Bardzo lubię opowieści o duchach. Mamy też w Wielkopolsce sporo interesujących zjaw, z których najsłynniejsza jest bez wątpienia Biała Dama z zamku w Kórniku. Także i Środa, gdzie bywam często ze względów rodzinnych - a ostatnio nawet można powiedzieć, że "pomieszkuję" - się do takich "nawiedzonych miejsc" zalicza. Gdy zacząłem rozpytywać o miejscowe legendy czy podania, to, jak chodzi o duchy, dowiedziałem się nawet o kilku. Ale najważniejszy i najbardziej znany średzki duch, to mnich bez głowy, a raczej z głową pod pachą, snujący się w miejscu, gdzie niegdyś wznosił się klasztor i kościół dominikanów. A że lubię takie opowieści i miejsca, to nieraz... snuję się tam i ja, także po zmroku, bez lęku lecz za to z ciekawością i... Hmmm... może nawet trochę nadzieją, że spotkam kiedyś bohatera tej legendy. Ale, nim ją tu opowiem, znów muszę zacząć trochę od historii - pewnej i udokumentowanej.
----------
 |
| Kościół p.w. Świętego Krzyża, rycina z XIX wieku |
Dzieje klasztoru są słabo znane - bardzo niewiele informacji można o nim znaleźć. Powstał on przed 1418 rokiem - kiedy to jest po raz pierwszy wzmiankowane w dokumentach jego istnienie - z fundacji biskupa chełmskiego, Jana z Opatowca.
Cóż biskup chełmski miał do Środy Wielkopolskiej, oddalonej od Chełma o niemal 450 km? On sam był dominikaninem i w latach 1414 - 1417 prowincjałem swego zakonu w Polsce. Był także bliskim współpracownikiem, spowiednikiem, powiernikiem i doradcą króla Polski, Władysława Jagielły i za jego to sprawą stał się w końcu biskupem. Środa z kolei była miastem królewskim. Widać więc wyraźnie, że samemu władcy zależeć musiało na powstaniu tam klasztoru "duchowych synów" świętego Dominika. Chociaż w (nadzwyczaj skromnych!) opracowaniach history-cznych można przeczytać, że klasztor ufundowano za jego zgodą, to może raczej należałoby w nim widzieć współfundatora - wsparł on bowiem także hojnie fundację. Możliwe, że bardziej, niż zgoda, była to prośba władcy, czy nawet układ z nominatem. Być może też Jagiełło sięgnął i do swego skarbca, by klasztor mógł zostać wzniesiony, a z pewnością dobrze go uposażył, nadając zakonowi znaczne dobra ziemskie. Była wówczas Środa miastem o sporym znaczeniu pośród miast wielkopolskich, co czynione tu fundacje - i bazyliki kolegiackiej, i klasztoru - poświadczają. Uznać to też należy za przejaw troski królewskiej o miasto i jego rozwój, do którego istotne fundacje kościele znacząco się w dawnych wiekach przyczyniały.
Do klasztoru przynależał kościół p.w. Świętego Krzyża, powstały być może już nieco wcześniej - dzisiaj już od dawna nieistniejący, lecz pozostałości jego murów obwodowych kryją się w ścianach budynku przemysłowego przy ul, Mała Klasztorna 3 - na zewnątrz widoczne są odrestaurowane przypory murów oraz fragment muru nawy. Klasztor, pierwotnie dość zamożny, w kolejnych wiekach podupadał - tak, iż w XIX wieku określono jego budynki mianem... "nędznej lepianki". Klasztor średzki zsekularyzowany został w roku 1815 przez władze pruskie, a część cennego wyposażenia kościoła przeniesiona została do miejscowej kolegiaty. W 1829 roku świątynia przekazana została ewangelikom, i funkcjonował tu zbór i szkoła. Rychło jednak budynek stracił zupełnie swój sakralny charakter - został częściowo rozebrany a od strony chóru dobudowano nową część szkolną, w pobliżu zaś z czasem pobudowano nową świątynię - przejętą po II wojnie światowej przez katolików - stojącą tam do dziś.
Ale wróćmy teraz do kościoła Świętego Krzyża, który - jeśli wierzyć legendzie - to może niewiele brakło, by stał się zborem ewangelickim już znacznie wcześniej. Jak do tego dojść mogło? O tym opowiem w legendzie.
----------
Było to dawno, dawno temu. 31 października 1517 roku po mieście niósł się głośno stukot młotka. Nie była to wielkopolska Środa, lecz odległa Wittenberga, leżąca we wschodnich Niemczech, gdzieś pomiędzy Lipskiem, Berlinem a Magdeburgiem. To ksiądz Marcin Luter, doktor świętej teologii i mnich od św. Augustyna, przybijał do drzwi kościoła zamkowego wielki arkusz papieru, ogłaszając tak 95 swych tez, mających służyć odnowie i uzdrowieniu Kościoła. A stukot tego młotka miał się wkrótce roznieść echem po całej Europie - ani się wielebny może nie spodziewał, jak szeroko i głośno, i co się będzie dalej działo - i dotrzeć z czasem także i do Środy.
Przeorem średzkich dominikanów był podówczas – wedle podania – ojciec Antoni. Był to człowiek bardzo pobożny, prawy i uczony. Gdy wieczorem miasto usypiało, w oknie celi przeora jeszcze długo migotało światło świec. Stary mnich lubował się w księgach i głębokich duchowych rozważaniach. Kto wie, czy nie tak właśnie zetknął się także i z pismami ks. Lutra. W każdym razie tezy i rozważania wittenberskiego doktora teologii trafiały do jego serca i głowy. Średzki klasztor ożywiły coraz częstsze dysputy religijne, w których ojciec Antoni przytaczał nauki i argumenty Lutra i coraz żarliwiej dowodził, że ma on rację. Braciszkowie słuchali zdumieni – jedni w zamyśleniu przyznawali mu rację, potakując głowami, inni zaś ostro oponowali. Tak też wrzenie religijne szerzące się w Europie dosięgło i średzkiego klasztoru.
Gdy pewnego wieczora ojciec Antoni zwołał mnichów do refektarza na kolejną dysputę, już nie tylko dowodził racji ks. Lutra, lecz otwarcie wyznał, że przystaje do jego Kościoła i braciszków zakonnych do tego samego zaczął wzywać i zachęcać, płomiennymi słowami głosząc prawdy nowej wiary. Nagle, gdy w uniesieniu heretyckie nauki i bluźnierstwa przeciwko papiestwu wygłaszał, zamilkł nagle w pół słowa, skamieniał w przerażeniu ogromnym, zbladł, zimny pot strużkami zaczął ściekać po jego twarzy. Z szeroko rozwartymi oczami w otwarte drzwi refektarza się wpatrywał. Po chwili zaś osunął się na ziemię martwy, jakby rażony apopleksją.
Różne mogły być śmierci tej nagłej przyczyny. Jednak stara legenda takie wyjaśnienie dla niej ma, że w chwili największego uniesienia, gdy ojciec Antoni wzywał mnichów do duchowej rebelii, ujrzał nagle Chrystusa. Pan wszedł przez otwarte drzwi refektarza, niewidoczny dla oczu innych, tylko dla nieszczęsnego mnicha – odstępcy. Był gniewny, jak wówczas, gdy wpadłszy do jerozolimskiej świątyni przepędził z niej kupców a stoły ich powywracał. Spojrzał na opata surowo i wyciągnął w jego stronę oskarżycielsko palec, wreszcie przemówił, a każde jego słowo uderzało w ojca Antoniego z mocą dzwonu: „Dlatego, żeś stracił głowę i się mnie wyrzekł, a nauki heretyckie przyjąłeś, od dziś aż po wieczne czasy z głową swą pod ręką błądzić będziesz nocą po krużgankach tego klasztoru ku przestrodze dla innych. Teraz zaś żałuj za swe grzechy, bo duch twój pójdzie ze mną!”
Przerażeni braciszkowie skupili się wokół ciała tak nagle zmarłego swego przeora, nic już nie mogąc mu pomóc. Modlić się zaczęli żarliwie za jego duszę. A żarliwiej może jeszcze za własne, pojmując to, co zaszło, jako karę boską za herezję, której i oni nadstawiali ucha. Pospiesznie zebrali też ze stołów księgi Lutra i Melanchtona, a nazbierawszy drew, spalili wszystko w ognisku rozpalonym w klasztornym wirydarzu. W kościele swym zaś odtąd płomienne kazania przeciwko herezjom wygłaszali, na los ojca Antoniego się powołując, czym wielu Średzian na łono Kościoła nawrócili.
Nic jednak nie mogło odwrócić wyroku chrystusowego. I odtąd często nocami w widywano posępne widmo zakonnika snujące się po klasztorze, z głową od pachą, którą dla luterskich nauk stracił. A choć klasztoru w Środzie dawno nie ma, duch przeora zdaje się tego nie wiedzieć – i wciąż ponoć bywa widywany koło dawnego kościoła Świętego Krzyża.
----------
Legenda ta zrodziła się w duchu "kontrreformacji". Miała być ostrzeżeniem przed "herezją" Lutra czy Kalwina. Reformacja w Polsce przebiegała tak intensywnie, że w pewnym momencie znaczna część "elity" - szlachty i intelektualistów - przyjęła protestantyzm. Ewangelikiem był np. Mikołaj Rej. Reformacji sprzyjał też Jan Kochanowski. Wydawano Biblie i literaturę reformacyjną. Powstawały szkoły - Reformacja bowiem dbała o oświecenie, o "niesienie kaganka oświaty". Polska łatwo mogła się stać krajem protestanckim, a Kościół katolicki poczuł się poważnie zagrożony. Osobiście jestem zwolennikiem szeroko rozumianej Reformacji, ale...
Ta legenda ma jednak dla mnie swój niewątpliwy urok, bo lubię ten "dreszczyk emocji", związany z wszelkimi niesamowitościami, z "dotknięciem nieznanego". W młodości bardzo lubiłem np. popularny niegdyś serial "horrorzasto - komediowy" pod tytułem "Opowieści z krypty", lubię opowieści o wampirach i duchach, poczytać czy obejrzeć dobry horror czy thriller. Właściwie... chętnie bym może i spotkał ducha. Wielokrotnie byłem na ul. Małej Klasztornej, nawet w nocy, ale... niestety, nie spotkałem ani razu owego nieszczęsnego bezgłowego mnicha, ale kto wie, kto wie... ;)
W samej Środzie podobno "straszy" jeszcze w kilku innych miejscach. Usłyszeć można na przykład o łkającym gdzieś - zwłaszcza w mgliste, jesienne noce - byłym właścicielu miejscowego młyna, czy też o zjawie pojawiającej się w pobliżu budynku, będącego za czasów II wojny światowej siedzibą Gestapo. Podobno nawiedzona jest też jedna z miejskich willi. W moim Gnieźnie zresztą także są miejsca uznawane za nawiedzone... O pewnych dziwnych zjawiskach dowiaduję się nawet od osób, które znam i mogę im ufać. Ciekawe? jasne, że tak!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz