczali się ku Poznaniowi, bądź też wracali zeń do swojej stolicy. Na polanie wyrosły chaty, w których zamieszkali książęcy ludzie, zawsze do posług swemu panu gotowi, a i gródek niewielki - stróżę - stawiać poczęto, i wojami obsadzono, by drogę poznańską bezpieczniejszą uczynić. Także i wiele wieków później zatrzymywały się tu książęce drużyny i królewskie orszaki. W miejscu polany, na której ucztowali w dawnych czasach trzej bracia ze swymi drużynami, wyrosło miasto znaczące. Przez wszystkie wieki zachowało ono swą nazwę, nadaną mu przez wielkiego kniazia Lecha: Pobiedziska.

----------

Tyle legenda - nieco zabawna i naciągana być może, lecz przecie piękna i niezwykle sympatyczna. By ją przypomnieć ustawiono na Rynku uroczą fontannę. I specjalnie dla niej właśnie nie tak dawno się tam wybrałem, o czym już tu wspominałem

Warto jednak przytoczyć bardziej prawdopodobny - chociaż też niedostatecznie udokumentowany - początek Pobiedzisk i pochodzenie ich nazwy, bo to jest powód dla prawdziwej dumy dla mieszkańców miasta. Otóż według tradycji w tej okolicy - chociaż nie wiadomo, gdzie dokładnie, można tylko snuć domysły - w 1048 roku książę Kazimierz Odnowiciel stoczył walną bitwę z wojskami zbuntowanego namiestnika Mazowsza, Masława, i odniósł w niej wielkie zwycięstwo. Wiąże się i z tym pewna pobiedziska legenda, ale o tym może też kiedyś opowiem. W każdym razie na pamiątkę tego zwycięstwa książę nadał osadzie, wcześniej zwaną Stróżą Piastowską, nową nazwę: "Pobiedzie" / "Pobiedziska". Wywodzi się zaś ona od starosłowiańskiego słowa "pobieda" (zachowanego choćby w mowie rusińskiej) oznaczającego "zwycięstwo". Czyż nie jest to piękniejsza tradycja, niż zabawna bajęda o Lechu, Czechu i Rusie, którzy ot po prostu sobie dobrze podjedli? 

A zatrzymanie się choć na chwil parę w Pobiedziskach i poznanie chociaż trochę ich dziejów to zdecydowanie dobry pomysł. Rynek... Rynek jest naprawdę uroczy - jeden z piękniejszych i bardziej zielonych, jakie znam. Warto usiąść na chwilę przy fontannie, przyjrzeć się uwiecznionym na niej postaciom Lecha, Czecha i Rusa, posłuchać plusku spływającej z niej wody. A w pobliżu Rynku odkryłem iście magicznie - klimatyczny sklepik z antykami i obrazami! Pobiedziska naprawdę są ciut ciekawsze, niż się z pozoru wydaje!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O teatrze ilustracji - kamishibai

Zajmuję się głównie teatrem ilustracji. Ta forma sztuki bajarskiej wywodzi się aż z dalekiej Japonii i po japońsku nazywa się "kamishib...