niedziela, 4 stycznia 2026

"Legenda" o średniowieczym mieczu ze Złotowa

Było to jakoś tak pod koniec zimy 2022 roku. Mój przyjaciel i mistrz, Łukasz z Szamotuł, odezwał się do mnie pewnego dnia: "Wiesz, jest taki konkurs literacki, organizowany przez muzeum w Złotowie. Ja w nim nie startuję, ale może ty spróbujesz? Jest do napisania legenda o mieczu, który trafił do muzeum..." W pierwszej chwili ogarnęły mnie wątpliwości. Miałem ochotę mu zaraz odpalić: "Zaraz, zaraz... Ale jak to? Mam napisać legendę o mieczu? Chłopie! Zwariowałeś? Ja go nawet na oczy nie widziałem. Jak niby mam o nim pisać?" Ale jednak postanowiłem podjąć wyzwanie. 

"Żebym mógł chociaż zobaczyć ten miecz..." - myślałem sobie - "...dotknąć go, poczuć... Może by mi jakoś sam opowiedział swoją historię." Poprosiłem muzeum chociaż o duże jego zdjęcie - żebym mógł je sobie wydrukować, wyciąć ten miecz i chociaż tak starać się poczuć, szukać z nim jakiejś "komunikacji". Zacząłem też szukać wiadomości o tym mieczu - gdzie i jak został odkryty. Także o samym Złotowie i Krajnie Złotowskiej - bo i to było warunkiem konkursu, że ma być to opowieść solidnie "zakorzeniona" w regionie, co było dla mnie trudnością, bo... nigdy w życiu tam nie byłem! Wkrótce przysłano mi zdjęcie, o które prosiłem, ale... w sumie nie było ono mi wcale tak potrzebne, jak myślalem! Jeszcze nim je dostałem, usiadłem, podumałem chwilę i... "baśń się zaczęła baśnić". Niespiesznie, powolutku, krok po kroku. I oto, co mi z tego wyszło:

---------- 

    Ruch na drodze prowadzącej od Wągrowca do Złotowa w pierwszych dniach lipca był duży. Jak co roku, gdy zaczynają się wakacje i wielu ludzi chce je spędzić z dala od wielkich miast, pośród zielonych łąk, lasów i czystych jezior Krajny. Wśród aut pomykało czerwone audi. Rejestracja „PGN .....” mówiła, że jego pasażerowie przebyli już spory kawałek drogi, z piastowskiego Gniezna. Auto załadowane było dużym i wygodnym namiotem, nadmuchiwanym kajakiem oraz dwoma pękatymi plecakami. Prowadził je wąsaty pan Adam. Obok zaś, na fotelu pasażera, jego syn, dwunastoletni Tomek, uważnie wertował przewodnik.
    – A wiesz tato, że w Złotowie mają muzeum? – zapytał w pewnym momencie chłopiec.
    – Taaak. A wiesz, że kiedyś jako harcerz jeździłem na obozy na Krajnę i znam ją całkiem dobrze? – odpowiedział ze śmiechem tato, wyciągnął rękę i poczochrał głowę chłopca. – Może nie tak, by napisać przewodnik, ale przekonasz się, że wiele ci mogę pokazać i opowiedzieć. O muzeum też, bo działa już od lat sześćdziesiątych.
    – Muzeum… Muzeum… – zastanawiał się przez chwilę. – Jak chcesz, to się tam zatrzymamy i sam zobaczysz. Dobrze, żebyś na początek poznał trochę historii tej ziemi. A jest ona równie zawiła i ciekawa, jak jej piękno. Już Mieszko I chciał przyłączyć Krajnę do swego państwa, a poprzez nią sięgnąć Pomorzan. Przez ciągłe walki bardzo opustoszały te ziemie. A i potem stały się areną krwawej wojny między Grzymalitami a Nałęczami…
    Tak rozmawiając, dojechali w końcu do Złotowa. Muzeum było niewielkie, lecz bardzo ciekawe. Największe wrażenie zrobiła na chłopcu ekspozycja poświęcona archeologii i militariom.
    – A to jest nasz najnowszy nabytek, wspaniały miecz średniowieczny. Właściwie nie powinienem tego robić, ale…
    Przewodnik otworzył gablotę, wyjął miecz i włożył go w dłonie Tomka.
    –Miecz ten znaleziono na polu w niedalekiej Ptuszy, nad rzeką Gwdą. Tak, tak. Choć trudno w to uwierzyć, czasem takie niezwykłe zabytki leżą ot tak, na powierzchni. Mówi się, że taki miecz w tamtych czasach był bardzo cenny i nie każdy rycerz mógł sobie na taki pozwolić. O tym mieczu wiemy niewiele…


    Tomek zamknął oczy. Głos przewodnika powoli cichł, jakby odpływał, aż w końcu zamilkł. A gdy chłopiec znów otworzył oczy, nie było już wokół niego muzeum, gablot z eksponatami, nie było nikogo, a tylko las. Tomek przecierał oczy ze zdumienia. Raz nie pomogło. Drugi raz także nie. I trzeci tak samo.
    – Gdzie… Gdzie ja jestem? Gdzie tato?
    Tomek uszczypnął się, czemu towarzyszyło głośne:
    – Aauućć!
    Jednak ten bolesny zabieg także nie pomógł. Był sam i w dodatku nie wiadomo gdzie – w głuszy, gdzie w koronach drzew rozbrzmiewał tylko szum wiatru i śpiew ptaków. Echo właśnie odpowiedziało:
    – …uućć… uć… uć!
    – Nie do wiary! – krzyknął Tomek.
    – …wiary… iary… ary! – odpowiedziało echo.
    Minęło sporo czasu, nim chłopiec zdołał ochłonąć z pierwszego oszołomienia. Bezradny usiadł pod drzewem i zaczął rozmyślać o tym, co się stało. Siedział tak długo… długo… Myślał i myślał, lecz nic to nie dawało. Nic z tego nie rozumiał. Ani wiedza chłopca, ani jego wyobraźnia, nie starczały, by znaleźć odpowiedź.
    Nagle w lesie zaczęło się coś dziać. Coś zakłóciło spokój kniei. Najpierw rozległ się trzask gałązek i przed chłopcem przemknęły dwie wystraszone sarny. Potem zaś dał się słyszeć tętent i parskanie konia. Wreszcie spośród drzew wyjechał jeździec. Oczy Tomka zrobiły się wielkie niczym pięciozłotówki. Miał przed sobą młodzieńca odzianego w nieco zardzewiałą kolczugę, z wielkim mieczem przy pasie. Nie mniejsze było zdumienie młodego rycerza, gdy ujrzał chłopca w koszulce, wytartych dżinsach i adidasach.
    – Ktoś ty? – zapytał rycerz, sięgając ręką do miecza.
    – A ty kto? – odpowiedział hardo Tomek.
    – Pyskaty jesteś, że nie przystoi, a żeś chyba chłystek. Jam jest Kaźko, pan pobliskiego zamku… no… prawie…
    – Tomek. Mam na imię Tomek – odpowiedział chłopiec. – Zamku? Jakiego zamku? Gdzie ja jestem?
    – Gród pobliski Wielatów się nazywa – odpowiedział Kaźko, zsiadając z konia. – Kim jesteś i skąd? Dziwnie jakoś mówisz. Wyglądasz też dziwnie. Co to za szaty?
    Tomek zawahał się przez chwilę. Młody rycerz, chociaż początkowo sięgnął ręką do miecza, nie wyglądał zbyt groźnie. Właściwie nawet nie mężnie – był chłopcem niewiele tylko starszym od Tomka.
    – Kim jestem? Uczniem podstawówki. Z Gniezna.
    – Podsta… kogo? – zająknął się młody rycerz. – Zresztą nieważne. Gniezno. Słyszałem ja ci coś o nim. Daleki to gród, daleka droga. Czego tu szukasz?
    – Nie tak bardzo. Samochodem dwie godziny. Szukam? Nie wiem… Nie wiem nawet, gdzie jestem.
    – Samo... chodem? A co to za diabelstwo znowu? – ponownie zdziwił się Kaźko.
    – Samochodem. No nie zgrywaj się! Nie wiesz, co to jest? – osłupiał Tomek.
    Znów zdało mu się, że to musi być sen. Uszczypnął się raz i drugi, ale nic to nie dało. Las nie zniknął. Nie zniknął też Kaźko. Usiadł tymczasem naprzeciw chłopca i dziwnie mu się przyglądał.
    – No co? Kosmitę zobaczyłeś? – burknął Tomek. Zawahał się jednak i zaraz dodał: – Tyyy, a który jest rok?
    – Jakże to który? Rok Pański 1410…
    Tomkowi świat przed oczami zawirował i osunął się na ziemię.     Gdy otworzył oczy, zapadał już wieczór. Kaźko pochylał się nad nim z troską, raz po raz opryskując mu twarz wodą.
    – No wreszcie… Długo cię nie było – uśmiechnął się młody rycerz.
    Pośród drzew płonęło ognisko pachnące żywicą i dymem. Nad nim zaś piekły się dwa tłuste zające. Widok ten, a także unoszący się smakowity zapach pieczeni, sprawiły, że Tomek nagle poczuł się bardzo głodny. Wciąż jednak przy tym kręciło mu się w głowie i pojąć niczego nie mógł.
    – Żarcie gotowe – powiedział Kaźko – Na! Masz! I soli sobie weź. Dziwnie ty mówisz i dziwy prawisz, i wyglądasz dziwnie, ale po prawdzie to wcale nieźle tobie z oczu patrzy.
    – Rok Pański 1410… Grunwald… bitwa…
    – Tak. Grunwald. Słyszałeś? Wygraliśmy, choć potęga Zakonu wielka. Bóg darzył. Król nasz te psiekrwie aż pod Malbork popędził. Ale Zakon wciąż potężny. Malbork – choć z błota, jak mówią – kamieniem na Pomorzu leży niewzruszony, niewzięty wciąż, chociaż ćma naszych go obległa – rozgadał się Kaźko. – A w zamku komtur Henryk von Plauen. Mówią, że mężny on i szczwany lis, a podły i okrutny. Trza było go dobyć, dzieła tym dokończyć, ale król nie dobył…
    – Krzyżacy… – szepnął z cicha Tomek. – A ty dokąd na tym koniu jedziesz? – spytał już na głos.
    – Ja… Rycerz mój, szlachetny pan Jędrzej, wzywa mnie do Koronowa
    Kaźko popadł w uniesienie, mówiąc o wojnie i Krzyżakach. Na koniec oczy ku niebu wzniósł i westchnął, losem kraju szczerze zmartwiony. W końcu weselszym tonem dodał:
    – Może pan Jędrzej mnie potem ze służby puści na wolnego rycerza. Może i pas kiedyś otrzymam! Jak ojciec mam miecz i nieźle nim władam. Ze siedem głów już spadło! No, w każdym razie...
    „A to ci rycerz z ciebie! Większa od twej chwały jest tylko twa chełpliwość. Ot, Stefek Burczymucha!” – pomyślał złośliwie Tomek, lecz nic nie powiedział. Podobał mu się ten Kaźko. No i… był! A w całej tej dziwnej sytuacji była to spora otucha – samemu było przecież znacznie gorzej.
    Długo jeszcze chłopcy rozmawiali, dziwiąc się sobie wzajemnie coraz bardziej i bardziej. To, co mówił Tomek, dla Kaźka było baśnią i czarami jakimiś. To, co mówił Kaźko, dla Tomka niczym powieść rycerska lub podręcznik historii. Wieczór zamienił się w noc, ognisko przygasło i obaj wkrótce usnęli.

    Gdy nastał ranek, Kaźko szturchnął Tomka:
    – Wstawaj! Bóg dał nowy dzień! Czas już. Chcesz, możesz tu zostać, albo ze mną do rycerza mojego jechać. Twoja wola.
    – Jechać… Mogę jechać – wystękał chłopiec półprzytomnie, przeciągając się. – Ale umyj się najpierw, bo po prawdzie to śmierdzisz jak cap. Mydło znasz?
    – A toć kąpałem się na Wielkanoc. Piotr, sługa mój, wyszorował mnie rzetelnie i wychłostał…
    Jezioro było obok. Woda była chłodna – szła już jesień. Chłopcy umyli się, a nawet chwilę popływali, dzięki czemu smrodu było mniej. W końcu Kaźko wskoczył konia i łaskawie wskazał Tomkowi miejsce za sobą. Śmiał się zaraz serdecznie, widząc jak nieporadnie kompan jego próbuje się na koński grzbiet dostać. W końcu wyciągnął rękę i dźwignął go do góry. Tomek przekonał się, że choć młody to rycerzyk, to jednak silny i zręczny.

    Piękną ziemią jest Krajna. Pięknie i z miłością opowiadał też o niej Kaźko: o grodach, o rycerzach i o zwyczajach prostego tutejszego ludu. Trudno jednak było Tomkowi się nią zachwycać. Rychło poznał bowiem, co to znaczy jazda na koniu. Wkrótce niemal nie czuł już własnych pośladków i tęsknił serdecznie za wygodnym fotelem auta.
    – Ojjj! Ojej! A… a… auć! – raz po raz jęczał Kaźkowi do ucha.
    – Na chłopa wyglądasz, a żeś baba! – zżymał się niekiedy Kaźko.
    Tomek nie miał siły odpowiedzieć na przytyki. Częściej, niżby sobie tego życzył, Kaźko musiał wstrzymywać konia i urządzać popas.
    A to przez lasy wielkie jechali, a to poprzez pola, z których już dawno sprzątnięto zboże, a to w wiosce się zatrzymali, a to jeziora mijali, a to znów brodem przechodzili rzeczkę. Rozmawiali mało, długo zaś milczeli. Jedynie na popasach języki im się rozwiązywały na dobre. I tak minął dzień i drugi, i trzeci, a chłopcy nawet nie zauważyli, że zawiązała się między nimi nić sympatii i przyjaźni. Tomek też coraz lepiej na koniu się trzymał i znacznie mniej jęczał.

    Czwartego dnia stanęli wreszcie na miejscu. Gdy wyjechali z lasu, usta Tomka z zamkniętych nagle zaczęły literę „o” przypominać – a raczej wielkie „O”! Ujrzał miasteczko, ubożuchne wprawdzie i licho obwałowane, lecz malowniczo położone w zakolu sporej rzeki.
    – A ot i Koronowo! I rzeka Brda – powiedział Kaźko, zatoczywszy ręką. – Mostów, co na niej są, strzec pilnie trzeba.
    – A ta kupa cegieł nad rzeką, to opactwo – mrugnął okiem do Tomka. – Ojcowie cystersi tutaj siedzą. A że klasztor warowny i dobrze położony, Krzyżaki mają ochotę nim zawładnąć i gniazdem swym uczynić.
    Wokół klasztoru i miasta szeroko rozłożony był obóz polski. Liczne namioty – jedne wielkie i okazałe, inne skromne i malutkie. Gwar i ruch tu panowały. A to konie podkuwano, a to miecze ostrzono, a to znów biegano tam a siam w różnych sprawach. Tak oto rycerstwo polskie szykowało się na rycerzy z czarnymi krzyżami na białych płaszczach. Niełatwo było w tym wszystkim znaleźć rycerza Jędrzeja, lecz w końcu i to się udało. Tomek rad rozstał się z końskim grzbietem i wraz z przyjacielem pokłonił się rycerzowi.

    Nie minęło wiele dni, a przyniesiono wieść, że Krzyżacy – po części zakonnicy, ale wielu też gości Zakonu – zamek w Tucholi oblegli i ku Koronowu zmierzają. Wkrótce też ujrzano ich, jak rozstawili się na jednym z pobliskich wzgórz. Konie swe zostawiwszy w obozie, pieszo zamierzali na miasto napaść. Tomek patrzył zdumiony na białe płaszcze z krzyżami i na wspaniałe orszaki gości zakonu, na barwne tarcze z herbami i powiewające na wietrze proporce. Naraz jednak, ujrzawszy hufce rycerskie wokół klasztoru stojące, zwinęli się i znikli.
    – Na koń! Na koń! I za nimi! Gonić a bić psubratów! – rozległo się po obozie.
    I kto żyw w pościg za umykającymi ruszył. Rycerz Jędrzej z dawna już na koniu siedzący, dźgnął konia ostrogami i pognał. Kaźko hełm nasadził i też na konia wskoczył. Pogoniono, aż kurz się unosił, a Tomek został, oszołomiony tym, co się wokół niego zdarzyło. Prócz niego w obozie pozostali tylko piechurzy i królewskie armaty.

    Długo, długo trzeba było czekać. Dopiero z nastaniem wieczoru pierwsi rycerze wrócili. Zmęczeni ogromnie, a prawie żaden bez jakiejś rany, lecz wieść o zwycięstwie przynieśli i pojmaniu wójta krzyżackiego i wielu znacznych rycerzy.
    – O milę stąd ich dopędziliśmy, koło wsi jakowejś…
    – Siła ich było. Więcej, niż nas. Trzy razy my bój śmiertelny poczynali. Dwakroć trza było spocząć…
    – Mocno nas posiekli, bo rycerze przedni, lecz my ich bardziej. I jeńców też dobrych mamy. Bóg i Matka Boska z nami byli…
    – A na polu trup przy trupie i krwi tyle, że ziemia jak bagno…
    Tak łowił Tomek strzępy tego, co ten lub ów o bitwie mówił Ale mało gadano, bo sił po tak ciężkiej walce brakło. Wciąż nadciągali nowi, lecz ni rycerza Jędrzeja, ni rycerzyka Kaźka nie było. Długo Tomek biegał i wielu wypytywał, lecz nikt nie potrafił mu nic powiedzieć.
    Noc już nastała, gdy pana Jędrzeja wreszcie ujrzał. Jechał on wolno, podtrzymując przed sobą chłopca. Przed namiotem słudzy pochwycili konia i wziąwszy Kaźka, położyli go na ziemi. Mocno był ranami i krwią ledwie przysychającą pokryty. Oddychał, lecz ciężko, a z każdym oddechem z jego ust wydobywał się jęk bolesny.
    – Srodze posiekan – rzekł stary rycerz. – Bóg wie, czy wyżyje. Po mojemu bliższy on niebu, niż ziemi, nad czym srodze boleję, bo jest mi jak własny syn. Otrok to, ale bił się, jakby już rycerzem pasowanym był. I miecz swój na krzyżaku pogiął i złamał.
    Pochylił się Tomek nad przyjacielem, chustką twarz jego z krwi i potu śmiertelnego obtarł. Ten zaś spojrzał na niego wzrokiem na poły zamglonym, chwycił go za rękaw koszuli i rzekł, między słowami ciężko oddech łapiąc:
    – Miecz mój… do domu… nieś… moim oddaj…
    I umarł, wpatrzony w przyjaciela.
    Tomek zaś wiernie przysięgi, której nawet złożyć nie zdążył, dochował. Pożegnawszy szlachetnego pana Jędrzeja, przez kilka dni szedł przez lasy, nie wiedząc właściwie dokąd i tylko według słońca kierując się na zachód. Mało co jadł i mało co odpoczywał. Na koniec doszedł do rzeki Gwdy i, już nie mając siły, położył się pod dębem, z mieczem kaźkowym w obu rękach, przyciśniętym do piersi, i usnął.

    Nagle poczuł, że ktoś mu miecz zabiera. Otworzył szeroko oczy i ujrzał przed sobą przewodnika. I salę muzeum. I gabloty. Starszy pan delikatnie wziął z jego rąk stary, zżarty po części przez rdzę, złamany miecz i włożył na miejsce w gablocie. Tomek znów czuł się oszołomiony.
    – Tato! Byłem tam… To znaczy tu… tam… nie wiem… W roku 1410. Poznałem Kaźka. I byli rycerze. I wielka bitwa. I miecz niosłem. I…
    Pan Adam spojrzał zdumiony na syna.
    – Oj, Tomek, Tomek! Ty to masz fantazję. Ciekawe, co z ciebie wyrośnie. Ot, nasłuchałeś i naczytałeś się o rycerzach, o bitwach, o grodach, o mieczach i tarczach!
    – Tato. Ja naprawdę…
    – Dobrze, dobrze. Czas już na nas.
    Tomek poskrobał się w głowę. Znów kłębiły się w niej pytania i wątpliwości.
    – Sam już nie wiem. To naprawdę było, czy tylko mi się śniło? Oszaleję… Oszaleję…
    Podreptał za tatą do samochodu i pojechali dalej, cieszyć się wakacjami i pięknem Krajny.

    A Kaźko? Gdzie jest grób miłego Kaźka, tego nikt już nie wie. Duch jednak podobno jest tam, gdzie jego miecz. Możliwe, że gdy Złotów usypia, w muzeum pojawia się młody rycerz i po miecz swój sięga. I uśmiecha się serdecznie na wspomnienie Tomka. Pewne, że odwiedza go także, gdy ten smacznie śpi we własnym domu. A bywając u niego w Gnieźnie, odwiedził także i mnie, i opowiedział mi tę historię.

I to już koniec tej opowieści! :)

----------

A jak się ona zakończyła dla mnie? Ano... zdobyciem III miejsca w konkursie! I szaleńczą autostopową wyprawą do Złotowa na "Piknik Historyczny", podczas którego miało nastąpić oficjalne ogłoszenie wyników. Ok. 170 km, więc niby "nie tak daleko", ale jednak było to spore wyzwanie, bo to małe miasteczko na uboczu i naprawdę nie tak łatwo się tam dostać. Nie musiałem tam jechać - obiecywano mi nagrodę przesłać pocztą - ale... chciałem. Choćby po to, by zobaczyć na własne oczy ów miecz, o którym pisałem.

Oczywiście to opowiadanie nie ma nic wspólnego z klasyczną legendą. Może prędzej by je można nazwać "nowoczesną baśnią"? Klimat baśniowy bowiem niewątpliwie w nim jest. Jest całkowicie wytworem mojej wyobraźni, chociaż na jego powstanie miały wpływ dzieła literackie i filmowe, które mnie ukształtowały. 

Jest w tym trochę z przygód Pana Samochodzika Zbigniewa Nienackiego. Od młodości uwielbiałem te książki i tak jest po dziś dzień - chociaż już dawno, oj dawno, nie zaliczam się do młodzieży. Zwłaszcza duży tu jest wpływ książki "Pan Samochodzik i templariusze" w której tytułowy bohater odbywa podróż na Warmię i Mazury wraz z trzema zaprzyjaźnionymi harcerzami - Wilhelmem Tellem, Sokolim Okiem i Wiewiórką - a po drodze wprowadza ich w dzieje templariuszy, krzyżaków i tych ziem, które mieli razem zwiedzać. I jest w tym opowiadaniu także jeden z moich ulubionych wątków z powieści fantastycznych - zawsze ogromnie kręcą mnie podróże w czasie! Tyle, że zamiast skomplikowanego "wehikułu czasu", dzieła mniej lub bardziej szalonego naukowca, mamy tu zwykły (czy aby na pewno?) przedmiot - stary, mocno "nadgryziony zębem czasu" miecz, który z niezwykła siłą reaguje na młodego człowieka o wrażliwej duszy. Sam dotyk uruchamia jakiś "mistyczny mechanizm", otwierający wrota do innego świata, innego czasu.

Tak naprawdę to także poniekąd zapis mojej osobistej podróży. Bo pisząc tą opowieść jednocześnie sam ją głęboko przeżywałem - jako bardzo osobistą przygodę. Jako autor byłem w tym wszystkim wraz z moimi bohaterami, od początku do końca, i naprawdę bardzo emocjonalnie do tego wszystkiego podchodziłem. Ta moja przygoda jednak wykraczała poza ramy tej opowieści, bowiem... musiałem wiele "zbadać", dowiedzieć się. Najpierw - jak już wspomniałem - o Złotowie, zwanym niegdyś Wielatowem, i o Krajnie Złotowskiej, ale też o sąsiedniej (w tamtych czasach) Nowej Marchii, zależnej od krzyżaków. Musiałem się zagłębić w sprawy Zakonu, a także poznać bliżej przebieg wojny polsko - krzyżackiej w 1410 roku - zaczynając od bitwy pod Grunwaldem i zwycięstwa, które być może nie zostało należycie wykorzystane, "przetrąciło kręgosłup" Zakonowi, ale nie dobito go, chociaż być może było to możliwe. Potrzebowałem też dowiedzieć się jak najwięcej o Koronowie i stoczonej tam bitwie. Była więc to dla mnie absolutnie wyjątkowa przygoda, z której sam bardzo wiele się nauczyłem. Bo najpierw musiałem sporo wiedzieć, by w swej opowieści stać się przewodnikiem dla innych.

Początkowo nagrodzone prace miały zostać opublikowane w formie książkowej. Tak się jednak nie stało. Więc w końcu postanowiłem się sam tą opowieścią podzielić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O teatrze ilustracji - kamishibai

Zajmuję się głównie teatrem ilustracji. Ta forma sztuki bajarskiej wywodzi się aż z dalekiej Japonii i po japońsku nazywa się "kamishib...