czwartek, 16 lipca 2026

O powidzkich legendach

Powidz jest dużą wsią, leżącą na południowy wschód od Gniezna. Tak, wsią, chociaż wygląda na niewielkie miasteczko. W Polsce kojarzy się przede wszyskim ze znacznym i ważnym lotniskiem wojskowym. W Wielkopolsce zaś - chociaż i poza nią także - słynie z pięknego jeziora o bardzo czystej wodzie.Akwen i tereny wokół niego leżące objęte są ochroną jako Powidzki Park Krajobrazowy. Ale nawet ci, którzy od lat przyjeżdżają nad jezioro, by korzystać z wody i lasów, nie wiedzą zwykle, że Powidz ma też swoje legendy, i to dosyć interesujące.

Najbardziej znaną jest ta o bogu Powidzu i jego kapłance Diwie, którą znalazł i zachował dla nas i potomnych Stanisław Świrko, zawierając ją w swoim znakomitym zbiorze legend welkopolskich pt. "Orle gniazdo". To dość młoda    legenda, która narodziła się nawcześniej gdzieś pod koniec XIX wieku. Rozwinęła się też później, gdyż Diwa, po swej śmierci w wodach jeziora staje się Powidzanką - nimfą, rusałką czy boginką? Tak do końca nie wiadomo, jaką przyieaa naturę. Zrodziła się ta Powidzanka zdecydowanie pod wpływem literatury - "Świtezianki" Mickiewicza i "Balladyny" Słowackiegio, w której pojawia się postać słynnej Goplany. Jakby... pozazdroszczono krainom nad Świtezią (Białoruś) i Gopłem leżącym ich "pań jeziora". Tak samo, jak w przypadku Świtezi czy Gopła miano, związane z konkretną "ondyną", przyjęto potem dla ogółu "panien wodnych" z danego jeziora - Świtezianki, Goplanki, u nas zaś Powidzanki. W ten sposób Diwa - Powidzanka zyskała niejako swój "dwór". 

Legendę o kapłance Diwie mamy w swoim repertuarze lecz w jej klasycznej wersji, jak podana jest u Świrki, która kończy się tragicznie, śmiercią Diwy w toni jeziora. W gruncie rzeczy opowiada ona o wprowadzaniu chrześcijaństwa przez Mieszka I, o... demolowaniu "świata słowiańskiego". Pielęgnuje mit, (!) jakoby Mieszko wprowadzał chrześcijaństwo "ogniem i mieczem", na co nie ma żadnych dowodów historycznych czy archeologicznych. Jednk jest to ciekawa opowieść - zwłaszcza dla mnie, poasjonata historii i słowiańskości. :) Można przy okazji tego przedstawienia zrobić interesującą pogadankę i dyskusję historyczną. A także opowiedzieć o dawnych bogach i... jak tworzono bogów, których... nigdy nie czczono, a czego Powidz jest świetnym przykładem, bowiem nigdy takiego boga w panteonie słowiańskim, czy choćby regionalnym, nie było! Jest on typowo wytworem XIX wieku, stworzonym z potrzeby powiązania się jakoś z "pradziejami Polski", z "początkami Państwa Polskiego", z dziedzictwem słowiańskim, a zarazem wyjaśnienia pochodzenia nazwy miejscowości i jeziora. Chociaż... staram się nie robić przykrości Anastazji, naszej grupowej malarce, która akurat do Powidza ma szczególny sentyment. ;)

niedziela, 12 lipca 2026

Jak to na festynie rodzinnym było...

Imprezy plenerowe nigdy nie są łatwe. Bo jest dużo ludzi, dużo się dzieje, bywa głośno, nawet bardzo, bardzo głośno. W takich warunkach bardzo trudno jest bajać, i... Nie, zdecydowanie nie kocham(y) takich warunków! Ale za to kocham(y) docierać do ludzi z fajnymi opowieściami i trudne warunki do tego nie zniechęcają! 

Tak się akurat składa, że czasowo bytuję w Środzie Wielkopolskiej, i tu, idąc ulicą, zauważyłem ogromny billboard "Dzień Średzkej Rodziny" i pomyślałem sobie: "a dlaczegoby nie?" i postanowiłem spróbować. Skontaktowałem się z organizatorami, Urzędem Miasta, z propozycją i... zostałem przyjęty. Sympatyczna kobieta z wydziału promocji i kultury miała co prawda wątpliwości, czy nie będzie za głośno na taki teatrzyk. A ja na to: "Pani! Jak ktoś występował mając za plecami turniej łuczniczy, to już mu nic nie jest straszne!" No, może nie aż tak dosłownie w ten sposób, takimi slowami, ale... ;) No i dogadaliśmy się. :)

Mogłem tu zaprezentować dwie opowieści z naszego repertuaru - "Metlywek - czarcik powidzki" i "O rusałce z Koszyka". Raz jeszcze: sporym wyzwaniem jest praca w pojedynkę - gdy robię i za bajarza, i za "naganiacza", taki... jednoosobowy "dział organizacji widowni". ;) Niestety, znów nie mogę się podzielić zdjęciami bajarza przy pracy, bo... Znacie ten kawał o żabie? "No przecież się nie rozdwoję!" No i albo bajanie, albo zdjęcia! ;) 

Paradoksalnie na tak "masowej imprezie", bywa trudno... zgromadzić sobie publiczność.  Bo tam stoją "dmuchańce", tam malowanie twarzy - z którym nawet zostałem pomylony, więc zaoferowałem, że mogę wymalować twarz, u mnie bez kolejki, tylko, że... markerem permenentnym (nie skorzystano!). Gdzieś tam kolejka, gdzieś wata cukrowa. Dużo atrakcji dla dzieci, duża konkurencja - często bardzo trudna. ;) Trudno też załapać właściwy kontakt i skupić uwagę dzieci na teatrzyku i opowieści, gdy w około się dużo dzieje. Wszystko to jest trudne, ale... przecież nie niemożliwe. Głośno, no... zrobiło się głośno. Miał być chór. Pomyślałem: "No doibra, z chórem to sobie poradzę!", lecz nie przewidziałem tego, że Chór "Na Głosy" może być... rock'n'rollowym, i to chwilami dość mocno! No i trzeba było zmagać się z chórem - nomen omen - na głosy. Pierwszy raz tak... wykrzyczałem całą bajędę! I co? Dałem radę? Dałem radę!

Los jakoś sprawił, że w tym tak trudnym momencie spotkało mnie największe zaskoczenie. Baśni o rusałce z Koszyka wysłuchał pan z synkiem i młodą kobietą o wyražnie azjatyckich rysach. Panna okazała się być aż z Filipin. Chłopcu było trudno usiedzieć, a ona... słuchała uważnie! I przyglądała się - często bardsiej mnie, niż obrazkom w teatrzyku. Nie byłem zdumiony, w końcu wielu obcokrajowców zna język polski. Prawdziwe zaskoczenie przeżyłem po spektaklu, gdy coś tam szepnęła mężczyźnie na ucho, a on mi powiedział:

"Córce bardzo się podobało. Potem jej będę musiał tą opowieść przetłumaczyć jakoś na angielski, bo nie zna polskiego. Ale podobało jej się to, jak pan opowiada."

W tym momencie na moment zupełnie zaniemówiłem i poczułem się naprawdę niesamowicie. Nie przypuszczałem bowiem, że mogę wpłynąć w taki sposób, bajając po polsku, na osobę, która w ogóle nie zna polskiego! Że uda mi się "zaczarować" samym głosem i sposobem opowiadania, i to w tak ekstremalnie trudnych dla mnie warunkach. "Szoking totalny"! Następnym razem liczę na jakiegoś... Marsjanina na moim bajaniu, bo chyba tylko Marsjanin zdoła mnie bardziej zaskoczyć, niż ta filipińska pannica! ;) Ale zobaczcie, jaka jest magia baśni i emocji w niej zawartych, sposobu opowiadania! A starałem się to robić właściwie, nawet próbując się przebijać przez ten cholerny chór szalejący na estradzie! ;) Naprawdę trudno i o większe zaskoczenie, i o lepszy komplement! Dla mojej partnerki "w radosnej bajarskiej twórczości" takźe zresztą miałem "filipiński komplement ", bo i obrazki bardzo się podobały. :)

Jeśli udało mi się coś takiego, gdy niemal mjsiałem krzyczeć, to... co dopiero, gdy można normalnie pracować głosem, nie walcząc ze stresem "kurna, co ja tutaj robię" i "czy aby mnie słyszą?" Skończyłem występy tuż przed koncertem Big Cyca - zakładając, że z punk-rockiem to mimo wszystko już sobie rady nie dam (a potem była jeszcze Agnieszka Chylińska - na takiej to Imprezie udało się wystąpić!)

Może się wydawać, że baśnie do takiej imprezy nie pasują. Ja też wolę, gdy można się skupić, wyciszyć i w pełni roztoczyć czar bajędy. Ale... dawni bajarze też nieraz bajali po prostu na ulicy, nieraz na targowiskach, gdzie także zmagali się z szumem, gwarem, wrzaskiem przekupniów i... grajkami. ;) Bo bajarze zawsze wychodzili do ludzi - tam, gdzie mogli znaleźć słuchaczy - i to jest to, co także nas "nakręca"! Czasami nawet... "nakręca jak cholera"! :) To wychodzenie do ludzi! Z tym, co mamy, co potrafimy - co nosimy w sobie i czym się chcemy dzielić. A czy idziemy do biblioteki, do szkoły, czy na dużą imprezę plenerową - cóż, praktycznie wszędzie da się zrobić coś ciekawego i przede wszystkim spotkać z człowiekiem!

Udało się znów spotkać fajne dzieciaki i fajnych dorosłych. Bo... ja zawsze powtarzam, że baśnie są nie tylko dla dzieci (a niektóre nawet wcale się dla dzieci nie nadają!). I dorośli słuchają nieraz równie chętnie, i równie dobrze się bawią, a czasem nawet... lepiej, bo z wiekiem człowiek inaczej i więcej rozumie. Mój znajomy poszedł do kina na bajkę "Shrek" i potem relacjonował: "Ty, są takie momenty, że dzieci siedzą jak kołki i nic nie kumają, a starzy spadają z krzeseł ze śmiechu!"  Ja nieraz nawet "celuję" w trochę starszego widza / słuchacza, chociaż opowiadam dla wszystkich. Lubię mieć kontakt z dziećmi - jakby nie było to nasz "target", nasza "grupa docelowa" - ale gdy widzę, że baśń podoba się także ich rodzicom czy dziadkom, wtedy jestem naprawdę bardzo szczęśliwy.

Tutaj w Środzie ogromną przyjemność sprawiła mi pani, którą bardzo ucieszyła informacja, że jestem z Gniezna i przedstawię gniežnieńską bajędę, bo Gniezno to rodzinne miasto - mam nadzieję, że teraz nie pokręcę - jej mamy. A jeszcze większą przyjemność sprawiła mi, zasłuchując się w mą opowieść wraz ze swoim dzieckiem! Widać było, że sprawia jej to przyjemność i... Tak! To "nakręca" bajarza jak jasna cholera!

----------

To był mój drugi występ w Środzie. I mam nadzieję, że nie ostatni. To sympatyczne, wielkopolskie miasteczko, które zdecydowanie "da się lubić" i w którym... lubi się i ceni kulturę, w którym się całkiem sporo dzieje. :) Do pełni szczęścia brakuje mi tu może... więcej lokalnych legend. ;) Bo niestety, bardzo trudno coś znaleźć. A marzy mi się realizacja czegoś lokalnego także dla mieszkańców Środy. Tym bardziej, że zyskałem tu dużo wsparcia dla naszego teatrzyku i pragnę za to jakoś odpłacić, bez "zwalania na Pana Boga". Kiedyś podziękowałem znajomemu księdzu "Bóg zapłać!" a on na to  zartobliwie odpowiedział: "Ty na Pana Boga nie zwalaj, sam zapłać!" ;)

czwartek, 9 lipca 2026

Miła niespodzianka w poznańskim antykwariacie

Dla nikogo, kto mnie troszkę zna, nie jest tajemnicą, że prócz Wielkopolski kocham także Pomorze, Kaszuby. Ta miłość obejmuje także, a może w szczególny sposób, baśnie i legendy, które mają swój specyficzny urok. Mam więc ich sporą kolekcję. Swego czasu, na wieść, że kupiłem kolejne, mój przyjaciel i mistrz w bajarstwie jęknął: "Rany boskie, tyś zkaszubiał do reszty!" Hi, hi, hi... Ta miłość do Kaszub wzięła się stąd, że - począwszy od 1990 roku - spędzaliśmy tam z rodziną każde wakacje. Znam bardziej Kaszuby nadmorskie, a te "lasowe" nie za bardzo, ale pasjonuje mnie bajarsko cały region.

Wczoraj, będąc w Poznaniu, wpadłem do jednego z tamtejszych antykwariatów. W słynnej - w znacznej mierze dzięki pisarce Małgorzacie Musierowicz - dzielnicy Jeźyce jest takie miejsce szczególne, które odkryłem w ubiegłym roku. To Antykwariat "Bukinista" przy ul. Mickiewicza. To nietypowe miejsce, bo nie zwykły sklep, a połączony z klubo-kawiarnią, gdzie można sobie zamówić kawę, usiąść i przeglądać książki. Nie znam drugiego takiego! Tym razem natrafiłem tam na książkę właśnie z baśniami i legendami pomorskimi, kaszubskimi. A zdawało mnie się, że znam już wszystko! ;)


Przyznam, że byłem zaskoczony nie tylko trafieniem na książkę mi nieznaną, ale także... Nazwisko autora nie jest mi obce, ale kojarzyło się dotąd wyłącznie z Kociewiem, niewielkim regionem na południe od Kaszub, pokrytym w znacznej mierze słynnymi Borami Tucholskimi - mam jego bajędy z tych okolic w swoich zbiorach. A tu... Jakże miłe zaskoczenie!

Tytułowa Damroka jest jedną z bardziej znanych postaci z kaszubskich bajęd. Miała jakoby być księżniczką z możnego rodu Sobiesławiców, a mającą swą siedzibę w Chmielnie, wsi niedaleko Kartuz. To właśnie jej imię na okładce zadziałało na mnie, jak magnes na żelazo! Chociaż tak po prawdzie starczyłby już i sam podtytuł: "Baśnie i podania z pomorskich jezior". A jest tych baśni i podań w sumie 23, z czego... chyba większośc i nie znam! Obiecuję sobie więc po tej książce wiele, wiele przyjemności!

Co do samego zakupu. Może i niecoprzepłaciłem - mógłbym ją pewnie kupić taniej w internecie - ale... ten jeżycki antykwariat - "Bukinista" - wart jest tego, by ich zakupem jakimś wesprzeć. Niedawno zmienił właściciela i... wiem już, że planowane jest rozwinięcie jego działlności o wydarzenia literacko-kulturalne! :) Kawy nie próbowałem, ale inni twierdzą, że jest pyszna. No i jest w nim bardzo sympatyczny personel - widać i czuć, że są to naprawdę ludzie z pasją! :) Przy okazji więc zaproponowałem także własne bajarskie usługi. :)

wtorek, 7 lipca 2026

Może... nowa opowieść. ale...

Szczerze mówiąc niezbyt mi się podoba współczesność i przemiany, jakim ulega nasz świat. Wielki problem mam m.in. z coraz mocniej wchodzącą "sztuczną inteligencją" - komputer "opowie ci bajkę", komputer "namaluje ci obraz", komputer "zagra ci muzykę", etc. etc. Błech! Nie, to zdecydowanie nie jest sztuka! I nienawidzę AI zastępujące żywego człowieka i jego twórczość - jest to wszystko... pseudo-.........! Sztukę może tworzyć tylko żywy człowiek! 

Jednak nasze możliwości twórcze, jako grupy, są ograniczone. Tradycyjne obrazki powstają powoli i czysto amatorsko. Cóż więc począć, jeśli pragnie się obrazków znacznie bardziej zaawansowanych, z powtarzalnością mmotywów i postaci? Oczywiście - zlecenie profesjonaliście! Ale... na to potrzeba pieniędzy, a tych nie mamy - my tylko uboidzy bajarze. Jeśli więc chcę teraz, w miarę szybko i szczegółowo stworzyć nową opowieść, no niestety, ale muszę się uciec do AI! Błech! 

I tak oto rodzi się kolejna opowieść, odwołująca się do czasó i potęgi pierwszego króla Polski, Bolesława Chrobrego. A jak AI wyobraża sobie Bolesława Chrobrego i Ottona III w drodze do Gniezna? Ano tak:


Tak, wiem - symbolia państwowa do korekty, i różne drobiazgi. ;)  No i zmagania z moim "duchem" - bo jednak, jako twórca, czuję moralnego kaca uciekając się do AI. Czuję się trochę, jak... cudzołożnik! Słowo daję. Ale zwyczajnie pragnę opowiedzieć tą historię tak, jak to tylko możliwe. Czy to aby nie upadek? Bóg mi świadkiem, że nie wiem - i to może być dobry temat do rozkminki o sztuce i czy powinno się, czy nie korzystać z AI w naszym bajarskim fachu. Z pokorą przyjmą każdy "łomot" przeciwników, bo sam nim jestem i gdybym mógł stworzyć tą opowieść inaczej, to na pewno bym tak uczynił. AI to naprawdę "ostateczność" i tylko jakaś "proteza" dodana do mojej sztuki, którą będzie tekst legendy!

Tym razem w swej opowieści nie na Gnieźnie się koncentruję, chociaż od niego wszystko trzeba zacząć. Przecież Chrobry nie był związany tylko z Gnieznem, chociaż było ono jego grodem centralnym - dzisiaj określamy taki "stolicą", ale trzeba pamiętać, że wówczas nie było stolicy w naszym rozumieniu tego słowa! - był Poznań, giecz, Lednica, Kruszwica... Udamy się więc w tej legendzie przede wszystkim w inne miejsce piastowskiego państwa, a nawet... w daleką podróż na zachód Europy! Kto dobrze zna "legendy piastowskie", chyba może się już domyśleć, o czym chcę opowiedzieć. ;)

Opowieść ta powstaje z myślą o tegorocznej "Koronacji  Królewskiej" w Gnieźnie. Odbędzie się ona w dniach 17 - 19 lipca, więc... czas jest już bliski i zaczynam się naprawdę spieszyć. Mam nadzieję zdążyć, chociaż pracy jest naprawdę bardzo dużo. Póki co mam w głowie scenariusz i tłumaczę AI co i jak chcę mieć na obrazku. Momentami... "jak pasterz krowie" - bo to tylko AI, nie żywy, inteligentny człowiek. Może... na szczęście?

O powidzkich legendach

Powidz jest dużą wsią, leżącą na południowy wschód od Gniezna. Tak, wsią, chociaż wygląda na niewielkie miasteczko. W Polsce kojarzy się prz...