Lednica... Tak, wciąż jeszcze "żyję Lednicą" i lednicką kupalnocką! ;) ...to nie tylko relikty wspaniałego grodu na wyspie; grodu, w którym być może dorastał młody Bolko, pod czujną opieką księżnej Dobrawy / Dąbrówki, podczas gdy ojciec jego, książę Mieszko ciągle i ciągle objeżdżał swój kraj, jak to było w zwyczaju władców, zajmując się jego sprawami. To także ciekawe legendy. Jedna z tych legend opowiada o wielkim skarbie Lecha, jaki rzekomo ukryty został w Lednej Górze. Jednak główną legendą lednicką jest ta o złotym tronie Bolesława, naszego pierwszego króla. A było to tak...
Wielkie sprawy działy się w roku 1000 w grodzie gnieźnieńskim, stolicy młodego państwa polskiego. Do grobu świętego Wojciecha - biskupa praskiego, misjonarza i męczennika - przybyli znamienici pielgrzymi. Największym z nich był Otton III, przyjaciel Wojciecha. Cesarz prawdopodobnie raz tylko jeden wówczas opuścił swe państwo - "władca chrześcijańskiego świata" nie miał bowiem w zwyczaju podróżować poza granice, a przecież i spraw swego ogromnego cesarstwa miał aż nadto na głowie! Tylko dla Wojciecha i dla Bolesława uczynił wyjątek i honor - pierwszego czcząc, w drugim zaś dostrzegając sojusznika i partnera niemalże równego sobie. Drugi pielgrzym niewiele mu ustępował godnością - był to kardynał Robert, najbliższy współpracownik ojca świętego, papieża Sylwestra II. Był on jego "prawą ręką", towarzysząc mu na co dzień i podczas odprawiania świętych obrzędów, i w sprawowaniu rządów. Nadto zaś wśród pątników było wielu biskupów z obszaru cesarstwa i książąt. A każdy w otoczeniu dworzan i rycerstwa. Był to bez wątpienia najwspanialszy orszak, jaki - być może kiedykolwiek - widziano na polskich ziemiach.
Z dawnych kronik wiemy, że goście skierowali się wpierw ku Lednicy, ostatniemu miejscu spocznienia w pąci przed Gnieznem. Z Lednicy poprowadził ich książę Bolko ku swej stolicy. A gdy gród ujrzeli, zsiadł cesarz z konia, zzuł buty i boso - pomimo zimna, ruszył ku grobowi męczennika. Możemy się domyślać, że i Bolko, i Robert i zapewne wielu innych powtórzyli ów gest pokory za Ottonem. A w Gnieźnie? Wszyscy wiemy. Niewątpliwie kardynał Robert odczytał słowa ojca śwìętego, ogłaszające wyniesienie biskupa Wojciecha do chwały ołtarzy, jako świętego, i kult jego dozwalające i nakazujące. Nadto zaś dekret papieski o erekcji Metropolii Gnieźnieńskiej i ustanawiający Radzyma Gaudentego, przyrodniego brata i towarzysza wojciechowego, jej metropolitą, ze szczególnym tytułem: "Archiepiscopus Sancti Adalberti" - "Arcybiskup Świętego Wojciecha".
Niewielki grodowy kościółek, w którym ledwie przed kilkoma miesiącami złożono sprowadzone - historycy twierdzą, że najprawdopodobniej z dalekiego Gdańska - ciało męczennika, mógł pomieścić ledwie najznaczniejszych tylko pątników. A to, co w kościółku ogłaszano, sto głosów zaraz rozgłaszało dalej po całym grodzie i okolicy. Ale...




