Głośno, głośno turkoczą koła na powidzkim bruku!
Głośno, głośno zgrzytają osie!
Głośno, głośno trzaska bat!
Glośno, głośno rżą konie!
Głośno, głośno szumi niby wiatr, ale... wiatru nie ma!
Gwałtu, rety!
Co się dzieje?
Co się dzieje!
Starzy ludzie opowiadają, że niedobrze jest kręcić się po Powidzu w Noc Świętojańską. Gorzej jeszcze iść drogą, która od Kruszwicy i Orchowa prowadzi. Najgorzej zaś temu, kto nieopatrznie tam się zaplątawszy, w porę z drogi nie uskoczy przed rozpędzoną karetą. Temu śmierć pewna a okrutna pod kopytami i kołami - woźnica bowiem jakby był szalony! I szalone konie! Choćby i dostrzegł człowieka, ani na niego nie zważy - ani zwolni, ani ominie, ani się nie zatrzyma w razie wypadku, tylko pędzi przed siebie, jakby sam diabeł leciał!
Czarna kareta, i konie czarne jak sama noc. A spod kół i kopyt nie kurz z drogi, lecz mgła jakby się unosi, połyskująca i mieniąca się w świetle księżyca. Sypią się skry skrzesane podkowami. Woźnica czarno ubrany, w elegenacki frak i cylinder... Jakimż to cudem to nakrycie trzyma się głowy w tym szaleńczym pędzie? Magia jakaś, czy co? Tego nikt z żywych zgadnąć nie potrafi. Strzela z bata i wciąż konie pogania, chociaż już gnają nie jak wiatr zwykły, lecz niczym wichura - jedna z tych, które, rozszalawszy się, potrafią łódź na jeziorze wywrócić, rybaka utopić i drzewa na brzegu połamać niczym zapałki.
Któż tym powozem tak pomyka? Komuu tak pilno i dokąd? Któż się aż tak spieszy/ Czyjaż to piękna twarz wygląda zza zasłonek w karecie? Oooo, to już w Powidzu dobrze wiedzą! Doskonale znają tą wielką panią, i jej woźnicę opętanego. To duchy! Zjawy niespokojne! Kto je ujrzy - chociaż ludzie wystrzegają się ich z zabobonnym lękiem - znak krzyża na sobie lub w powietrzu pospiesznie czyni i głośno szepcze: "W imię Ojca, Syna, Ducha! Zgiń przepadnij maro, siło nieczysta!" To... księżnczka z Kruszwicy tak leci przez pola, wsie i miasteczka. Córka samego kniazia Popiela! Tak, tego samego okrutnego władcy, który - za podszepotem równie podłej, jak on sam, małżonki - stryjów swoich podczas uczty wytruł, a potem za ciężkie swe przewiny wraz z żoną został pożarty przez myszy.
A cóż skłoniło piękną kniazównę do dalekiej i szaleńczej podróży? Miłość! Może nie tak podła była i wyrachowana, jak jej niesławny ojciec, skoro jej serce potrafiło pokochać mocno i szczerze młodzieńca, który w Powidzu miał swój zameczek na niewysokim wzgórzu. Miłość tak silna, że choć pomarli już oboje dawno, a nawet ich kości spróchniały w grobach, ich uczucie wciąż żyje i ciągnie ich ku sobie. Niemało wieków minęło, z górą ponad tysiąc lat, a piękna młoda dama gna na wezwanie swego miłego, na wielki bal, w zamku powidzkim się corocznie odbywający w noc Świętojańską, dawną słowiańską Noc Kupały, święto miłości. Chociaż dzisiaj po zamku choćby najmniejszego śladu nie ma na ziemi, miejscowi wiedzą przecie dobrze że był. Wierzą także, że... wciąż jest tam, gdzie był wieki temu, lecz skryty przed żywymi głęboko w ziemi pod pagórkiem - tak zamek, jak i pan jego możny. I wzgórze to zwą Górą Zamkową, na pamiątkę tych dawnych czasów.
Już, już wpada karoca do Powidza, przetacza się z łoskotem uliczkami miasteczka. W tym pędzie ogromnym trwa to tak krótką chwilę, ledwie się obejrzeć. Wtem! Rozwierają się zbocza wzgórza, gdzie już gra muzyka i tańczą pięknie odziani goście. Panowie proszą panie, a to do tańców najdawniejszych, sprzed wielu wieków jeszcze, słowiańskich naszych rodzimych, a to do modniejszych, dworskich. Przez bramę wychodzi kniaź młody, pochyla się w dworkim ukłonie, gdy dama, wraz z całym zaprzęgiem wjeżdżają wgłąb wzgórza. Potem wrota tajemne się zamykają, wszystko cichnie, i spokój zapada, jak i wprzódy. Aż do kolejnego roku, do kolejnej Nocy św. Jana.
-----
Ot, i...
Opowieści o duchach mają zawsze swój szczególny klimat i urok. Zwłaszcza, gdy baja się je głęboką i ciemną nocą. Wszelkie zjawy są bardzo atrakcyjne. Spójrzmy chociaż na stare zamki: najwięcej ciekawskich turystów przyciągają te, które mogą się poszczycić jakimś własnym duchem, co najmniej jedym, samotnym! U nas zamki zwykle mają status bądź to "trwałej ruiny", bądź muzeum. W innych krajach jednak są bardzo gościnne, i można w nich nawet przeonocować. Słynne z gościnności i... duchów są np. zamki szkockie. Czy mielibyście ochotę na takie... wakacje z duchami? Bo ja bardzo! Uwielbiam i stare bajędy o duchach i upiorach, i historie o (rzekomych?) zjawach nam współczesnych, o "miejscach w których straszy".
Wierzyć, czy nie wierzyć?
Oto jest pytanie! :)
Ale duchy nie tylko włóczą się nocami po starych zamkach i ich okolicy. Są bytami naprawdę bardzo powszechnymi, i w każdym regionie opowieści o nich jest multum. Wielkopolska także jest bardzo... "duszna"! Z okolic mego Gniezna także pochodzi niejedna taka opowieść, chociaż wiele zostało - niestety - zapomnianych. Z samego Gniezna znam co najmniej dwie "opowieści z dreszczykiem" - z tego jedną z okresu... II wojny światowej! Mnogość tych opowieści zawdzięczamy temu, że ludzie w gruncie rzeczy - tak sądzę - zawsze lubili i nadal lubią "strachy". Lubili wywoływać strach w innych, żeby mieli aż ciarki i żeby im "włosy dęba stawaly", i samemu także trochę się bać. Lubili poczuć "atmosferę grozy", ów szczególny "dreszczyk emocji". Ja sam wierzę w duchy, bo... Chyba głównie dlatego właśnie,że kocham stare bajędy i niesamowitości, i lubię się bać - może nie bardzo, ale chociaż tak trochę. Wierzę w duchy, bo mam naturę romantyka i bajarza. Ot, co! :)
Ta powidzka bajęda, o rzekomej córce Popiela także jest doprawdy urocza. Ten duch właściwie nie straszy, tylko się objawia - gna całym zaprzęgiem na złamanie karku. To bardzo powszechny motyw, przynajmniej w naszej kulturze ludowej. Chyba praktycznie w każdym zakątku Polski drogami pędzą zaprzęgi powożone przez duchy, lub jeźdźcy na koniach, które ani nie wiadomo skąd przybywają, ani gdzie znikają. Podobny charakter ma równie powszechnie opisywany przez bajarzy "dziki gon", "dzikie polowanie" widywane rzekomo niekiedy po lasach. Ale wracając do Powidza...
Gdyby udało się zjawisko w tej bajędzie zawarte "uchwycicić" jakoś ludziom, którzy badają nawiedzone miejsca - są tacy "łowcy duchów"! - zapewne zakwalifikowaliby je jako tzw. "nawiedzenie szczątkowe", nie świadomą zjawę, "byt rozumny". Skąd to wiem? Ano z filmów poaradokumentanych o ich działalności, które bardzo chętnie oglądam w telewizji (a czytam także chętnie o takich zjawiskch!). W oryginalnym przekazie tej bajędy duchy nie wchodzą w żadne z żywymi interakcje i... w tak naprawdę konie nikogo po drodze nie tratują. Duchy te nie stanowią zagrożenia a tylko się pojawiają, jakby nikły ślad, wspomnienie, "przebłysk" dalekiej przeszlości. Reszta to już moja wyobraźnia i skłonność do tego, by do niesamowitego zjawiska dodać jeszcze od siebie nieco więcej grozy. ;)
Ale nie na tyle, by nie można było opowiadać tej historii dzieciom! Niekiedy zdarza mi się opowiadać takie historie najmłodszym - zawsze w sposób odpowiedzialny i odpowiedni dla słuchaczy. Zwykle poprzedzam bajędę pytaniem: "Czy lubicie się bać? Może nie bardzo, ale tak trochę, troszeczkę?" Czasem niektóre dzieci potrząsają wówczas główkami i widać po nich, że trochę boją się... bać. ;) Ale i tak nadal chętnie potem sluchają! Wiele jednak oznajmia: "Taaaaaakkk!" Tak, dzieci lubią się bać "tak trochę", lecz... nie naprawdę. I fajnie jest im dawać czasem trochę strachu, ale tylko na ten krótki czas opowieści - nie na dłużej. Więc i te duchy nie mogą straszyć zbyt mocno! Myślę, że... kniaziówna pędząca przez Powidz i daje trochę grozy, i nie jest jednak wcale aż tak straszna, tylko taka "akuratna" na lekką opowiastkę w dawnym stylu, jak to opowiadano sobie sto lat temu bądź więcej.
To nie jedyna legenda, jaka wiąże się ze "Wzgórzem Zamkowym" w Powidzu. "W swoim czasie" jeszcze na pewno o tym miejscu opowiem. :) Lecz prócz bajęd kocham także historię i fakty. Przede wszystkim więc... w Powidzu nigdy nie było zamku! Tak więc i "Wzgórze Zamkowe" nijak nie może być prawdziwym wzgórzem zamkowym! Ale ludzie, jak to ludzie, często w fantazjch podnoszą rangę swego "domu", swego miasteczka, okolicy - czasem posuwając się aż do... absurdu, granic wyobraźni. Mieszkańcy Powidza i tak są nadzwyczaj skromni, czyniąc swe miasteczko siedzibą ledwie jakichś pomniejszych władyków, na tyle jednak możnych, by móc sobie na zamek pozwolić. :) Zamku nie było nawet w pobliskiej Słupcy, która obecnie jest siedzibą powiatu. Co więcej - w czasach legendarnego Popiela nie było na ziemiach polskich ani jednego zamku, a warowne grody! Słynna "Mysia Wieża' w Kruszwicy nie ma - rzecz jasna - naprawdę nic wspólnego z Popielem, a jest pozostałością po XIV-wiecznym zamku. Najbliżej Powidza zamek "był" w Gnieźnie - gnieźnieński kościół romański (XI wiek) pw. św. Jerzego jest tytułowany "na zamku" - ale tak po prawdzie to był wciąż gród obronny, który zaczęto przekształcać w zamek, ale dzieła tego najwyraźniej zaniechano, zapewne dlatego że samo Gniezno podupadło, straciło swą rangę i znaczenie, "królewskim grodem" pozostając już tylko tytularnie. Ale od biedy możemy się w Gnieźnie "zamkiem" pochwalić. A nawet... dwoma! Bowiem był jeszcze zamek biskupi - chociaż też nie "sensu stricte", bo był to okazały dwór obronny - ale to też czasy już późniejsze. Możemy się "poszczycić" także i... Popielem! Właśnie tak! Bo według najstarszych kronik, najstarszych wersji legendy o nim, jego stolicą było właśnie Gniezno! I to w Gnieźnie, nie w Kruszwicy, syn Piasta, Siemowit, objął po Popielu panowanie.
Tak więc, wracając do legendy. księżniczka powinna do Powidza pomykać nie Traktem Kruszwickim, lecz Traktem Gnieźnieńskim! No, ale... zrosła się postać Popiela z Kruszwicą i cóż począć? Pędzi sobie kniaziówna od Kruszwicy, i niech już tak pozostanie! :) Jest w tej bajędzie i inny, prócz zamku, poważny anachronizm - poważniejszy jeszcze chyba jeszcze, niż ten, z którego sobie pozwoliłem dopiero co zakpić w poprzednim swym wpisie. Popiel... kiedyż mógł żyć? W IX wieku być może. A tu... córka jego w karecie przepięknej na bal jedzie! Takiego dziwa przecież w jej czasach nie znano! Pojazd ten rozpowszechnił się w Polsce dopiero w czasach nowożytnych, w XVII wieku. Ale dobrze. zostawmy księżniczce i jej karetę, razem z Kruszwicą. Anachronizm, lecz mówi nam wiele o czasach, w których to podanie być może powstało, i o ludziach, którzy bajędę tą wysnuli. W ich czasach wielcy państwo podróżowali właśnie karetami, powozami - które były jedną z oznak ich statusu społecznego i zamożności. Tak więc i księżniczka - kniaziówna musiała mieć karetę i stangreta! To przecież jasne, nieprawdaż?
Niestety, nie znam pochodzenia tego podania. Sam poznałem tą bajędę na kartkach książki "Powidzkie legendy i opowieści - dawne i nowe" (red. Halina Galińska, Powidz 2013), podarowaną mi jakiś czas temu przez powidzą bibliotekę publiczną. Zachwycająca, chociaż bardzo prosta publikacja. Brakuje tam jednak odpowiednich komentarzy i odnośników do źródeł. Być może zapisał to podanie słynny Otto Knoop, lub któryś z naszych polskich czy wielkopolskich "krajopisarzy"?



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz