Nie samym bajaniem bajarz żyje... Przynajmniej w moim wypadku opowieści nie mogą być tylko wytworem wyobraźni. Tworząc je, zawsze szukam rzetelnej wiedzy. Stąd na moich "bajarskich półkach" znajdują się nie tylko książki z samymi baśniami i legendami, ale też całkiem sporo innej literatury, która może być bardzo pomocna - m.in. etnograficznej i historycznej. Teraz nabyłem kolejną taką właśnie książkę.
Wspominałem już chyba o swoim kontakcie z prof. Wijaczką, którego prosiłem o trochę chociaż wiedzy, czy wskazówki, po co sięgnąć, jak chodzi o formę i przebieg "sabatów czarownic". Bo to, rzecz jasna temat dla bajarza szczególnie ciekawy - na pewno bardziej, niż polowanie na czarownice, przebieg ich procesów i tortur. A byłem świeżo po lekturze jego znakomitej książki pt. "Czarownicom żyć nie dopuścisz", której chyba co najmniej trzecia część była poświęcona mojemu Gnieznu. Cóż, nie była to przyjemna lektura, bo nie jest miło czytać, że i w pierwszej stolicy Polski odbywały się tortury i płonęły stosy, ale... i tak byłem zachwycony i mnogością wiedzy, i formą jej przekazywania przez autora. Dlatego też się do niego zwróciłem i...
Pan Profesor mi odpowiedział i pewnych wyjaśnień, bardzo cennych, udzielił. Zapowiedział także, że w kolejnej książce, którą właśnie skończył pisać, będzie także o sprawach z Gniezna. To oczywiście rozpaliło moją ciekawość - bowiem mam wielkie zamiłowanie do historii i do mojego rodzinnego miasta. Więc czekałem niecierpliwie. I wreszcie... 😊 I, jak obiecywał Pan Profesor, jest także o Gnieźnie.
Oczywiście samej historii nie wykorzystam - ona ma służyć mnie, rozwijać moją wiedzę i dawać "zaplecze warsztatowe". Ale miałem też małą niespodziankę, bo autor nie zappwiedział mi jednego. Tego mianowicie, że w treści znajdę akurat to, co mnie bardzo interesowało i o co pytałem - opis "sabatu czarownic". Jest przy tym dosyć rozbudowany i szczegółowy, bardzo ciekawy, w oparciu o zeznania obwinionej o bycie czarownicą kobiety.
"Węglewiczowa dodała następnie, że Agnieszka Watczyna porwała ją na łysą górę, która znajdowała się 'aż tam kandyś pod Mogilno', a wydarzyło się to w następujących okolicznościach. Było to przed sześciu laty, gdy pewnej czwartkowej nocy Watczyna zakołatała do jej drzwi. Węglewiczowa wyszła z domu i wówczas Agnieszka poprosiła, aby poszła z nią na bankiet (sabat). Nie chciała, ale ta prosiła nadal, więc uległa, szczególnie że nie miało to być daleko. Na tym bankiecie Węglewiczoww, jak twierdziła w trakcie przesłuchania, sama nic nie piła i nie jadła, choć inni pili wino i piwo, jedli pieczenie, kapłony, kury i cielęcinę. Na stołach była też jarzyna. Każda z kobiet miała na talerzu kawałek gomółki sera, każda też miała własny nóż. Kucharz, diabeł na kurzych nogacu, zarzynał kury i gęsi. Węglewiczowa widziała, jak z nich krew ciekła. Miał on na sobie biały fartuch i 'uwijał się pięknie, bom mu się najbardziej przypatrywała'. Panowie (diabły) siedzieli przy stołach z paniami (czarownicami), częstowali się nawzajem, kłaniali się sobie, rozmawiali i tańcowali. Wśród nich siedziała Regina Obruśniczka, w odświętnych niebieskich szatach, a obok niej siedział jej diabeł. Wiele kobiet było z Wągrowca (około 50 kilometrów od Gniezna), w tym jedna wraz z córkami. Węglewiczową na bankiecie częstowano piwem, lecz nie chciała go pić, tylko patrzyła. Piwo przyniosła jej także Obruśniczka, a gdy odmówiła, ta zapytała: 'Po diabła ześ tu przyszła, kiedy nie chcesz pić?' Zapytała również, kto przyprowadził ją na spotkanie; wskazała na Agnieszkę. Obruśnica czyniła tej wyrzuty, że niepotrzebnie ją tu przyprowadziła, zobaczyła bowiem zbyt dużo i o wszystkim opowie.
Na łysej górze 'były obicia, lichtarze, czary kubków pięknych i dwa stoły'. Wokół tych stołów pełno było kobiet, zarówno panien, jak i pań, lecz nie było żadnego mężczyzny, tylko pięknie ubrani 'pokuśnikowie'. Gdy się najedli, wszyscy nagle zniknęli. Ona stała przy drzwiach i się dziwiła, Agnieszka Watczyna bowiem kazała jej dobrze się przypatrzeć temu, co się dzieje na łysej górze. Watczyna z tego bankietu zabrała pieczeń, co Węglewiczowa widziała i zapytała: 'po co ją bierzesz?', na co ta odparła: 'zawszeć ją biorę ze sobą'. Uczyniła tak i ona; w domu włoźyła pieczeń do szafki, lecz na drugi dzień przemieniĺa się ona w końskie łajno.
Węglewiczowa następnie zeznawała, źe w trakcie tego bankietu do tańca przygrywał 'stary jakiś z brodą na skrzypkach wielkich, jak zagrał, to skakali ledwie nie do belek, dosyć na tym, że tak skoczno grał, że to niepodobna rzecz, [skakali] po stołach, po ławkach, po belkach, żem się wydziwić nie mogła'. Diabeł tańczący z Obruśniczką ubrany był w kitajkowy żupan i kontusz, a na głowie miał sobolową czapkę. Stary był 'brodziaty, a słuźyli mu i Obruśniczce dwaj młodzi pokuśnicy. Gorzałka stała na stole w czarnej flaszy, było jej ze cztery kwarty" (str. 96 - 98).
Właściwie wszystko tak, jak mi już kiedyś objaśniał prof. Wijaczka. Sabat to była uczta i zabawa, to były bogato zastawione stoły, wykwintne jedzenie i wyśmienite trunki. Fantazjowano więc o rzeczach, na które niewiele osób mogło sobie pozwolić. Nie ma w tych opisach żadnych wielkich sprośności, żadnych orgii seksualnych czy czegoś podobnego - te chore wizje były wymysłem... katolickiego kleru! Jakże ten powyższy opis różni się od tych "sabatów czarownic" z naszych wyobrażeń, ukształtowanych przez kler! Nie żadna głusza po nocy, lecz miejsce wytworne, jakby sala pałacowa". Uczestnicy także wytworni - a przynajmniej diabły, takie "typowo polskie", szlacheckie... niczym sam Boruta. Opis zadziwia wręcz elegancją, kulturą - jakby spotoanie "śmietanki towarzyskiej", gdyby może nie te dzikie tany.
To nie bajka, lecz historia... PONURA historia. To taki wycinek dziejów, którym moje Gniezno się nie chwali, o którym wolimy nie pamiętać. Mroczne i przerażające, ale przecież jednocześnie iakże ciekawe i wciągające! I pobudzające wyobražnię.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz