Myślę, że każdy Polak zna legendę o Lechu, Czechu i Rusie, o Orle Białym i o założeniu Gniezna. To tak, jak z wierszykiem:
"Kto ty jesteś?
... Polak Mały.
Jaki znak twój?
... Orzeł Biały."
- znać powinien po prostu każdy! Postrzegam to wręcz jako... patriotyczny obowiązek! Myślę też zresztą, że - jeśli już nie równie "patriotycznie obowiązkowo" - należałoby, a przynajmniej byłoby dobrze, by każdy Polak choćby raz w życiu odwiedził Gniezno i Lednicę. Ja mam to szczęście, że z tej ziemi się wywodzę, i ją mocno czuję na co dzień. Dla innych zaś może to być piękna, patriotyczna pielgrzymka. Może być i religijna, do grobu św. Wojciecha, ale przede wszystkim pielgrzymka do naszych korzeni, które w tej Ziemi Gnieźnieńskiej tkwią bardzo głęboko - bo tu wszystko się zaczęło, i kraj, i naród, i tożsamość, wszystko to, co zawierają w sobie słowa: "Polska", "Polak" / "Polka", "polskość"! Gniezno znaczy gniazdo! Nie tylko tego legendarnego Orła Białego, ale i Polski. Jednak wracając do legendy, a właściwie legend...
Mam, rzecz jasna, swoją własną wersję tej najbardziej znanej z legend gnieźnieńskich. Opowiadam ją trochę inaczej, niż się zwykło - sporo uwagi poświęcam temu, co kronikarskie zapiski przemilczały. Zastanawiam się np. skąd pochodzimy i jaka była wędrówka naszego ludu pod wodzą Lecha. Muszę przyznać, że samego Lecha i tą legendę traktuję jako część naszej historii - dla mnie jest on kimś bardzo bliskim i prawdziwym. Nieraz podkreślam, że to jest ta wolność bajarza w zestawieniu ze "światem nauki", że bajarz nie musi się niewolniczo trzymać faktów czy wniosków naukowych, badawczych - może "żeglować" dość swobodnie po "morzu" naszej przeszłości, historii i tradycji.
Do tych "gdybań" o tym, co było, nim Lech, Czech i Rus wyruszyli w drogę, dokładam też trochę dawnych wierzeń, mistycyzmu nawet, bo przecież nie byliśmy "duchową pustynią" i nasi przodkowie byli bardzo religijni - o czym w kronikach nic nie ma (w przypadku tej legendy przynajmniej), bo kroniki nasze pisali mnisi katoliccy, którym nie pasowało to dawne pogaństwo, więc przemilczeli. Ja natomiast staram się głębiej zaglądać w świat naszych przodków, w ich życie - w tym też w duchowość, religijność, sposób myślenia i postrzegania świata - i starać się oddać jak najwierniej, jak to być mogło. Oczywiście staram się przy tym także korzystać jak najbardziej z wiedzy - z tego, co niesie nam "świat nauki" - bo moja fantazja musi mieć jednak także dobre fundamenty, łączyć się z tym, co wiemy, lub czego się domyślamy.
Stworzyłem więc - jak sądzę - legendę bardzo żywą, "soczystą" i obrazową. Sam przy tym pisaniu bardzo mocno ją przeżywałem, więc jest też emocjonalna - na pewno jeszcze bardziej w moim własnym wykonaniu, czytaniu / opowiadaniu dla ludzi.
-----
Trzeba przy tym wiedzieć, że nie jest to jedyna legenda związana z Lechem. Drugą najbardziej po niej znaną jest legenda o założeniu Poznania, który pozazdrościł Gnieznu i też sięgnął do lechickich tradycji. W wielkim skrócie: Lech podczas polowania zatrzymał się na wyspie pośrodku rzeki, i tam rozbił obóz, a traf chciał, że akurat nadjechał jego brat Czech, którego Lech w mroku początkowo nie poznał, a gdy wreszcie jednak poznał po zbliżeniu się, to dla upamiętnienia spotkania założyć polecił gród na rzece Warcie, i nazwać go Poznaniem na wspomnienie tego, że swego brata tu poznał. Mocno naciągana ta legenda, ale niech już Poznaniowi będzie.
Dalej jest legenda już bardzo lokalna, związana z Pobiedziskami, leżącymi w połowie drogi z Gniezna do Poznania. Otóż bracia, po spotkaniu w (przyszłym) Poznaniu, udali się do Gniezna, do Grodu Lecha. A że droga była długa, to wypadł im popas w jej połowie - podjedli sobie dobrze i równie dobrze wypoczęli po sutym obiedzie. I od tego "po obiedzie" Lech miał nazwać miejsce Po(o)biedziskami. Jeszcze bardziej naciągane, ale opowiastka przyjemna. A są też legendy o założeniu Wrześni czy Kłecka, gdzie również chciano bardzo dowieść choćby legendami swej "starożytnej" historii i dziedzictwa.
Oczywiście pozostałe legendy nie mają już tak dawnego pochodzenia, i takiej wartości kulturowej i narodowej - są próbą "podczepienia się" pod Gniezno. Ale nie odpycham ich i nie przemilczam. Przeciwnie! Praktycznie wszystkie mam we własnych, autorskich wersjach, bowiem i to jest dziedzictwem kulturowym mojego regionu. Znacznie mniej poważnych jednak w swej formie i treści, nie tak wzniosłych, dostojnych. W wielu miejscach... żartobliwych, nawet nieco rubasznych - bowiem bardzo lubię "puścić oko" do ludzi i gdy moi czytelnicy / słuchacze się czasem pośmieją (razem ze mną, bo sam się bawię setnie pisząc takie historie!).
-----
Brakowało mi jednak bardzo jakiejś opowieści na "domknięcie" historii o Lechu i jego najbliższych. Mają Anglicy swe opowieści o Królu Arturze - jego pochodzeniu, życiu i śmierci - a my? Z dziejów wielkiego Lecha mamy tylko... środek - ani nie wiemy, skąd pochodził, ani jak się skończyło jego życie! Uwierzycie? Ale... ja tego tak nie zostawiam, bo bardzo się czuję Lechitą i kocham to moje dziedzictwo, więc... czego brakuje, to próbuję uzupełniać, i mam zupełnie własną opowieść także o śmierci Lecha. I chętnie ją opowiem, jeśli kto zechce posłuchać. ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz