sobota, 3 stycznia 2026

Koniec Lecha...

My w Gnieźnie ogromnie jesteśmy dumni z naszego dziedzictwa - historycznego i legendarnego. Naszą dumą jest m.in. wspaniała legenda o Lechu i założeniu Gniezna, która pojawia się po raz pierwszy na kartach XIII-wiecznej "Kroniki Wielkopolskiej". Mamy w Gnieźnie Wzgórze Lecha ze wspaniałą katedrą. Książę ten ma też u nas od dawna swoją ulicę - wiodącą od dworca kolejowego i kończącą się na ul. Chrobrego. Od kilku lat ma też i pomnik - stoi on sobie nad jez. Jelonek i ręką wskazuje wzgórze, na którym miał według podania założyć swój gród. Pamięć o nim jest też w pomniejszych legendach piastowskiej ziemi - z Poznania, Pobiedzisk, Kłecka czy Wrześni. 
 
Wszystkie te opowieści napisałem i ja, po swojemu. Brakowało mi jednak czegoś na "domknięcie" dziejów Lecha. Jak skończyło się jego życie i gdzie jest jego grób? Wyobraźcie sobie, że o tym żadnej legendy, niestety, nie ma! I tu poczułem... wyzwanie bajarskie. Jeśli nie mamy o tym legendy, to przecież można o tym zwyczajnie pobajać, stworzyć zupełnie od podstaw baśń. 
 
Pożywkę dla wyobraźni znalazłem dość niespodzianie, gdy jakiś czas temu kupiłem starą książkę pana Janusza Roszko pt. "Kolebka Siemowita". Wydana ona została w roku 1974. Autor był dziennikarzem, ale też pasjonatem historii i archeologii. Zjeździł Polskę wzdłuż i wszerz, próbując dociec i niejako dotknąć naszych korzeni. Chociaż miałem świadomość, że zawiera ona wiedzę już mocno nieaktualną - sprzed więcej niż pół wieku! - że wiele się od tego czasu zmieniło, że mamy wiele nowych odkryć i koncepcji, że wiedza została mocno poszerzona i często skorygowana nawet o 180 stopni, że niejedne dawne hipotezy upadły... Jednak jej temat i tytuł były dla mnie tak "soczyste", tak "według mego serca", że kupno jej i uważne przeczytanie stały się dla mnie po prostu "serdecznym przymusem". Wcale się przy tym nie spodziewałem - bo i skądże - co ona mi przyniesie. 
 
 
Czytając jego reportaże, które się złożyły na tą publikację, poznałem w nim prawdziwie "bratnią duszę" - nie tylko reportażystę o szerokiej wiedzy i wielkiej elokwencji, ale także świetnego opowiadacza, który potrafił poruszyć odbiorcę wiadomościami naukowymi, splecionymi z gdybaniami i legendami, z opowieściami przekazywanymi z wieku na wiek od czasów najdawniejszych aż po współczesność.

Na kartach tej książki znalazłem informacje, które mnie niezwykle zaciekawiły, a nawet wprawiły w ekscytację. Zamiast wiele opowiadać, oddam po prostu głos temu pasjonatowi:
    "W roku 805 syn Karola wielkiego prowadził trzy armie przeciwko Czechom. Czesi bowiem napadli na terytorium Awarów, nad którymi od czasu ochrzczenia się ich kagana roztoczona została cesarska opieka. Więc Czesi - napadając na przyjaciół cesarza - dali powód do wojny. Karol, syn Karola Wielkiego, poprowadził jedną armię bezpośrednio do Czech, gdzie toczyła się wojna podjazdowa, bowiem Czesi nie mieli odwagi stanąć na polu całą armią. W czasie jednej z potyczek zginął znakomity Lech. Kilka roczników z tego czasu zawiera wersję imienia Becho, ale te z pisownią Lech są liczniejsze i budzą większe zaufanie.
     Pozostały jeszcze dwie armie. Jedna stanęła w okolicy Ganewara, aby nie dopuścić posiłków od Wieletów, którzy gdzie tylko mogli stawali przeciwko Frankom. Trzecia armia wpadła do kraju Głomaczów, przekroczywszy Solawę, i ukorzyła ich księcia Siemysła. Później udała się do Czech. Lech zginął w jednej z potyczek, ale nie wiemy dokładnie gdzie. Jeżeli Czechom zablokowana była pomoc od Wieletów, tedy niechybnie mogli im pospieszyć na pomoc pozostający w związku z Wieletami książęta znad Warty i Gopła. Mógł więc to być nasz legendarny Lech, założyciel Gniezna. Nic mu nie przeszkadza. Kronikarz, nie znający nawet nazwy owego szczepu słowiańskiego znad Warty, mógł po prostu zaliczyć go do Czechów.
    Roman Grodecki w 'Dziejach Polski średniowiecznej' pisze: 'Z pewnym prawdopodobieństwem legendarną tę postać można utożsamiać z historyczną postacią jakiegoś rzekomo czeskiego wojewody Lecha, który poległ w Czechach w walce z Niemcami w 805 roku.' Grodecki jeszcze nie wiedział, pisząc te słowa w 1926 roku, że początek grodu gnieźnieńskiego zostanie datowany na ten sam czas. Ale z intuicją znakomitego mediewisty dodał: '...pod względem chronologicznym można odnieść ewentualne istnienie polskiego Lecha do początków IX wieku.'" 
("Kolebka Siemowita", wyd. Iskry, Warszawa 1974, str. 117 - 118)

Myślę, że moje podniecenie, gdy o tym przeczytałem, jest oczywiste i zrozumiałe. I nie potrzeba mi było nic więcej - po prostu siadłem i napisałem legendę - baśń o śmierci Lecha. Poczułem bowiem, że jest to wątek, który powinienem pociągnąć - historia, którą powinienem opowiedzieć, by domknąć "epokę Lecha". 

W mej opowieści pospieszył on na południe z pomocą bratu swemu, Czechowi, w zmaganiach z "niemieckim żywiołem". Zaś zabity tam, sprowadzony został do Gniezna i pogrzebany w ustronnym miejscu, na wzgórzu pośród mokradeł. Mam bowiem swoje domysły, gdzie mógł się znajdować "żalnik" - cmentarz związany z gnieźnieńskim grodem. Chociaż nie mam do nich absolutnie żadnych podstaw naukowych - korzystam tu po prostu z wolności bajarza. ;)

Jednak nawet ta wolność bajarska ma swoje granice... Mnie pasjonują nie tylko stare legendy, ale i prawda historyczna. I staram się harmonijnie łączyć jedno z drugim - nieraz legendy traktuje jak wprowadzenie do historii. Staram się więc też łączyć bajarską wolność z umiłowaniem historycznej prawdy - więc i wyjaśniać zaraz, że nie ma żadnych dowodów, że nasz Lech z tym Lechem poległym w bitwie z Frankami ma cokolwiek wspólnego. Obecnie przypuszcza się, że ten drugi był faktycznie księciem czeskim. Być może był władcą Canburga - grodu położonego gdzieś nad Łabą, który nie wiadomo jak się nazywał po słowiańsku, ani też gdzie dokładnie leżał - oblężonego przez wojska Karola. Jednak to także tylko hipotezy, dla których brak potwierdzenia.

Bogu dzięki bajarz nie musi niewolniczo trzymać się faktów i dokumentów. Może opowiedzieć to, co mu się jawi i co go porusza. Od strony nauki nie da się ani potwierdzić, ani też zaprzeczyć istnieniu Lecha, ani też tego, że jest (lub nie) to ten sam człowiek, o którym gdzieś tam wspomniano, jako o ważnym "wojewodzie" toczącym walki w Cechach z Frankami / Niemcami. Dziękuję Bogu, że nie jestem naukowcem i nie staję bezradnie w obliczu faktów zbyt skąpych, by uczynić krok dalej w wyjaśnianiu historii. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O teatrze ilustracji - kamishibai

Zajmuję się głównie teatrem ilustracji. Ta forma sztuki bajarskiej wywodzi się aż z dalekiej Japonii i po japońsku nazywa się "kamishib...