czwartek, 30 lipca 2026

O baśniach "nieskromnych" myśli kilka

Czekam na książkę "Erotic folktales from Norway" i... bardzo się nią "rajcuję", chociaż wcale nie erotycznie. ;) Ta ciekawość i fascynacja mają podłoże czysto kulturowe - bo tak, jak seksualność jest częścią naszej natury, tak samo erotyka jest częścią naszej kultury. Więc czekam niecierpliwie, by się w nią zagłębić. 

W międzyczasie jednak naszło mnie zastanowienie, czy to tylko Skandynawowie byli tacy... zboczeni, ;) czy też Słowianie także bajali sobie o "sprawach intymnych"? Nie spotkałem się z tym, ale to przecież nic nie znaczy, bo "Erotic folktales from Norway" było dla mnie dużym szokiem, bo nie spotkałem się dotąd w ogóle z tradycyjnymi baśniami erotycznymi! Myślę, że Norwegowie wcale się pod tym względem nie wyróżniali, że takich opowieści w ogóle było wiele w każdym społeczeństwie, bo ludzie zawsze lubili sobie "poświntuszyć", nawet "pod bokiem Kościoła". Oczywiście nawet duchowni nieraz wiedli "podwójne życie" - "świętych na ambonach" a poza nimi to już niekoniecznie (byli przecież nawet bardzo rozwiąźli papieże!). Natomiast cenzura była bardzo ostra, pruderyjna i... obawiam się, że bardzo skutecznie "wyprała" naszą kulturę ludową - nie ze wszystkich grzechów ludzkich, ale z erotyzmu na pewno. 

Tym bardziej, że bajędy zostały stopniowo zepchnięte i "zaszufladkowane" w kategorii "dla dzieci". To pokutuje, niestety, po dziś dzień, i gdy np. szukam baśni i legend w antykwariatach, słyszę: "Proszę spojrzeć na półkę z literaturą dziecięcą, o tam!" Nosz kur... de lewele! ha, ha, ha... Tak samo, gdy mówię, że interesuję się bajędami i legendami, bywam traktowany z lekkim (co najmniej) niedowierzaniem, jako "dziwaczny okaz". Trochę obawiam się, że robiąc "coming out" z tymi bajędami erotycznymi, ryzykuję reputację i że zacznę być traktowany z podejrzliwością, a przecież w znacznej mierze pracuję z dziećmi, które są - i słusznie! - pod szczególną ochroną. Ale trzeba podkreślić, że ożywa jednak też bardziej "hardcorowe" bajarstwo i niektóre spotkania opowiadackie są nawet z zastrzeżeniem "18+" czy "wyłącznie dla dorosłych!"

środa, 29 lipca 2026

Bajki... nie dla dzieci

Zawsze powtarzam, że -  wbrew temu, co się powszechnie myśli - baśnie nie są tylko dla dzieci. Wiele baśni może sprawić przyjemność zarówno najmłodszym, jak i tym starszym. Bywają i takie, które się dla dzieci nie bardzo a nawet wcale nie nadają, bowiem są zbyt mroczne, albo...

Przyznam, że byłem bardzo, bardzo zaskoczony, gdy natknąłem się na tą książkę na Amazonie. Zmieszany? Zgorszony? Nie! Raczej mocno... zaintrygowany w jaki sposób opowiedziano w bajędach czy gadkach ludowych o "tych sprawach". ;) I... chętny, by poczytać bądź posłuchać takich historii - na tyle, by pomyśleć o kupnie i przekonaniu się o tym. Nie sądzę, by w treści tych bajań było coś bardzo obscenicznego - "erotyczne" nie musi przecież wcale oznaczać "pornograficzne" - ale zapewne śmiałe, mniej bądź bardziej bezpruderyjne! Na pewno na tyle, by zaklasyfikować je na "18+". ;)

"Sfera erotyczna" jest częścią ludzkiej natury, ludzkiego życia, bo przecież... Zostaliśmy powołani do życia jedni mężczyznami, inne kobietami - i pociągamy się nawzajem, odczuwamy pożądanie, rozmnażamy się poprzez zbliżenie cielesne, erotyczne. Jesteśmy zdolni do fantazjowania - także erotycznego. Bajędy... Być może dawno, dawno temu, gdy opowiadano je sobie wieczorami przy ogniskach, puszczano "wodze fantazji" także i w tą stronę? Nawet być może - chociaż może być to teraz gorszące - przy dzieciach, bowiem z natury jesteśmy "seksualni" i "zachowania erotyczne" są naturalną częścią ludzkiego życia. Tak naturalną, że... pewnie się z tym nie kryto. Sądzę, że dawni rodzice nie czekali aż dzieci wyjdą z chaty (która miała zazwyczaj jedną izbę), by "popracować" nad dodaniem im rodzeństwa, że zachowania erotyczne były normalne. ;)

poniedziałek, 27 lipca 2026

Duchy, demony, fantastyka myśliwska

Natrafiłem ostatnio na interesującą książkę Edwarda Szałapaka pt. "Mity i przesądy myśliwskie". Można lubić myślistwo i myśliwych, można nie lubić - tak samo, jak można jeść mięso, a można być wegetarianinem. Osobiście nic przeciwko myśliwym nie mam, o ile trzymają się standardów etycznych. Nie mam nic przeciwko ich zwyczajom czy obrzędom. Myślistwo, łowiectwo towarzyszyło ludziom od zawsze, i zwyczaje łowieckie są głęboko zakorzenione w historii i kulturze - czy się to komu podoba, czy nie. Wiele legend i bajęd związanych z lasami jest w równym stopniu związanymi także z myślistwem. Stąd też moje zainteresowanie tą książką. Znalazłem w niej także bardzo interesujący fragment, jak chodzi o to, czym się zajmuję szczególnie - o bajędy, fantastykę. Chociaż jest to rozdział książki, to sam w sobie jest niezwykle interesującym artykułem. Przytaczam go poniżej w całości.

----------

Dawny myśliwy upatrywał siedliska tajemnych mocy nie tylko w zwierzętach, na które polował, ale także w różnych przedmiotach martwych lub ożywionych znajdujących się w łowisku. Nie ułatwiało mu to łowów. Ale to jeszcze nie wszystko. Musiał się liczyć z możliwością spotkania istot nadprzyrodzonych, z których tylko nieliczne były mu przychylne. Istoty te wyobrażano sobie czasem bezosobowo, jako coś tajemniczego, najczęściej jednak przydawano im jakąś postać, pospolitą lub niezwykłą. Nazywano je bożkami, boginkami, nimfami, rusałkami, demonami, niektóre zaś po prostu diabłami.

Myślenie przesądne skłania myśliwych do odmiennego niż obiegowe pojmowania terenu łowów. Uważają oni, że są miejsca szczęśliwe i inne - przynoszące niepowodzenia. Przeświadczenie takie powstaje zazwyczaj w ślad za umiejscowieniem w jakimś łowisku dobrych albo złych duchów. Północno-zachodni starosłowiańscy łowcy  czynili na przykład ofiary Radogastowi (zwanemu również Swarożycem, Radegestem) jako złemu duchowi po to, by nie szkodził łowom.

Pod wpływem śródziemnomorskiej kultury antycznej popularnymi stały się wśród polskich myśliwych postaci półbożków uosabiających całą przyrodę: greckiego Pana i rzymskiego Sylwana, choć ten ostatni był przez niektórych utożsamiany z Faunem. Przypisywano tym postaciom opiekę nad lasem i polami, ale nie były obce tym sympatycznym półbożkom także erotyczne przygody z nimfami. Uważano, że nieustannie polując przemierzają lasy, zwłaszcza górskie i swym nagłym pojawieniem się mogą przestraszyć najdzielniejszego nawet łowcę. Sylwana i Pana przedstawiano albo w koźlej postaci, albo w ludzkiej, lecz z kozimi kopytami i urożeniem; często pojawiali się grając na flecie.

niedziela, 26 lipca 2026

Wszelki duch...

Żyjemy w XXI wieku i mamy się za tak mądrych i rozwiniętych, że nie wierzymy w "stare zabobony", niekiedy śmiejemy się z nich, a gdy spotykamy kogoś, kto w nie wierzy, widzimy w nim głupca, ciemniaka. Ot, gdy ktoś opowiada na przykład o duchach, gotowi jesteśmy postukać się palcem w głowę. Prawda? A jednak wciąż tkwią gdzieś w nas dawne zabobony, a przynajmniej ich ślady. Niekiedy na przykład wypowiadamy słowa czy zdania, których źródła i znaczenia nie znamy. Ot, czasem gdy ktoś nas zaskoczy, pojawiając się niespodzianie, wypowiadamy słowa: "Wszelki duch Pana Boga chwali!", szak nie? To doskonały przykład tego, o czym mówię, ślad zabobonnej wiary!

Wiara w duchy była powszechna jeszcze w początkach XX wieku, silna w wieku XIX. Lękano się każdej zjawy, ale też wierzono, że duchy bywają różne, złe i dobre, a często i takie, które włóczą się po świecie po śmierci, zamiast "ulecieć" z niego w "zaświaty". Oczywiście największy strach wzbudzały te złe, straszące i potencjalnie bardzo groźne. Ale... jak już spotkało się ducha, to jak na szybko rozeznać, jaki on jest? Otóż właśnie należało wypowiedzieć słowa: "Wszelki duch Pana Boga chwali!" Gdy zaś zjawa odpowiedziała: "I ja go chwalę!", można było odetchnąć i otrzeć pot z czoła, i spokojnie odmówić modlitwę za duszę chrześcijańską. 

Bo też wierzono także, że właśnie modlitwy żywych tym "duchom pokutującym" trzeba. Są romantyczne, choć mroczne bajędy o tym - zachowane choćby na Kaszubach. Niekiedy ludzie wchodzili też głębiej w interakcje z takim duchem, bardziej zatroskani o jego los, dopytując się, czemuż to się snuje po świecie i czego pragnie. Znacznie gorzej było, gdy duch nie odpowiadał - wówczas naprawdę należało się bać i brać nogi za pas - byle prędzej i dalej od tego miejsca! A modlitwa? Owszem, ta nigdy nie zaszkodziła, ale wtenczas modlono się raczej przede wszystkim o siebie samego i własne bezpieczeństwo.

Zwrot ten był być może też sam w sobie elementem swoistej "magii ochronnej", wywodzącej się jeszcze ze "starej wiary" a zmieszanej z chrześcijaństwem. Być może odniesieniem do Boga zarówno próbowano rozeznać ducha, jak i uspokoić samego siebie, roztoczyć wokół siebie jakby "barierę ochronną" wiary, w Bogu, w jego "imieniu" widząc tarczę dla siebie? Wiara i magia dla prostego ludu "stapiała się" w jedno - stare zabobony i elementy "starej wiary" nigdy nie zostały wyplenione, i przenikały do chrześcijaństwa, stając się nawet niekiedy częścią wiary i zwyczajów chrześcijańskich, głównie w obrębie tzw. "pobożności ludowej".

Czy wiara w duchy jest naiwnością? Może tak, może nie. Ja... wierzę w duchy! Choćby na czas dobrej o nich opowieści - bo wiara ta, taka choćby na chwilę, pozwala jej lepiej doświadczyć, głębiej ją przeżyć. Wierzę w duchy, bo... kocham je i opowieści o nich! Ot co... :)

niedziela, 19 lipca 2026

Bajarskie marzenia - może... do spełnienia?

W tym roku, niestety, nie udało nam się wystąpić na Koronacji Królewskiej w Gnieźnie. Jakieś złośliwe chochliki najwyraźniej zadziałały, że... prawdopodobnie nasze zgłoszenie czy to w ogóle nie doszło, czy też zawieruszyło się gdzieś. Mówi się "trudno" i... nie poddaje się! 

Mam zresztą inny pomysł, o którym chcę porozmawiać z tymi samymi osobami, z tą samą miejską instytucją - do zrealizowania, jak sądzę, jeszcze w te wakacje. Zajmujemy się kamishibai. Kamishibai zaczęło się na ulicach Japonii i... czemu by tak nie zrobić także w Polsce? Właściwie dlaczego u nas kamishibai "zamknęło się" jakoś w ścianach bibliotek, szkół, przedszkoli i ośrodków kultury? Jakiś czas temu do mobilności i "uliczności" tej sztuki próbowała nawrócić poznańska Zielona Grupa. Zainstalowali, jak pamiętam, kamishibai na rowerze - dokładnie tak samo jak robili to japońscy kamishibaiya - i zaczęli objeżdżać dzielnice Poznania, place zabaw i parki. Jak to dokładnie było, tego już - niestety - nie pamiętam.

Myśl o tym, by wyjść z bajędami na ulice Gniezna towarzyszy mi już w sumie od dawna... Rzecz w tym, że wymaga przełamania osobistych problemów i ograniczeń, z którymi się zmagam. Być może pech z Koronacją Królewską będzie... dobrym impulsem do zadziałania? Myślę, że na naszych ulicach zbyt mało jest sztuki ulicznej - a w Gnieźnie to już, niestety, permanentny brak. Chętnie byśmy wkroczyli w tą przestrzeń. Spróbowałem sobie to nawet zwizualizować z pomocą AI i...

Ale tak, naprawdę podoba mi się ten obrazek! Być może moglibyśmy się stać kolejną atrakcją turystyczną, stworzyć na moment miejsce, gdzie turyści by mogli usłyszeć o Gnieźnie i okolicach w inny sposób. Może byśmy zainteresowali też Gnieźnian - zamiast zapraszać ich gdzieś na występy teatrzyku, wychodzić z nim im naprzeciw. Nie robilibyśmy w sumie... nic nowego, a po prostu to, co bajarze robili od zawsze. Czasem z zazdrością patrzę na miasta, gdzie uliczni artyści ożywiają ulice i... dlaczego nie u nas?

Oczywiście ulica jest jakimś wyzwaniem. Normalna to przejeżdżające samochody, przechodzący ludzie, a deptak - spacerowicze. kafejki, restauracje, a w nich gwar rozmów i muzyka. Ale przecież... wyzwania są bardzo ciekawe! Chyba nie większym, ani nie mniejszym, niż imprezy masowe - w których już mamy doświadczenie - i gdzie też jest szum i gwar, i też trzeba dobrze popracować, by mieć jakieś efekty, i na różne sposoby przyciągnąć uwagę, zgromadzić sobie publiczność. Myślę o takim miejscu z jednej strony dość trudnym, bo "samo centrum centrum" ;) i wiele "ogródków" dookoła, ale też i przez to może najlepszym - bo wielu ludzi, wiele dzieci, wielu... potencjalnych widzów / słuchaczy. Przypadkowość widza... Hmmm, z przypadkowymi ludźmi to nigdy się nie wie, jak to będzie... ;) Ale potem... może niektórzy by zaczęli nawet przychodzić celowo, wiedząc gdzie i kiedy bajarz będzie? Może by się nam nawet udało "wrosnąć" w "krajobraz" naszego miasta?

sobota, 18 lipca 2026

O balu na powidzkim zamku i pięknej księżniczce

Głośno, głośno turkoczą koła na powidzkim bruku!
Głośno, głośno zgrzytają osie!
Głośno, głośno trzaska bat!
Glośno, głośno rżą konie!
Głośno, głośno szumi niby wiatr, ale... wiatru nie ma!
Gwałtu, rety!
Co się dzieje?
Co się dzieje!

Starzy ludzie opowiadają, że niedobrze jest kręcić się po Powidzu w Noc Świętojańską. Gorzej jeszcze iść drogą, która od Kruszwicy i Orchowa prowadzi. Najgorzej zaś temu, kto nieopatrznie tam się zaplątawszy, w porę z drogi nie uskoczy przed rozpędzoną karetą. Temu śmierć pewna a okrutna pod kopytami i kołami - woźnica bowiem jakby był szalony! I szalone konie! Choćby i dostrzegł człowieka, ani na niego nie zważy - ani zwolni, ani ominie, ani się nie zatrzyma w razie wypadku, tylko pędzi przed siebie, jakby sam diabeł leciał!

Czarna kareta, i konie czarne jak sama noc. A spod kół i kopyt nie kurz z drogi, lecz mgła jakby się unosi, połyskująca i mieniąca się w świetle księżyca. Sypią się skry skrzesane podkowami. Woźnica czarno ubrany, w elegenacki frak i cylinder... Jakimż to cudem to nakrycie trzyma się głowy w tym szaleńczym pędzie? Magia jakaś, czy co? Tego nikt z żywych zgadnąć nie potrafi. Strzela z bata i wciąż konie pogania, chociaż już gnają nie jak wiatr zwykły, lecz niczym wichura - jedna z tych, które, rozszalawszy się, potrafią łódź na jeziorze wywrócić, rybaka utopić i drzewa na brzegu połamać niczym zapałki.

Któż tym powozem tak pomyka? Komuu tak pilno i dokąd? Któż się aż tak spieszy/ Czyjaż to piękna twarz wygląda zza zasłonek w karecie? Oooo, to już w Powidzu dobrze wiedzą! Doskonale znają tą wielką panią, i jej woźnicę opętanego. To duchy! Zjawy niespokojne! Kto je ujrzy - chociaż ludzie wystrzegają się ich z zabobonnym lękiem - znak krzyża na sobie lub w powietrzu pospiesznie czyni i głośno szepcze: "W imię Ojca, Syna, Ducha! Zgiń przepadnij maro, siło nieczysta!"  To... księżnczka z Kruszwicy tak leci przez pola, wsie i miasteczka. Córka samego kniazia Popiela! Tak, tego samego okrutnego władcy, który - za podszepotem równie podłej, jak on sam, małżonki - stryjów swoich podczas uczty wytruł, a potem za ciężkie swe przewiny wraz z żoną został pożarty przez myszy. 

piątek, 17 lipca 2026

Baśń to czy... baśnio-kabaret? ;)

Z legendami i bajędami bywa niekiedy... śmiesznie. Czytam aktualnie "Łabędzi lot Damroki" Romana Landowskiego, bajędę pt. "O gospodyni z koszykiem", i przecieram oczy ze zdumienia. Bajęda ta zaczyna się:

"Ta tajemnicza historia wydarzyła się w zamierzchłych czasach. Nikt nie wie dokładnie kiedy, ale było to dawno temu, kiedy Koszalin był jeszcze wsią. Otóż niedaleko Koszalina, nad jeziorem Lubiatowo, osiadł na zamku w Bobinie pewien rycerz..."

Koszalin jest bardzo starym grodem. Założony został w XI wieku a prawa miejskie otrzymał w roku 1266. Średniowiecze, więc i rycerz jest w tej opowieści najzupełniej na miejscu. Rycerzowi temu przydarza się niemiła przygoda - utknął w bagnie tak, źe widział już widmo swej w nim śmierci. Nieopatrznie wezwał na pomoc diabła, i ten się stawił przed nim. 

"Ledwie wypowiedział te słowa, gdy nagle pojawiła się przed nim postać ubrana we frak, z cylindrem na głowie, lekko stąpająca po grząskiej łące. (...) - Proszę bardzo, do usług! - uchylił grzecznie cylindra."

Najpierw zamrugałem oczami, a potem musiałem spojrzeć raz jeszcze, bo coś się nie zgadzało, ale... może to ja coś pomyliłem? Zaraz, zaraz. Nie! Rycerz i diabeł we fraku i cylindrze! Zacząłem się śmiać. Nie na głos, lecz w duchu, by nikogo nie pobudzić w środku nocy, ale jednak ubawiłem się setnie i serdecznie. Jakby to miało wyglądać? Ano według AI mniej więcej tak:

Prawda, źe zabawnie? Rycerz - gdzieś XI, XII lub XIII wiek. Frak i cylinder - od XVIII  wieku. Tym samym widok kogoś tak ubranego byłby dla "obywatela średniowiecza" nie mniej wstrząsający, niż gdyby stanął przed nim dajmy na to jakiś "Marsjanin"! 

Cóż, widać znajomość historii, przynajmniej w kwestii ubiorów i mody, nie była mocną stroną pana Landowskiego! ;) Chyba, że umyślnie postanowił wpleść w bajędę scenę tak groteskową, by rozbawić mającego w miarę dobre rozeznanie w dziejach czytelnika, jak ja. No to mu się udało! ;) Myślę jednak, że pisząc lub opowiadając baśnie i legendy nie powinniśmy siać zamętu i dbać o to, by ich szczegóły jak najlepiej pasowały do czasów, o jakich w nich opowiadamy. Osobiście przykładam do tego dużą wagę - łącząc w jedno różne swe pasje: bajarstwo, historia, etnografia... Nie jestem doskonałym znawcą. Popełniam błędy. Moja ilustratorka także. Zdarzają się też różne anachronizmy, chociaż staramy się ich unikać, jak tylko możemy. Gdy brakuje nam wiedzy, jak coś było czy jak coś wyglądało w tamtych czasach, staramy się tego dowiedzieć, poszerzyć swą wiedzę. Chociaż czasem też... odpuszczamy, gdy nie dajemy z czymś rady, w ostateczności. Nie wszystko nam się w naszych opowieściach "spina", ale... ;)

Talent do snucia opowieści jest ważny i cenny, ale wiedza i dokładność także! Chyba, źe chcemy z baśni zrobić... kabaret, parodię. Oczywiście, można i tak! :) Myślę jednak, że nie o to chodziło autorowi tej bajędy. Ale i tak lubię go i jego opowieści. ;)

czwartek, 16 lipca 2026

O powidzkich legendach

Powidz jest dużą wsią, leżącą na południowy wschód od Gniezna. Tak, wsią, chociaż wygląda na niewielkie miasteczko. W Polsce kojarzy się przede wszyskim ze znacznym i ważnym lotniskiem wojskowym. W Wielkopolsce zaś - chociaż i poza nią także - słynie z pięknego jeziora o bardzo czystej wodzie.Akwen i tereny wokół niego leżące objęte są ochroną jako Powidzki Park Krajobrazowy. Ale nawet ci, którzy od lat przyjeżdżają nad jezioro, by korzystać z wody i lasów, nie wiedzą zwykle, że Powidz ma też swoje legendy, i to dosyć interesujące.

Najbardziej znaną jest ta o bogu Powidzu i jego kapłance Diwie, którą znalazł i zachował dla nas i potomnych Stanisław Świrko, zawierając ją w swoim znakomitym zbiorze legend welkopolskich pt. "Orle gniazdo". To dość młoda    legenda, która narodziła się nawcześniej gdzieś pod koniec XIX wieku. Rozwinęła się też później, gdyż Diwa, po swej śmierci w wodach jeziora staje się Powidzanką - nimfą, rusałką czy boginką? Tak do końca nie wiadomo, jaką przyieaa naturę. Zrodziła się ta Powidzanka zdecydowanie pod wpływem literatury - "Świtezianki" Mickiewicza i "Balladyny" Słowackiegio, w której pojawia się postać słynnej Goplany. Jakby... pozazdroszczono krainom nad Świtezią (Białoruś) i Gopłem leżącym ich "pań jeziora". Tak samo, jak w przypadku Świtezi czy Gopła miano, związane z konkretną "ondyną", przyjęto potem dla ogółu "panien wodnych" z danego jeziora - Świtezianki, Goplanki, u nas zaś Powidzanki. W ten sposób Diwa - Powidzanka zyskała niejako swój "dwór". 

Legendę o kapłance Diwie mamy w swoim repertuarze lecz w jej klasycznej wersji, jak podana jest u Świrki, która kończy się tragicznie, śmiercią Diwy w toni jeziora. W gruncie rzeczy opowiada ona o wprowadzaniu chrześcijaństwa przez Mieszka I, o... demolowaniu "świata słowiańskiego". Pielęgnuje mit, (!) jakoby Mieszko wprowadzał chrześcijaństwo "ogniem i mieczem", na co nie ma żadnych dowodów historycznych czy archeologicznych. Jednk jest to ciekawa opowieść - zwłaszcza dla mnie, poasjonata historii i słowiańskości. :) Można przy okazji tego przedstawienia zrobić interesującą pogadankę i dyskusję historyczną. A także opowiedzieć o dawnych bogach i... jak tworzono bogów, których... nigdy nie czczono, a czego Powidz jest świetnym przykładem, bowiem nigdy takiego boga w panteonie słowiańskim, czy choćby regionalnym, nie było! Jest on typowo wytworem XIX wieku, stworzonym z potrzeby powiązania się jakoś z "pradziejami Polski", z "początkami Państwa Polskiego", z dziedzictwem słowiańskim, a zarazem wyjaśnienia pochodzenia nazwy miejscowości i jeziora. Chociaż... staram się nie robić przykrości Anastazji, naszej grupowej malarce, która akurat do Powidza ma szczególny sentyment. ;)

niedziela, 12 lipca 2026

Jak to na festynie rodzinnym było...

Imprezy plenerowe nigdy nie są łatwe. Bo jest dużo ludzi, dużo się dzieje, bywa głośno, nawet bardzo, bardzo głośno. W takich warunkach bardzo trudno jest bajać, i... Nie, zdecydowanie nie kocham(y) takich warunków! Ale za to kocham(y) docierać do ludzi z fajnymi opowieściami i trudne warunki do tego nie zniechęcają! 

Tak się akurat składa, że czasowo bytuję w Środzie Wielkopolskiej, i tu, idąc ulicą, zauważyłem ogromny billboard "Dzień Średzkej Rodziny" i pomyślałem sobie: "a dlaczegoby nie?" i postanowiłem spróbować. Skontaktowałem się z organizatorami, Urzędem Miasta, z propozycją i... zostałem przyjęty. Sympatyczna kobieta z wydziału promocji i kultury miała co prawda wątpliwości, czy nie będzie za głośno na taki teatrzyk. A ja na to: "Pani! Jak ktoś występował mając za plecami turniej łuczniczy, to już mu nic nie jest straszne!" No, może nie aż tak dosłownie w ten sposób, takimi slowami, ale... ;) No i dogadaliśmy się. :)

Mogłem tu zaprezentować dwie opowieści z naszego repertuaru - "Metlywek - czarcik powidzki" i "O rusałce z Koszyka". Raz jeszcze: sporym wyzwaniem jest praca w pojedynkę - gdy robię i za bajarza, i za "naganiacza", taki... jednoosobowy "dział organizacji widowni". ;) Niestety, znów nie mogę się podzielić zdjęciami bajarza przy pracy, bo... Znacie ten kawał o żabie? "No przecież się nie rozdwoję!" No i albo bajanie, albo zdjęcia! ;) 

Paradoksalnie na tak "masowej imprezie", bywa trudno... zgromadzić sobie publiczność.  Bo tam stoją "dmuchańce", tam malowanie twarzy - z którym nawet zostałem pomylony, więc zaoferowałem, że mogę wymalować twarz, u mnie bez kolejki, tylko, że... markerem permenentnym (nie skorzystano!). Gdzieś tam kolejka, gdzieś wata cukrowa. Dużo atrakcji dla dzieci, duża konkurencja - często bardzo trudna. ;) Trudno też załapać właściwy kontakt i skupić uwagę dzieci na teatrzyku i opowieści, gdy w około się dużo dzieje. Wszystko to jest trudne, ale... przecież nie niemożliwe. Głośno, no... zrobiło się głośno. Miał być chór. Pomyślałem: "No doibra, z chórem to sobie poradzę!", lecz nie przewidziałem tego, że Chór "Na Głosy" może być... rock'n'rollowym, i to chwilami dość mocno! No i trzeba było zmagać się z chórem - nomen omen - na głosy. Pierwszy raz tak... wykrzyczałem całą bajędę! I co? Dałem radę? Dałem radę!

Los jakoś sprawił, że w tym tak trudnym momencie spotkało mnie największe zaskoczenie. Baśni o rusałce z Koszyka wysłuchał pan z synkiem i młodą kobietą o wyražnie azjatyckich rysach. Panna okazała się być aż z Filipin. Chłopcu było trudno usiedzieć, a ona... słuchała uważnie! I przyglądała się - często bardsiej mnie, niż obrazkom w teatrzyku. Nie byłem zdumiony, w końcu wielu obcokrajowców zna język polski. Prawdziwe zaskoczenie przeżyłem po spektaklu, gdy coś tam szepnęła mężczyźnie na ucho, a on mi powiedział:

"Córce bardzo się podobało. Potem jej będę musiał tą opowieść przetłumaczyć jakoś na angielski, bo nie zna polskiego. Ale podobało jej się to, jak pan opowiada."

W tym momencie na moment zupełnie zaniemówiłem i poczułem się naprawdę niesamowicie. Nie przypuszczałem bowiem, że mogę wpłynąć w taki sposób, bajając po polsku, na osobę, która w ogóle nie zna polskiego! Że uda mi się "zaczarować" samym głosem i sposobem opowiadania, i to w tak ekstremalnie trudnych dla mnie warunkach. "Szoking totalny"! Następnym razem liczę na jakiegoś... Marsjanina na moim bajaniu, bo chyba tylko Marsjanin zdoła mnie bardziej zaskoczyć, niż ta filipińska pannica! ;) Ale zobaczcie, jaka jest magia baśni i emocji w niej zawartych, sposobu opowiadania! A starałem się to robić właściwie, nawet próbując się przebijać przez ten cholerny chór szalejący na estradzie! ;) Naprawdę trudno i o większe zaskoczenie, i o lepszy komplement! Dla mojej partnerki "w radosnej bajarskiej twórczości" takźe zresztą miałem "filipiński komplement ", bo i obrazki bardzo się podobały. :)

Jeśli udało mi się coś takiego, gdy niemal mjsiałem krzyczeć, to... co dopiero, gdy można normalnie pracować głosem, nie walcząc ze stresem "kurna, co ja tutaj robię" i "czy aby mnie słyszą?" Skończyłem występy tuż przed koncertem Big Cyca - zakładając, że z punk-rockiem to mimo wszystko już sobie rady nie dam (a potem była jeszcze Agnieszka Chylińska - na takiej to Imprezie udało się wystąpić!)

Może się wydawać, że baśnie do takiej imprezy nie pasują. Ja też wolę, gdy można się skupić, wyciszyć i w pełni roztoczyć czar bajędy. Ale... dawni bajarze też nieraz bajali po prostu na ulicy, nieraz na targowiskach, gdzie także zmagali się z szumem, gwarem, wrzaskiem przekupniów i... grajkami. ;) Bo bajarze zawsze wychodzili do ludzi - tam, gdzie mogli znaleźć słuchaczy - i to jest to, co także nas "nakręca"! Czasami nawet... "nakręca jak cholera"! :) To wychodzenie do ludzi! Z tym, co mamy, co potrafimy - co nosimy w sobie i czym się chcemy dzielić. A czy idziemy do biblioteki, do szkoły, czy na dużą imprezę plenerową - cóż, praktycznie wszędzie da się zrobić coś ciekawego i przede wszystkim spotkać z człowiekiem!

Udało się znów spotkać fajne dzieciaki i fajnych dorosłych. Bo... ja zawsze powtarzam, że baśnie są nie tylko dla dzieci (a niektóre nawet wcale się dla dzieci nie nadają!). I dorośli słuchają nieraz równie chętnie, i równie dobrze się bawią, a czasem nawet... lepiej, bo z wiekiem człowiek inaczej i więcej rozumie. Mój znajomy poszedł do kina na bajkę "Shrek" i potem relacjonował: "Ty, są takie momenty, że dzieci siedzą jak kołki i nic nie kumają, a starzy spadają z krzeseł ze śmiechu!"  Ja nieraz nawet "celuję" w trochę starszego widza / słuchacza, chociaż opowiadam dla wszystkich. Lubię mieć kontakt z dziećmi - jakby nie było to nasz "target", nasza "grupa docelowa" - ale gdy widzę, że baśń podoba się także ich rodzicom czy dziadkom, wtedy jestem naprawdę bardzo szczęśliwy.

Tutaj w Środzie ogromną przyjemność sprawiła mi pani, którą bardzo ucieszyła informacja, że jestem z Gniezna i przedstawię gniežnieńską bajędę, bo Gniezno to rodzinne miasto - mam nadzieję, że teraz nie pokręcę - jej mamy. A jeszcze większą przyjemność sprawiła mi, zasłuchując się w mą opowieść wraz ze swoim dzieckiem! Widać było, że sprawia jej to przyjemność i... Tak! To "nakręca" bajarza jak jasna cholera!

----------

To był mój drugi występ w Środzie. I mam nadzieję, że nie ostatni. To sympatyczne, wielkopolskie miasteczko, które zdecydowanie "da się lubić" i w którym... lubi się i ceni kulturę, w którym się całkiem sporo dzieje. :) Do pełni szczęścia brakuje mi tu może... więcej lokalnych legend. ;) Bo niestety, bardzo trudno coś znaleźć. A marzy mi się realizacja czegoś lokalnego także dla mieszkańców Środy. Tym bardziej, że zyskałem tu dużo wsparcia dla naszego teatrzyku i pragnę za to jakoś odpłacić, bez "zwalania na Pana Boga". Kiedyś podziękowałem znajomemu księdzu "Bóg zapłać!" a on na to  zartobliwie odpowiedział: "Ty na Pana Boga nie zwalaj, sam zapłać!" ;)

czwartek, 9 lipca 2026

Miła niespodzianka w poznańskim antykwariacie

Dla nikogo, kto mnie troszkę zna, nie jest tajemnicą, że prócz Wielkopolski kocham także Pomorze, Kaszuby. Ta miłość obejmuje także, a może w szczególny sposób, baśnie i legendy, które mają swój specyficzny urok. Mam więc ich sporą kolekcję. Swego czasu, na wieść, że kupiłem kolejne, mój przyjaciel i mistrz w bajarstwie jęknął: "Rany boskie, tyś zkaszubiał do reszty!" Hi, hi, hi... Ta miłość do Kaszub wzięła się stąd, że - począwszy od 1990 roku - spędzaliśmy tam z rodziną każde wakacje. Znam bardziej Kaszuby nadmorskie, a te "lasowe" nie za bardzo, ale pasjonuje mnie bajarsko cały region.

Wczoraj, będąc w Poznaniu, wpadłem do jednego z tamtejszych antykwariatów. W słynnej - w znacznej mierze dzięki pisarce Małgorzacie Musierowicz - dzielnicy Jeźyce jest takie miejsce szczególne, które odkryłem w ubiegłym roku. To Antykwariat "Bukinista" przy ul. Mickiewicza. To nietypowe miejsce, bo nie zwykły sklep, a połączony z klubo-kawiarnią, gdzie można sobie zamówić kawę, usiąść i przeglądać książki. Nie znam drugiego takiego! Tym razem natrafiłem tam na książkę właśnie z baśniami i legendami pomorskimi, kaszubskimi. A zdawało mnie się, że znam już wszystko! ;)


Przyznam, że byłem zaskoczony nie tylko trafieniem na książkę mi nieznaną, ale także... Nazwisko autora nie jest mi obce, ale kojarzyło się dotąd wyłącznie z Kociewiem, niewielkim regionem na południe od Kaszub, pokrytym w znacznej mierze słynnymi Borami Tucholskimi - mam jego bajędy z tych okolic w swoich zbiorach. A tu... Jakże miłe zaskoczenie!

Tytułowa Damroka jest jedną z bardziej znanych postaci z kaszubskich bajęd. Miała jakoby być księżniczką z możnego rodu Sobiesławiców, a mającą swą siedzibę w Chmielnie, wsi niedaleko Kartuz. To właśnie jej imię na okładce zadziałało na mnie, jak magnes na żelazo! Chociaż tak po prawdzie starczyłby już i sam podtytuł: "Baśnie i podania z pomorskich jezior". A jest tych baśni i podań w sumie 23, z czego... chyba większośc i nie znam! Obiecuję sobie więc po tej książce wiele, wiele przyjemności!

Co do samego zakupu. Może i niecoprzepłaciłem - mógłbym ją pewnie kupić taniej w internecie - ale... ten jeżycki antykwariat - "Bukinista" - wart jest tego, by ich zakupem jakimś wesprzeć. Niedawno zmienił właściciela i... wiem już, że planowane jest rozwinięcie jego działlności o wydarzenia literacko-kulturalne! :) Kawy nie próbowałem, ale inni twierdzą, że jest pyszna. No i jest w nim bardzo sympatyczny personel - widać i czuć, że są to naprawdę ludzie z pasją! :) Przy okazji więc zaproponowałem także własne bajarskie usługi. :)

wtorek, 7 lipca 2026

Może... nowa opowieść. ale...

Szczerze mówiąc niezbyt mi się podoba współczesność i przemiany, jakim ulega nasz świat. Wielki problem mam m.in. z coraz mocniej wchodzącą "sztuczną inteligencją" - komputer "opowie ci bajkę", komputer "namaluje ci obraz", komputer "zagra ci muzykę", etc. etc. Błech! Nie, to zdecydowanie nie jest sztuka! I nienawidzę AI zastępujące żywego człowieka i jego twórczość - jest to wszystko... pseudo-.........! Sztukę może tworzyć tylko żywy człowiek! 

Jednak nasze możliwości twórcze, jako grupy, są ograniczone. Tradycyjne obrazki powstają powoli i czysto amatorsko. Cóż więc począć, jeśli pragnie się obrazków znacznie bardziej zaawansowanych, z powtarzalnością mmotywów i postaci? Oczywiście - zlecenie profesjonaliście! Ale... na to potrzeba pieniędzy, a tych nie mamy - my tylko uboidzy bajarze. Jeśli więc chcę teraz, w miarę szybko i szczegółowo stworzyć nową opowieść, no niestety, ale muszę się uciec do AI! Błech! 

I tak oto rodzi się kolejna opowieść, odwołująca się do czasó i potęgi pierwszego króla Polski, Bolesława Chrobrego. A jak AI wyobraża sobie Bolesława Chrobrego i Ottona III w drodze do Gniezna? Ano tak:


Tak, wiem - symbolia państwowa do korekty, i różne drobiazgi. ;)  No i zmagania z moim "duchem" - bo jednak, jako twórca, czuję moralnego kaca uciekając się do AI. Czuję się trochę, jak... cudzołożnik! Słowo daję. Ale zwyczajnie pragnę opowiedzieć tą historię tak, jak to tylko możliwe. Czy to aby nie upadek? Bóg mi świadkiem, że nie wiem - i to może być dobry temat do rozkminki o sztuce i czy powinno się, czy nie korzystać z AI w naszym bajarskim fachu. Z pokorą przyjmą każdy "łomot" przeciwników, bo sam nim jestem i gdybym mógł stworzyć tą opowieść inaczej, to na pewno bym tak uczynił. AI to naprawdę "ostateczność" i tylko jakaś "proteza" dodana do mojej sztuki, którą będzie tekst legendy!

Tym razem w swej opowieści nie na Gnieźnie się koncentruję, chociaż od niego wszystko trzeba zacząć. Przecież Chrobry nie był związany tylko z Gnieznem, chociaż było ono jego grodem centralnym - dzisiaj określamy taki "stolicą", ale trzeba pamiętać, że wówczas nie było stolicy w naszym rozumieniu tego słowa! - był Poznań, giecz, Lednica, Kruszwica... Udamy się więc w tej legendzie przede wszystkim w inne miejsce piastowskiego państwa, a nawet... w daleką podróż na zachód Europy! Kto dobrze zna "legendy piastowskie", chyba może się już domyśleć, o czym chcę opowiedzieć. ;)

Opowieść ta powstaje z myślą o tegorocznej "Koronacji  Królewskiej" w Gnieźnie. Odbędzie się ona w dniach 17 - 19 lipca, więc... czas jest już bliski i zaczynam się naprawdę spieszyć. Mam nadzieję zdążyć, chociaż pracy jest naprawdę bardzo dużo. Póki co mam w głowie scenariusz i tłumaczę AI co i jak chcę mieć na obrazku. Momentami... "jak pasterz krowie" - bo to tylko AI, nie żywy, inteligentny człowiek. Może... na szczęście?

Moje trzy pytania

Zawsze podkreślam, że chociaż ciekawi mnie cały świat i kultura ludów ziemi, i chętnie czytam baśnie i legendy z całego świata - ot, na przy...