Za mną bardzo pracowita, baśniowa sobota. W samą Noc Świętojańską zawitałem "w progi" Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy - nie jako turysta, ale wykonawca, z naszym małym teatrzykiem, podczas "Nocy Kupały na Lednicy", najstarszej i najbardziej prestiżowej imprezy kupalnockowej w Polsce. Nie był to dla mnie pierwszy raz - uczestniczyłem już w tej imprezie wraz z gnieźnieńskim Centrum Aktywności Społecznej "Largo", i zrealizowanym tam przedstawieniem, lecz po raz pierwszy zagościliśmy tam jako Grupa Bajarzy "WędrujeMY" - co prawda grupa skurczona na ten raz do mnie samego, gdyż Anastazja, niestety, nie mogła przyjechać.
Największym wyzwaniem była pogoda: upał i duchota, ogromna wilgotność powietrza - tak, że nawet fakt, że impreza odbywa się na samym brzegu jeziora Lednickiego, nic nie dawał, jezioro nie niosło żadnej ulgi. Już samo przygotowanie do występu było wyczerpujące. Moja scenka niby bardzo mała, ale stolik rozstawić, tło rozpiąć i... paprotek nasadzić wokół! Sztucznych paprotek, co prawda, ale pięknie i dość naturalnie wyglądających. Trochę przeklinałem w duchu moje "efekciarstwo", ocierając raz po raz pot z czoła, ale... efekt był!
Co prawda... chciałbym jeszcze więcej kwiatków i paproci, ale... ;)
Warto się było pomęczyć, bo dekoracje od razu zwracały uwagę przechodzących osób, niektórzy od razu pytali: a co tu będzie, będzie sobie można tu zdjęcia robić? A... to i niegłupia myśl być może - rozwinąć działalność bajarską o usługi fotograficzne? Ha, ha, ha... Foto, video = "money, money" do naszego koszyka! ;) Namęczyłem się i napociłem z tym wszystkim, ale w końcu mogłem odetchnąć i z zadowoleniem się przyjrzeć. Jednak nie długo, bo wybiła 18.00 i zaczynała się Kupalnocka!
Źle się pracuje samemu, bo trzeba pracować za dwóch lub trzech - nie tylko bajać, ale i organizować sobie widownię, zapraszać. Ja trochę tak, jak przekupień, praktykuję zachwalanie swego "towaru", obchodząc okolicę z dzwoneczkiem i zapraszając na przedstawienie. Naprawdę więc Anastazja jest niezastąpiona i gdy jej nie ma, to brak to okrutny, bo część występów kobita kochana bierze na siebie. :) Bez niej, i bez jej talentów, by teatrzyku w ogóle nie było - bo to ona maluje, rysuje i wykleja - ale i z gotowym już przedstawieniem zawsze mnie lepiej jest z nią, niż bez niej. ;)
A samo bajanie? O czymże można bajać w ten szczególny wieczór, jak nie o... kwiecie paproci przecie? :) O samej opowieści już pisałem w poprzednim wpisie. I było naprawdę wielu chętnych, by tej baśni wysłuchać. A że nie była to ta najbardziej znana opowieść, a bajęda mazurska wg. Michała Kajki, było dla części osób dodatkowo zachęcające. A jak to bajanie szło, możecie się przekonać sami:
Taka duża widownia, i to podczas imprezy plenerowej, to oczywiście niemałe wyzwanie dla opowiadacza. Nie posiadamy bowiem nagłośnienia, a więc trzeba było czytać naprawdę głośno. A już zwłaszcza, gdy na głównej scenie do mikrofonu się dorwał Paweł, koordynator całej imprezy! Ach, te "gigantofony"! ;) Ogólnie bardzo by nam się przydał niewielki a mocny system nagłośnieniowy (na filmie dźwięk jest z mikrofonu podpiętego do telefonu dłuuuuugiiiim kablem). Tak samo i namiot, pod którym byśmy się mogli pomieścić z naszą sceną - lepiej jednak bajać w cieniu! ;) W ogóle z zazdrością patrzyłem na tych, którzy swą scenę mieli pod wielkim dębem! Ha, ha, ha! Bo - niestety - i głośność czytania, i upał, i duchota, ogromna ilość wilgoci w powietrzu... wszystko to wpływało na trudność w pracy z głosem. W końcu też, już po kilku przedstawieniach, zupełnie mi się "zwoje przegrzały" i... pomyliłem kolejność obrazków! Na szczęście publiczność była równie przegrzana i przez to też może bardziej wyrozumiała. ;)
Jak już wspomniałem, był to pierwszy występ naszej Grupy Bajarzy "WędrujeMY" nad prastarą, słowiańską naszą Lednicą. Mistrz Józef Ignacy Kraszewski w swojej "Starej Baśni" określał ją nawet... świętą, a na wielkiej wyspie ulokował chram, świątynię słowiańską - "duchowe serce" nie tylko "pra-Polski", ale w ogóle (w jego wyobrażeniu) całej Słowiańszczyzny, do którego mieli pielgrzymować nie tylko Lechici, ale i Rusini, i Łużyczanie, i Serbo-chorwaci z dalekiego południa. Ale nawet jeśli Mistrz mocno przesadził, to przecie Lednica ma ogromne znaczenie i prestiż. I to dla nas wielki przywilej móc wystąpić w takim miejscu! I, rzecz jasna, z chęcią będziemy tam wracać - nie tylko w Noc Kupały. Ma Lednica przecie i swe tajemnice, piękne legendy - jak choćby ta o skarbie Lecha ukrytym w Lednej Górze, czy o złotym tronie Bolesława, darze od Ottona III, także pono ukrytym gdzieś na wyspie...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz