piątek, 22 maja 2026

Gadka (nie?)cenzuralna o pierdol***u

Nieraz jest tak, że używamy pewnych słów, a zupełnie nie wiemy skąd się wzięły. Niektóre słowa też, chociaż ich pochodzenie jest zupełnie zwyczajne, dziś uchodzą za wulgaryzmy. Najlepszym chyba przykładem tego w języku polskim jest słowo "ku**s", które w języku staropolskim oznacza... frędzel, chwost. Oczywiście wiadomo w takim razie, dlaczego tak nazywano także "ozdobę mężczyzny". ;) Bardzo często słychać też słowo "pierdo**sz", które moźe nie jest tak niecenzuralne - na pewno nie tej samej wagi, co ów "ku**s" - ale jednak uchodzi za niekulturalne. Tymczasem ma - jeśli wierzyć regionalnej opowieści spod Poznania - zupełnie zwyczajne i... kpiarskie pochodzenie. A jak to było? Było to tak:

Dawno, dawno temu... Lecz jednak nie aż tak dawno, jak to bywa często z baśniami i legendami! Lat temu ledwie półtorej setki, więc cóż to przy słynnych wielkopolskich legendach!? Żył, był sobie w Gądkach, niezbyt odległych od Poznania - nawet wówczas, a dziś już leżących dosłownie na jego obrzeżach - niejaki Piotr Paluch. Wielkopolska była wówczas, jak pamiętamy, pod zaborem pruskim i była poddawana nawet brutalnej germanizacji. Niemcy nie tylko zagrabili prastare polskie ziemie, ale toczyły także inne wojny, a do pruskiej armii wcielanych było także wielu Polaków. Chcieli tego, czy nie - a raczej nie - musieli wdziewać mundur pruskiej armii i walczyć za "kajzera", cesarza. Taki los spotkał także i Piotrka Palucha, który - wraz z wieloma innymi Polakami - trafił w roku 1870 na front wojny prusko - francuskiej. 


Nie był jednak walecznym żołnierzem. Trudno się temu przecie dziwić! On, Polak? Miałby walczyć dla Prusaków, dla "kajzera", wroga? Przelewać dla niego krew a może i zginąć gdzieś daleko od rodzinnego domu, od swoich stron i bliskich? O, nie taki on był głupi! Wkrótce też znalazł się po przeciwnej stronie frontu. Gdzie i jakim sposobem? Tego nie wiemy, ale tak właśnie ponoć było. O dziwo jednak, pomimo pruskiego munduru, nie trafił do niewoli, a w każdym razie nie pozostał w niej długo.
 - Polonaise? Polak? To ty nie wróg! - być może uznali Francuzi.

Przecież nie tak dawne były czasy Napoleona Bonaparte, kiedy Polacy byli Francuzom cenionymi towarzyszami broni. Walczyli ramię w ramię wraz z nimi za cesarza i Republikę, upatrując w Napoleonie "męża opatrznościowego", dzięki któremu odrodzi się Polska, wyzwolona spod zaborów. Byli prawdopodobnie na niemal każdym polu bitwy. Byli w słynnej szarźy pod Somossierą, w bitwach pod Waterloo i Austerlitz, a także w wielkiej wyprawie na Moskwę! Sam cesarz też cenił sobie Polaków i nie mógł się ich nachwalić. Z jednym tylko wyjątkiem - Polacy posłani na Haiti, by tam tłumić powstanie, zdezerterowali i przyłączyli się do powstańców. Moźna na pewno długo o tym opowiadać, ale to przecież zupełnie inna historia. W każdym razie pamięć wśród Francuzów o bitnych Polakach i braterstwie broni, zasługach dla Republiki mogła być naszym bardzo pomocna i w tej wojnie, i także Piotrkowi Paluchowi z Gądek. Teraz do niego wróćmy.

A że Piotrek Paluch z Gądek lubił ludzi i potrafił się z każdym dogadać, a i gadanego też przy tym miał, polubili go także bardzo Francuzi. Tym bardziej, że był on przy tym i "złotą rączką", który wszystko czy prawie wszystko potrafił zrobić lub naprawić. Tylko to jego nazwisko, wprawdzie krótkie, ale trudne jakieś.
 - Paluch! Paluch! - tłumaczył im Piotrek pokazując własny paluch. 
- Ah, je comprendes! Doigt. Ach, rozumiem! Paluch! - zakumali wkrótce. 
I tak Piotr Paluch zyskał sobie francuskie miano, Pierre Doigt - co brzmi: "pier dua". 

Każda wojna kiedyś się wreszcie kończy. Skończyła się i ta - i to bardzo szybko, bo po niespełna roku od chwili, gdy się rozpoczęła, w dodatku zwycięstwem pruskim. Z czasem i pojmani przez Francuzów pruscy żołnierze mogli wrócić w swoje strony. Także i Pier wrócił "na Ojczyzny łono". Chociaż może i kusili go frsncuscy kompani, upokorzeni w tej wojnie i zmuszeni do kapitulacji: 
- Chodź z nami, źle ci u nie będzie! Jedź do Paryża czy Marsylii. Tam jest życie! Wina popijesz, sera i chleba pod dostatkiem, a panienki... Ooo! Panienki! Przekonasz się sam, co to znaczy źyć naprawdę! A co masz tam, pod tym swoim "Posen"?
- Dom. Dom! - odpowiadał Pier.
Chociaż Paryż, dziewczęta i znakomite francuskie wino kusiło niewątpliwie mocno, to jednak dom to dom, szak nie? A Piotrek tęsknił ze swymi i chciał wrócić do domu, skoro wojna była skończona. Co mu tam przyjemności życia na obcej ziemi! Ale...

...gdy już wrócił z tego wielkiego świata, coś doprawdy dziwnego stało się z Piotrkiem. Owszem, wesoły był i gadatliwy, jak zawsze. Tyle że jakby języka ojczystego zapomniał, a mówił niemal wyłącznie po francusku! Nie zauważał przy tym, że nikt w okół go nie rozumie, tylko gadał, gadał, gadał... Podśmiewali się ludzie z niego, i zwali juź tylko jego francuskim mianem, spolszczonym nieco - Pier Doła. Z czasem zaś mianem tym określać zaczęto także inne gaduły, gadające długo i bez sensu - a oracje te określono "pierdo**niem". 

Czy tak było naprawdę? A jakże! Przecież opowiadał o tym sam Pier Doła! ;)  A mieszkańcy Gądek po dziś dzień wspominają swego Pier Doła, powtarzając taką właśnie gadkę o nim, pobudzając do śmiechu - a przecież wszyscy dobrze wiemy, że... śmiech to zdrowie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O powidzkich legendach

Powidz jest dużą wsią, leżącą na południowy wschód od Gniezna. Tak, wsią, chociaż wygląda na niewielkie miasteczko. W Polsce kojarzy się prz...