Z legendami i bajędami bywa niekiedy... śmiesznie. Czytam aktualnie "Łabędzi lot Damroki" Romana Landowskiego, bajędę pt. "O gospodyni z koszykiem", i przecieram oczy ze zdumienia. Bajęda ta zaczyna się:
"Ta tajemnicza historia wydarzyła się w zamierzchłych czasach. Nikt nie wie dokładnie kiedy, ale było to dawno temu, kiedy Koszalin był jeszcze wsią. Otóż niedaleko Koszalina, nad jeziorem Lubiatowo, osiadł na zamku w Bobinie pewien rycerz..."
Koszalin jest bardzo starym grodem. Założony został w XI wieku a prawa miejskie otrzymał w roku 1266. Średniowiecze, więc i rycerz jest w tej opowieści najzupełniej na miejscu. Rycerzowi temu przydarza się niemiła przygoda - utknął w bagnie tak, źe widział już widmo swej w nim śmierci. Nieopatrznie wezwał na pomoc diabła, i ten się stawił przed nim.
"Ledwie wypowiedział te słowa, gdy nagle pojawiła się przed nim postać ubrana we frak, z cylindrem na głowie, lekko stąpająca po grząskiej łące. (...) - Proszę bardzo, do usług! - uchylił grzecznie cylindra."
Najpierw zamrugałem oczami, a potem musiałem spojrzeć raz jeszcze, bo coś się nie zgadzało, ale... może to ja coś pomyliłem? Zaraz, zaraz. Nie! Rycerz i diabeł we fraku i cylindrze! Zacząłem się śmiać. Nie na głos, lecz w duchu, by nikogo nie pobudzić w środku nocy, ale jednak ubawiłem się setnie i serdecznie. Jakby to miało wyglądać? Ano według AI mniej więcej tak:
Prawda, źe zabawnie? Rycerz - gdzieś XI, XII lub XIII wiek. Frak i cylinder - od XVIII wieku. Tym samym widok kogoś tak ubranego byłby dla "obywatela średniowiecza" nie mniej wstrząsający, niż gdyby stanął przed nim dajmy na to jakiś "Marsjanin"!
Cóż, widać znajomość historii, przynajmniej w kwestii ubiorów i mody, nie była mocną stroną pana Landowskiego! ;) Chyba, że umyślnie postanowił wpleść w bajędę scenę tak groteskową, by rozbawić mającego w miarę dobre rozeznanie w dziejach czytelnika, jak ja. No to mu się udało! ;) Myślę jednak, że pisząc lub opowiadając baśnie i legendy nie powinniśmy siać zamętu i dbać o to, by ich szczegóły jak najlepiej pasowały do czasów, o jakich w nich opowiadamy. Osobiście przykładam do tego dużą wagę - łącząc w jedno różne swe pasje: bajarstwo, historia, etnografia... Nie jestem doskonałym znawcą. Popełniam błędy. Moja ilustratorka także. Zdarzają się też różne anachronizmy, chociaż staramy się ich unikać, jak tylko możemy. Gdy brakuje nam wiedzy, jak coś było czy jak coś wyglądało w tamtych czasach, staramy się tego dowiedzieć, poszerzyć swą wiedzę. Chociaż czasem też... odpuszczamy, gdy nie dajemy z czymś rady, w ostateczności. Nie wszystko nam się w naszych opowieściach "spina", ale... ;)
Talent do snucia opowieści jest ważny i cenny, ale wiedza i dokładność także! Chyba, źe chcemy z baśni zrobić... kabaret, parodię. Oczywiście, można i tak! :) Myślę jednak, że nie o to chodziło autorowi tej bajędy. Ale i tak lubię go i jego opowieści. ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz