Imprezy plenerowe nigdy nie są łatwe. Bo jest dużo ludzi, dużo się dzieje, bywa głośno, nawet bardzo, bardzo głośno. W takich warunkach bardzo trudno jest bajać, i... Nie, zdecydowanie nie kocham(y) takich warunków! Ale za to kocham(y) docierać do ludzi z fajnymi opowieściami i trudne warunki do tego nie zniechęcają!
Tak się akurat składa, że czasowo bytuję w Środzie Wielkopolskiej, i tu, idąc ulicą, zauważyłem ogromny billboard "Dzień Średzkej Rodziny" i pomyślałem sobie: "a dlaczegoby nie?" i postanowiłem spróbować. Skontaktowałem się z organizatorami, Urzędem Miasta, z propozycją i... zostałem przyjęty. Sympatyczna kobieta z wydziału promocji i kultury miała co prawda wątpliwości, czy nie będzie za głośno na taki teatrzyk. A ja na to: "Pani! Jak ktoś występował mając za plecami turniej łuczniczy, to już mu nic nie jest straszne!" No, może nie aż tak dosłownie w ten sposób, takimi slowami, ale... ;) No i dogadaliśmy się. :)
Mogłem tu zaprezentować dwie opowieści z naszego repertuaru - "Metlywek - czarcik powidzki" i "O rusałce z Koszyka". Raz jeszcze: sporym wyzwaniem jest praca w pojedynkę - gdy robię i za bajarza, i za "naganiacza", taki... jednoosobowy "dział organizacji widowni". ;) Niestety, znów nie mogę się podzielić zdjęciami bajarza przy pracy, bo... Znacie ten kawał o żabie? "No przecież się nie rozdwoję!" No i albo bajanie, albo zdjęcia! ;)
Paradoksalnie na tak "masowej imprezie", bywa trudno... zgromadzić sobie publiczność. Bo tam stoją "dmuchańce", tam malowanie twarzy - z którym nawet zostałem pomylony, więc zaoferowałem, że mogę wymalować twarz, u mnie bez kolejki, tylko, że... markerem permenentnym (nie skorzystano!). Gdzieś tam kolejka, gdzieś wata cukrowa. Dużo atrakcji dla dzieci, duża konkurencja - często bardzo trudna. ;) Trudno też załapać właściwy kontakt i skupić uwagę dzieci na teatrzyku i opowieści, gdy w około się dużo dzieje. Wszystko to jest trudne, ale... przecież nie niemożliwe. Głośno, no... zrobiło się głośno. Miał być chór. Pomyślałem: "No doibra, z chórem to sobie poradzę!", lecz nie przewidziałem tego, że Chór "Na Głosy" może być... rock'n'rollowym, i to chwilami dość mocno! No i trzeba było zmagać się z chórem - nomen omen - na głosy. Pierwszy raz tak... wykrzyczałem całą bajędę! I co? Dałem radę? Dałem radę!
Los jakoś sprawił, że w tym tak trudnym momencie spotkało mnie największe zaskoczenie. Baśni o rusałce z Koszyka wysłuchał pan z synkiem i młodą kobietą o wyražnie azjatyckich rysach. Panna okazała się być aż z Filipin. Chłopcu było trudno usiedzieć, a ona... słuchała uważnie! I przyglądała się - często bardsiej mnie, niż obrazkom w teatrzyku. Nie byłem zdumiony, w końcu wielu obcokrajowców zna język polski. Prawdziwe zaskoczenie przeżyłem po spektaklu, gdy coś tam szepnęła mężczyźnie na ucho, a on mi powiedział:
"Córce bardzo się podobało. Potem jej będę musiał tą opowieść przetłumaczyć jakoś na angielski, bo nie zna polskiego. Ale podobało jej się to, jak pan opowiada."
W tym momencie na moment zupełnie zaniemówiłem i poczułem się naprawdę niesamowicie. Nie przypuszczałem bowiem, że mogę wpłynąć w taki sposób, bajając po polsku, na osobę, która w ogóle nie zna polskiego! Że uda mi się "zaczarować" samym głosem i sposobem opowiadania, i to w tak ekstremalnie trudnych dla mnie warunkach. "Szoking totalny"! Następnym razem liczę na jakiegoś... Marsjanina na moim bajaniu, bo chyba tylko Marsjanin zdoła mnie bardziej zaskoczyć, niż ta filipińska pannica! ;) Ale zobaczcie, jaka jest magia baśni i emocji w niej zawartych, sposobu opowiadania! A starałem się to robić właściwie, nawet próbując się przebijać przez ten cholerny chór szalejący na estradzie! ;) Naprawdę trudno i o większe zaskoczenie, i o lepszy komplement! Dla mojej partnerki "w radosnej bajarskiej twórczości" takźe zresztą miałem "filipiński komplement ", bo i obrazki bardzo się podobały. :)
Jeśli udało mi się coś takiego, gdy niemal mjsiałem krzyczeć, to... co dopiero, gdy można normalnie pracować głosem, nie walcząc ze stresem "kurna, co ja tutaj robię" i "czy aby mnie słyszą?" Skończyłem występy tuż przed koncertem Big Cyca - zakładając, że z punk-rockiem to mimo wszystko już sobie rady nie dam (a potem była jeszcze Agnieszka Chylińska - na takiej to Imprezie udało się wystąpić!)
Może się wydawać, że baśnie do takiej imprezy nie pasują. Ja też wolę, gdy można się skupić, wyciszyć i w pełni roztoczyć czar bajędy. Ale... dawni bajarze też nieraz bajali po prostu na ulicy, nieraz na targowiskach, gdzie także zmagali się z szumem, gwarem, wrzaskiem przekupniów i... grajkami. ;) Bo bajarze zawsze wychodzili do ludzi - tam, gdzie mogli znaleźć słuchaczy - i to jest to, co także nas "nakręca"! Czasami nawet... "nakręca jak cholera"! :) To wychodzenie do ludzi! Z tym, co mamy, co potrafimy - co nosimy w sobie i czym się chcemy dzielić. A czy idziemy do biblioteki, do szkoły, czy na dużą imprezę plenerową - cóż, praktycznie wszędzie da się zrobić coś ciekawego i przede wszystkim spotkać z człowiekiem!
Udało się znów spotkać fajne dzieciaki i fajnych dorosłych. Bo... ja zawsze powtarzam, że baśnie są nie tylko dla dzieci (a niektóre nawet wcale się dla dzieci nie nadają!). I dorośli słuchają nieraz równie chętnie, i równie dobrze się bawią, a czasem nawet... lepiej, bo z wiekiem człowiek inaczej i więcej rozumie. Mój znajomy poszedł do kina na bajkę "Shrek" i potem relacjonował: "Ty, są takie momenty, że dzieci siedzą jak kołki i nic nie kumają, a starzy spadają z krzeseł ze śmiechu!" Ja nieraz nawet "celuję" w trochę starszego widza / słuchacza, chociaż opowiadam dla wszystkich. Lubię mieć kontakt z dziećmi - jakby nie było to nasz "target", nasza "grupa docelowa" - ale gdy widzę, że baśń podoba się także ich rodzicom czy dziadkom, wtedy jestem naprawdę bardzo szczęśliwy.
Tutaj w Środzie ogromną przyjemność sprawiła mi pani, którą bardzo ucieszyła informacja, że jestem z Gniezna i przedstawię gniežnieńską bajędę, bo Gniezno to rodzinne miasto - mam nadzieję, że teraz nie pokręcę - jej mamy. A jeszcze większą przyjemność sprawiła mi, zasłuchując się w mą opowieść wraz ze swoim dzieckiem! Widać było, że sprawia jej to przyjemność i... Tak! To "nakręca" bajarza jak jasna cholera!
----------
To był mój drugi występ w Środzie. I mam nadzieję, że nie ostatni. To sympatyczne, wielkopolskie miasteczko, które zdecydowanie "da się lubić" i w którym... lubi się i ceni kulturę, w którym się całkiem sporo dzieje. :) Do pełni szczęścia brakuje mi tu może... więcej lokalnych legend. ;) Bo niestety, bardzo trudno coś znaleźć. A marzy mi się realizacja czegoś lokalnego także dla mieszkańców Środy. Tym bardziej, że zyskałem tu dużo wsparcia dla naszego teatrzyku i pragnę za to jakoś odpłacić, bez "zwalania na Pana Boga". Kiedyś podziękowałem znajomemu księdzu "Bóg zapłać!" a on na to zartobliwie odpowiedział: "Ty na Pana Boga nie zwalaj, sam zapłać!" ;)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz