Było
to dawno, dawno temu... - tak się zaczyna wiele baśni, ale... Naprawdę
wiele czasu minęło, odkąd w młodości byłem członkiem Katolickiego
Stowarzyszenia Młodzieży Archidiecezji Gnieźnieńskiej - wówczas bardzo
prężnie działającej organizacji, dzisiaj mocno podupadłej. KSM
organizował wówczas wiele zlotów w mniejszych czy większych
miejscowościach na terenie archidiecezji. Jedne z liczniejszych odbywały
się w Mieścisku - malutkim miasteczku pomiędzy Gnieznem a Wągrowcem
leżącym. Tak malutkim, że jest mniejsze od... wielu wsi w Polsce!
Zresztą w latach 1934 - 2024, było pozbawione statusu miasta, było
właśnie dużą wsią.
Atrakcją
tych naszych zlotów w Mieścisku były "mini-rajdy" do miejsca bardzo
ważnego w lokalnej tradycji i kulcie religijnym. Mniej więcej 2,5 km od
Mieściska leży wioska Budziejewko. W tejże zaś wioszczynie leży głaz
wielki, przyniesiony tu w "niepamiętnych czasach" przez skandynawski
lądolód. Ma on obwód 20,5 metra, długi jest na 7,5, szeroki zaś na 4,7
metra. Wystaje z ziemi na 1,3 metra, a - jak to zwykle bywa - większa
jego część skryta jest pod ziemią, na głębokość aż 2,7 metra! Wagę tego
"kamyka" szacuje się zaś na ok. 100 ton. Jest drugim pod względem
wielkości głazem narzutowym w Wielkopolsce.

Tak
to już bywa, że głazy takie obrastają - nie tylko mchem, ale często
także ciekawymi bajędami czy legendami. Bardzo często - a może nawet
najczęściej? - wiąże się je z aktywnością diabelską. Ich obecność w
krajobrazie, zagadkę skąd się taki gigant wziął, wyjaśniano sobie, że
musiał go przynieść czy upuścić w to miejsce sam diabeł. Zły zwykle
wściekły bywa w tych opowieściach na to, że gdzieś tam pobudowano nowy
kościół i postanawia go zburzyć, a w tym celu bierze ogromny głaz i z
nim leci w niecnych celach - zawsze nocą, bo wówczas diabły mają większą
moc, magia jest silniejsza. Nigdy jednak jakoś nie docierają do celu,
gdyż nagle nastaje świt. Ludzie zaś dopatrują się na tych głazach śladów
żelaznych diabelskich pazurów. Jednak z tym akurat głazem nie wiąże się
wcale taka "diabelska przygoda" - a przynajmniej tego rodzaju opowieść o
nim się nie zachowała.
Miejscowa
ludność wierzy, że jest to miejsce "uświęcone" obecnością św.
Wojciecha, i to jego śladów dopatruje się na powierzchni tego głazu. Za
sprawą tego podania był on i dla nas - młodych katolików, czcicieli
"świętego patrona" Gniezna, naszej archidiecezji i całej Polski - jakby
"magnesem", i to o podwójnej sile oddziaływania, jako atrakcja miejsca,
pomnik przyrody a zarazem jakby nieco "sanktuarium pod gołym niebem", bo
myśmy w tą obecność "świętego męża" wierzyli, czy też taką możliwość
dopuszczali. A było to tak...
----------
Świątobliwy
mąż, musząc uchodzić przed prześladowaniami - zarówno ze względu na swą
chrześcijańską gorliwość, jak i pochodzenie z rodu Sławnikowiców - wraz
z przyrodnim bratem Radzymem - Gaudentym, poratowania szukał na dworze
Bolesława Chrobrego, gdzie już wcześniej schronił się ich brat,
Sobiesław. Po prawdzie nie wiemy, gdzie się wędrowcy z księciem polskim
spotkali, czy gdzie zostali ugoszczeni, gdzie lokum czasowe im
przygotował, lecz niewątpliwie mogło być to w Gnieźnie, na Lednicy, bądź
też w Poznaniu. Chrobry z pewnością przyjął ich gościnnie i z czcią
nabożną, jaką mnichom i biskupowi okazywać należało. Być może pragnął
też ich przy sobie zatrzymać:
- Pozostańcie
tu z nami! - prawił im być może. - I tu pracy dla was nie zabraknie.
Chociaż sam chrześcijaninem jestem, jako i wy, starą wiarę jeszcze wielu
u nas tajemnie lub otwarcie wyznaje, jest więc komu wiarę nieść, i
potrzeba wielka.
Bo i naprawdę, chociaż ojciec jego chrzest przyjął, a
za nim wszyscy wielmożni, którzy pozycję swą na dworze i w kraju Mieszka
zachować pragnęli, to jednak lud prosty mało jeszcze o Chrystusie
słyszał, bo i wciąż nie miał mu kto o nim mówić, kapłanów chrystusowej
wiary wciąż było zbyt mało, a w sercach wciąż pogaństwo, do którego
ludzie byli bardzo przywiązani. A uchodźcy byli przecie kapłanami, i
mowy słowiańskiej, która i tu - chociaż obca wyraźnie - była zrozumiałą,
a pobożni i świątobliwi, gorliwi bardzo. Obaj się przydać mogli. A
jeszcze biskup! Książę niejako podwójny - i świecki z urodzenia, i
Kościoła z woli papieża, namiestnika chrystusowego. Lepszym się pewnie
zdawał, niż niemiecki Unger, którego diecezją wówczas był cały kraj.
- Na
grodzie moim w Gnieźnie osiąść możecie. Kościółek tam mały wprawdzie,
przez ojca i matkę moją jeszcze fundowany, ale na początek starczy. A na
dworze moim komnaty wygodne mieć możecie i wszystkiego pod dostatkiem -
kusił władca.
Biskup jednak - inaczej niż brat jego, Sobiesław - nie
pragnął przy dworze księcia polskiego pozostać, gościny i czci zażywać,
lecz iść dalej, do pogan nad morzem żyjących i tam głosić Ewangelię,
chrzcić i służbę bożą wszelaką sprawować, choćby i z narażeniem życia.
- Bóg że wam zapłać, książę, lecz wola Boża dla mnie inna, i czas tylko
jakiś tutaj pozostaniemy - odpowiadał więc na namowy Chrobrego.
- Ano, wola Boża. Rad bym was doprawdy w Gnieźnie przy sobie pozostawił, lecz gdy Bóg chce inaczej, ja się z nim o was wadził nie będę - westchnął władca.
Często
długo w nocy palił się jeszcze ogień w książęcych komnatach. To Chrobry
z Wojciechem, i Sobiesław, i Radzym. i inni wielmoże radzili długo i
planowali wyprawę misyjną do Prus. Ale rozumiał to Wojciech dobrze, że i
w kraju Chrobrego wiele jest jeszcze pracy, i dla wielu kapłanów. Nie
marnował więc czasu, i jeśli tylko na rady się nie gromadzili, ochoczo
wyruszał by ziemie wokół Gniezna i Lednicy leżące obchodzić, Słowo Boże
głosząc, msze odprawiając, chrzcząc i grzechy ludziom odpuszczając. Tak
też i dotarł do przysiółków dość znacznie od grodów książęcych
oddalonych, rozsianych wśród lasów i pól nad bystrą rzeką Wełną.
Tam
ludzi zwołano, by nauk chrześcijańskich z ust świątobliwego męża
płynących słuchali. A żeby być lepiej dla licznie zgromadzonych
widocznym, i by głos jego niósł się dalej, do wszystkich nastawionych
ludzkich uszu wokół, biskup czcigodny wgramolił się z trudem na wielki
głaz na polu, pod dębem rozłożystym leżący. Ktoś szepnął mu może, że ów
pogańskim był niegdyś ołtarzem, na którym dawnym bogom ofiary składano.
Tym większy był więc tryumf Chrystusa, gdy nogami jego kapłana zdeptany
został - jakby sam diabeł pokonany na swym własnym tronie. Stanął na nim
Wojciech, w pełnym dostojeństwie biskupim księcia Kościoła - w szatach
wspaniałych, mitrze książęcej,z kijem pasterskim pozłacanym w ręku.
Radzym zaś, posługę skromniejszą pełniąc przy swym bracie, u jego stóp,
na kamieniu chustą białą przykrytym, Ewangeliarz wielki położył i
otworzył, by apostoł Słowo Boże z niego mógł czytać i ludowi wykładać.
Jedni
chciwie nadstawiali ucha na każde słowo. Inni przyglądali się ciekawie,
jakby widowisku jakiemuś. Niejeden też nierad był temu, że przybłęda
jakowyś wlazł na głaz święty, za nic mając dawnych bogów słowiańskich i
do nowej wiary nawołuje.
- A bo to nasi bogowie źli są? A bo nam z nimi
źle było?
- Na co nam ten obcy i jego bóg? A nasi... Pokryć się musieli po kniejach przed kniaziem i wojami jego, jakby zbójcami byli. A chodź tam skrycie tylko człowieku, a pilnuj się, by drogi do świątyni nie zdradzić krześcijanom, by kniaziowi nie donieśli...
Szeptał tak niejeden niejeden, ale nikt
się sprzeciwić głośno nie śmiał, wiedząc, że się na straszny gniew
księcia pana narazić można. A ani życia swego, ani kącin słowiańskich,
gdzieniegdzie jeszcze po kniejach utajnionych, narażać na miecz i ogień
nie chcieli.
- Czas
się wypełnił i przybliżyło się już Królestwo Boże! Nawracajcie się i
wierzcie w Ewangelię! - grzmiał z kamienia biskup, czytając ze swej
świętej księgi. - Porzućcie stare demony słowiańskie, które wasze dusze
pętały dotąd. Porzućcie grzechy wasze, gdyż obrzydliwe są jedynemu,
prawdziwemu Bogu. A do niego się zwróćcie! Jego o przebaczenie
błagajcie, bo on ma moc was zbawić, albo w piekło ogniste posłać, gdzie i
demony wasze są. Kto jeszcze nie ochrzcił się, niech grzechy swe
wyznaje, pokutuje i chrzest zaraz przyjmie dla zbawienia swego. Tak Bóg
nakazuje, i taka też wola księcia waszego. A ten, kto chrzest przyjmie i do Kościoła przystąpi, choćby i zmarł czy zabity w boju został, gdy czas stosowny przyjdzie, znów żyć będzie, a śmierci już nie zazna.
Długo tak kazał, to diabłem strasząc, to rozkosze nieba zwiastując. Niemało też mówił o tym, jak lud jego, Czesi starych bogów swych porzucił i licznych błogosławieństw od Boga prawdziwego i łask papieża rzymskiego i cesarza niemieckiego zaznaje.
- Sami przecie widzicie, że nie tylko zbawienie dusz zyskać możecie, ale i doczesne życie lepsze. Łaskaw jest Bóg ludowi, który w niego wierzy, i krajowi jego. Dlatego też i kniaziowi Bolesławowi to na sercu leży, by lud jego chrześcijańskim był. Widzi on dalej, niż wy. Ufność w Bogu i kniaziu waszym pokładajcie.
A gdy wreszcie zamilkł, oczy przymknął, ręce swe ponad lud zgromadzony wyciągnął i długo modlił się mową jakaś tajemną, widać Bogu jemu milszą niż słowo tutejszym zrozumiałe. Wreszcie znak rękoma uczynił, krzyż w powietrzu kreśląc, ze słowami ni to mówionymi, ni to śpiewanymi:
- In nomine Patris, et Filii, et Spiritus Sanctis!
Na to towarzysze jego podobnie odpowiedzieli:
- Amen!
Skończywszy, zlazł Wojciech z głazu, pastorał oddał w ręce Radzyma, mitrę z szacunkiem na chuście kamień zaścielającej złożył. Westchnął jeszcze i dłonią czoło przetarł. Wreszcie suknię biskupią zwlókł z siebie, która zbyt cenną była, by w niej wędrówkę odbywać. Wszystko to, wraz z księgą i białą chustą, na której spoczywała, zawinięto w zgrabny tobołek, i przytroczono do grzbietu niewielkiego a silnego konia, którego ze sobą wiedli. Bracia na habity swe, zakonu świętego Benedykta, płaszcze proste zarzucili i skierowali się ku wioszczynie małej, nad samą Wełną leżącej. Tam zatrzymali się, a pochyliwszy się nad wodą, twarze zmęczone obmyli i pili chciwie. Na koniec zaś wody ożywcze pobłogosławili i ruszyli w drogę traktem ku Gnieznu wiodącym.
Nie minęło wiele dni, a ludzie spostrzegli na kamieniu, z którego głosił do nich mąż boży coś doprawdy dziwnego. Jakby... jakby... ślady jakieś odciśnięte w skale!
- Patrzajcie! Tu stał, a... tu jakby stopy jego widać!
- A tu? Tu laskę swą opierał!
- A tu znowu? Czyż nie tu właśnie księga święta przed nim leżała? - dziwowali się ludzie, rękoma po kamieniu wodząc, z nabożną czcią wyczuwając dziwne w nim wgłębienia.
- A kto niedowiarek jeszcze, to znak widomy ma, że uwierzyć winien i w Boga i w tego świętego męża, który tu słowo jego nam głosił! - orzekł starzec jakowyś. Na szyi jego, na prostym rzemyku mały, drewniany krzyżyk wisiał.
- Ja sam, za Mieszka jeszcze, wiarę swą odmieniłem, ku prawdziwemu Bogu się zwróciłem i nie żałuję. Tak i wy wierzcie. A do chramu starego drogę zapomnijcie. Świątek? A czort z nim i jego czarami, którymi nic nie może uczynić ni Jezu Krystu, ni nam, którzy w niego uwierzyliśmy! Pfu! - przemowę swą zakończył.
Na znak ten też uwierzyło nawet wielu z tych, którzy na Wojciecha z obojętnością lub ciekawością tylko patrzyli, a słowa jego do ich serc nie trafiały.
Mijał czas, a gdy świat się wiosną zamaił, żałobną wieść z dalekich Prus przyniesiono księciu Bolesławowi:
- Panie, Wojciech, biskup i woj chrystusowy w Prusach zabity został!
Wkrótce też posłańców po całym kraju rozesłał, by wszyscy się dowiedzieli tak o śmierci misjonarza, jak i o tym, że władca zwłoki jego planuje od zabójców wykupić i do kościoła w Gnieźnie sprowadzić. Książę pragnął, by tu czci zaznawały jego kości, a na nich zaś i Kościół i państwo umacniać, a i o godności królewskiej, o koronie dla siebie myśleć zaczął. I o świątyni nowej wystawieniu na Wzgórzu Lecha.
- Skromniutka to świątyńka, jaka tu obecnie stoi. Za skromna dla świętego męża tej miary, co ów biskup Wojciech. Trza nam o nowej pomyśleć, a złota na nią nie szczędzić. Ba! Bóg da, to i biskupa nam przyślą, i katedrą się stanie.
Wówczas ktoś szepnął mu, że jeden dzień drogi od Gniezna, w polu szczerym, nieopodal rzeki Wełny, głaz ogromny leży, z którego biskup ów świątobliwy do ludu kazanie miał, a ślady po nim w twardej skale w sposób niepojęty pozostały. Słuchał kniaź uważnie, aż z uciechy wielkiej w dłonie klasnął i krzyknął:
- Przywieźć mi ten głaz tutaj! Niech na Wzgórzu Lecha kazalnica owa wojciechowa stanie! Na niej świątynię nową ku czci Boga, Najświętszej Panienki i męczennika Wojciecha stawiać będziemy!
Niezwłocznie też rozpoczęto rozmyślać, jak skałę tak wielką z ziemi unieść i jak ją do Gniezna przewieść. Zdało się to niemożliwym do spełnienia żadną siłą ludzką, i niejeden powątpiewał, czy ten rozkaz księcia da się wykonać.
- Głaz ogromny tak, że i setka ludzi go nie dźwignie w żaden sposób! Chyba by diabeł sam...
- A! Bo ci akurat diabeł tknie ten kamień święty i kościół będzie budował! - zaśmiano się.
Lecz myśl księcia wszystkim się przednią zdała, a i odważnego nie było, który by rzec mu się ośmielił, że rozsądną wcale nie jest i że spełniona być nijak nie może. Pewien mnich mądry w Poznaniu przy dworze biskupa całej Polski Ungera osiadły, jednak rozwiązanie znalazł.
- Nie siłą ludzką to zrobić można, lecz rozumem. Machiny nam do tego trzeba. Machiny! Jakimi i u nas, w cesarstwie wielkie głazy się przenosi I sani - wóz tu żaden na nic się nie zda. I wołów najlepszych, które tak ogromny ciężar pociągnąć zdołają.
Jak mówił mędrzec, tak i uczyniono. Ku zdumieniu wszystkich głaz drgnął i na sanie wielkie się wsunął. Do sań zaś wprzęgnięto pięćdziesiąt wołów, a najpiękniejszych i najsilniejszych, jakie tylko książęcy ludzie z całej ziemi pomiędzy Wartą a Gopłem leżącej zdołali sprowadzić. Ostrożnie i powoli ruszono. Krok za krokiem głaz się zaczął posuwać i już z radości krzyczano:
- Idzie! Idzie! Idzie! Bogu dzięki i chwała!
- Na trakt go teraz i ku Gnieznu!
Jednak wkrótce okrzyki radosne zaczęły zamierać, bo o to sanie z głazem, miast posuwać się naprzód, zaczęły grzęznąć w podmokłym gruncie i zapadać się. Odcięto czym prędzej woły, a kamlot ogromny zapadł się w ziemię głębiej jeszcze, niż pierwej, grzebiąc pod sobą sanie, tak, że naprawdę nikt go już ruszyć z miejsca żadnym sposobem nie mógł.
- Ano... Cóż począć? Cóżeśmy mogli, tośmy uczynili - westchnął mądry mnich, zawiedziony mocno, że na nic się jego przemyślunek, trudy i machiny zdały. - Ano taka to widać i wola Boga, by wojciechowa ambona tu właśnie na wiek wieków pozostała, gdzie Słowo Boże ludowi głosił.
Tak też i głaz na miejscu tym pozostał i tkwi w nim po dziś dzień. Przy nim zaś wybiło z ziemi źrodełko, a wkrótce przekonano się, że woda z niego nie tylko jest bardzo smaczna, ale też ma szczególne właściwości - kto ślepy był, a nią swe oczy przemył, wzrok odzyskiwał za wstawiennictwem św. Wojciecha. Było tak do czasu, gdy pewien kupiec chytry umyślił sobie przemyć nią ślepia swojej starej, ślepej chabecie - a to nie przez wiarę, że zwierzęciu swemu ulży, lecz na urągowisko wobec świętego i jego wyznawców. Widać rozeźlił tym aktem bluźnierczym św. Wojciecha, albo i Boga samego, gdyż cuda odtąd ustały.
----------
Nie jest to jedyna bajęda o św. Wojciechu, jaka się na prastarych piastowskich ziemiach zachowała. W samych tylko okolicach Gniezna jest ich całkiem sporo. Są wytworem prostej pobożności ludowej, pragnienia uszczknięcia dla siebie cos tam z tradycji wiary w św. Wojciecha, coś tam z jego świętości - "urośnięcia" we własnych przynajmniej oczach, że "i my tutaj coś znaczymy, skoro sam św. Wojciech tu przyszedł!" Może też jest to wyraz więzi - i duchowej, i kulturowej, i społecznej z Gnieznem? Oczywiście to tylko legenda, a może raczej bajęda - bo trudno tu o najmniejsze choćby "ziarnko prawdy". "Ramy czasowe" pobytu św. Wojciecha na dworze Chrobrego są bowiem bardzo wąskie i nie sposób w nich pomieścić tych wszystkich opowieści, gdzie to niby biskup miał się pojawić w tym czasie i głosić Ewangelię. Niestety. Wojciech był w gościnie u Chrobrego najpewniej ledwie kilka tygodni - bardzo pracowitych tygodni, podczas których czyniono plany i intensywne przygotowania do trudnej wyprawy misyjnej. Nie miał czasu, by jeździć po okolicach, a w każdym razie nie miał go zbyt wiele. Ale... prosty lud "wiedział swoje" i był żądny cudeniek i świętości!
Oryginalna legenda jest zachowana w formie bardzo skromnej, dającej się ująć w kilku czy kilkunastu zdaniach. Ale bajarz może sobie pozwolić na więcej, niż etnograf. Tak i ja pozwoliłem sobie wyobrazić, jak - jeśli w ogóle - to być mogło. Wplotłem tu i inną jeszcze myśl, która mnie naszła. Bo może chodziło jednak o coś innego z tym głazem, niż napisałem w poprzednim akapicie? Może celowo postanowiono go "uświęcić" rzekomą obecnością św. Wojciecha, by... wymazać jego pogańską przeszłość? Wiemy dobrze, że nieraz tak właśnie czyniono - w miejscach starych, pogańskich świątyń stawiano kościoły tylko po to, by wymazać dawne wierzenia z tej ziemi i z serc ludu! Wielki, tajemniczy głaz mógł odgrywać jakąś rolę w "starej wierze", mógł być ołtarzem czy "miejscem mocy", mogły się na nim odbywać jakieś pradawne obrzędy - które chciano wymazać osobą św. Wojciecha, nowym kultem wymazać jakiś dawniejszy. Któż to wie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz